Oddalił się do Efraim…

Dawno nie pisałam, gdyż kiepsko miałam z czasem… a poza tym chciałam, żeby wybrzmiał tekst o cierpliwości i owocowaniu, tak pasujący do czasu nawożenia, jakim jest dla naszej duszy Wielki Post. Dziś zaczyna się Wielki Tydzień… Jezus wchodzi triumfalnie do Jerozolimy. Podejmuje się najważniejszego zadania swojego życia. Ale wcześniej… O tym, co było zanim to uczynił, sporo mówiły nam Ewangelie ostatniego tygodnia. Na przykład wczorajsza, której fragment przytoczę:

Odtąd Jezus już nie występował otwarcie wśród Żydów, tylko odszedł stamtąd do krainy w pobliżu pustyni, do miasta zwanego Efraim, i tam przebywał ze swymi uczniami. A była blisko Pascha żydowska. Wielu przed Paschą udawało się z tej okolicy do Jerozolimy, aby się oczyścić. Oni więc szukali Jezusa i gdy stanęli w świątyni, mówili jeden do drugiego: «Jak wam się zdaje? Czyżby nie miał przyjść na święto?» Arcykapłani zaś i faryzeusze wydali polecenie, aby każdy, ktokolwiek będzie wiedział o miejscu Jego pobytu, doniósł o tym, by można było Go pojmać. (J 11, 54-57)

Ewangelia z czwartku V tygodnia Wielkiego Postu mówi o jeszcze innym ukryciu się Jezusa.  Porwali więc kamienie, aby rzucić w Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni (J 8, 59).

To Słowo daje nam wielką lekcję. Jest praktyczną realizacją słów Koheleta: Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. (Koh 3, 1). Jest godzina Jezusa, godzina Jego męki i zmartwychwstania. Pomimo tego, że Jezus przyszedł na świat właśnie dla tej godziny (por. J 12, 27), to nie stara się jej przyspieszyć. Nawet własnej Matce mówi w Kanie – jeszcze nie nadeszła moja godzina (por. J 2, 4).

Jezus prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Jezus, doznający lęku przed tą godziną (także J 12, 27). Jezus, który przygotowuje się na tę godzinę. Nie usiłuje jej przyspieszyć. Był Bogiem. Mógł wszystko. Mógł dokonać swojego dzieła wcześniej niż ok. 30 roku życia. Ale był też w pełni człowiekiem. Cudowny paradoks jednej Osoby i dwóch natur. Tylko dzięki temu możemy Go naśladować. Był bowiem do nas podobny we WSZYSTKIM oprócz grzechu (por. Hbr 4, 15). Myślę, że nie jest nadużyciem powiedzieć, że Jezus w swojej ludzkiej naturze przygotowuje się do wykonania zbawczego dzieła. W końcu jako człowiek czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. (Łk 2, 52). I w tym możemy Go naśladować. Możemy dać sobie prawo do wzrastania. Możemy przyjąć tą zwyczajną cechę ludzkiej natury, którą przyjął także Jezus.

W kulturze fast food, o której już pisałam, nie ma miejsca na czekanie. Wszystko musi być szybko, już, tu i teraz, natychmiast. Tymczasem człowiek nie jest mikrofalówką. Człowiek potrzebuje czasu. Jezus oddalający się do Efraim, Jezus, który wie, że owszem, już niedługo odda życie, że będzie moment, kiedy pozwoli się pojmać, ale JESZCZE NIE TERAZ. On jeszcze nie jest gotowy. A Jego niegotowość jest doskonale złączona z Bożą wolą. To jeszcze nie jest godzina wyznaczona przez Ojca. Doskonałe zjednoczenie Jezusowej natury z wolą Ojca.

Lekcja dla nas. Choć my nie jesteśmy tak zjednoczeni z wolą Ojca, chociaż ciągłe rozeznawanie jej i poddawanie się jej, jest dla nas zadaniem na całe życie, to w jakimś sensie, odczytując swoją gotowość lub jej brak, także możemy przybliżać się do odczytania woli Ojca. Nadchodzi moment, w którym Jezus MIMO LĘKU, lęku tak ogromnego, że objawiającego się krwawym potem w Ogrójcu, podejmie wyzwanie, które przekracza naturalne ludzkie możliwości. Podobnie może się wydarzać w naszym życiu. Czym innym jednak jest zrobienie skoku zaufania jak Jezus, a wcześniej jak Abraham wyruszający w nieznane, a czym innym oczekiwanie, że wydarzy się to natychmiast. Myślę tu przede wszystkim o naszych życiowych decyzjach. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że ilekroć czułam, że nie jestem na coś gotowa, ale działałam pod wpływem presji innych lub presji samej siebie, tylekroć chociaż Jezus był ze mną w tych decyzjach, bo On nigdy nie opuszcza, to z perspektywy czasu, oceniałam je jako niesłuszne. Czasami ich żałowałam, chociaż też i one stały się narzędziami w ręku Boga, by mnie wiele nauczyć. Błędem jest wypowiadać słowa, na które nie czujemy się gotowi i podejmować decyzje z silnymi wątpliwościami, tylko dlatego, że ktoś ich oczekuje i nie potrafi poczekać lub my sami przymuszamy się, myśląc, że druga osoba nie da rady poczekać. Chcę też w tym miejscu podkreślić, że czym innym jest gotowość, a czym innym absolutna pewność. Nikt z ludzi, podejmując decyzję o małżeństwie, czy drodze zakonnej, albo innych ważnych życiowych sprawach, nie ma raczej 100% pewności, że się nie myli. Można jednak być gotowym na to ryzyko i podjąć je w zaufaniu Bożej łasce. A można je próbować podjąć, nie będąc gotowym. Trochę tak, gdyby Jezus pozwolił się pojmać, nim nadeszła Jego godzina. Albo zechciał oddać za nas życie, nie w czasie trzeciej Paschy swojej publicznej działalności, ale pierwszej lub drugiej. Gotowość często łączy się z wewnętrznym pokojem. Pokojem mimo jakiejś dozy niepewności, czy wątpliwości.

Mówi się, że czyściec jest przygotowaniem do wiecznego życia właśnie także przez nasze ludzkie wzrastanie. Bo w każdym z nas co innego musi ulec skruszeniu, co innego przemianie, co innego musi się oczyścić, abyśmy stali się bliżsi nowemu człowiekowi. Bo nic co grzeszne, co niedoskonałe, co pokiereszowane, nie może stanąć przed Bożym Majestatem po tamtej stronie. Czyściec będzie czasem zabliźniania i leczenia tego, co nie zdążyło się zabliźnić i uleczyć w naszym ziemskim życiu, a co przeszkadzałoby nam uczestniczyć w chwale nieba. Wzrastanie jest wpisane w naszą naturę. I trzeba nam się na to zgodzić. To jedno z tych miejsc, w którym łaska buduje na nautrze, choć jest od niej silniejsza i w ostatecznym momencie tą naturę uzdalnia do działania przekraczającego naturalne możliwości, jak na przykład męczeństwo.

Drugą lekcją, którą czerpię z wspomnianych na początku fragmentów Ewangelii, jest rozumne nadstawianie drugiego policzka. Część chrześcijan wybiera z Ewangelii ten fragment (Mt 5,38-42) i zapomina o innych. Jezus pokazał nam swoim życiem, jak dobrze go rozumieć. On nadstawił policzek. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,5-6). Ale wcześniej nie tylko zapytał: Dlaczego mnie bijesz? (por. J 18, 23), ale także kilkakrotnie w ciągu swojej publicznej działalności, oddalał się spośród tych, którzy chcieli zrobić Mu krzywdę. Już w Nazarecie, gdy chciano Go strącić ze skały (por. Łk 4, 29-30), oddalił się. W przededniu męki, oddala się do Efraim. Św. Paweł też nie oddaje życia od razu i natychmiast. Pozwala się uratować, gdy inni uczniowie spuszczają go w koszu po murze, by mógł uciec przed prześladowaniami zaraz po swoim nawróceniu (por. Dz 9, 23-25). Paweł rozeznaje też swoje możliwości, swoją gotowość i w chwili ostatecznego nadstawienia policzka, wybiera rodzaj śmierci, korzystając ze swoich praw rzymskiego obywatela, być może dlatego, aby nie stchórzyć pod wpływem fizycznych cierpień – obywatel rzymski był ścinany mieczem, a nie krzyżowany. Wcześniej, skazany na biczowanie, protestuje:

«Czy wolno wam biczować obywatela rzymskiego? I to bez sądu?» odezwał się Paweł do stojącego obok setnika, gdy go związano rzemieniem. Usłyszawszy to, setnik poszedł do trybuna i powiedział mu: «Co chcesz robić? Bo ten człowiek jest Rzymianinem». Trybun przyszedł i zapytał go: «Powiedz mi, czy ty jesteś Rzymianinem?» A on odpowiedział: «Tak». «Ja za wielką sumę nabyłem to obywatelstwo» – odrzekł trybun. A Paweł powiedział: «A ja mam je od urodzenia». Natychmiast też odstąpili od niego ci, co go mieli badać. Dowiedziawszy się, że jest Rzymianinem, trybun przestraszył się, że kazał go związać. (Dz 22, 25-29).

Może właśnie dlatego Paweł odda życie za Jezusa, bo zna siebie. Wie, na co i kiedy jest gotowy. Czasami spotyka go krzywda i przyjmuje ją dla Jezusa, czasami broni się. Piotr pragnął nadstawić policzek zbyt szybko i musiał doświadczyć lekcji, która nauczyła go wiele przede wszystkim na temat własnej osoby. Także my, nie możemy się zapierać się Pana, a w ostatecznej konfrontacji mamy nadstawić drugi policzek. Ale nie mamy pozwolić sobie na bezsensowne skrzywdzenie. Mamy prawo się bronić. Mamy prawo oddalić się do swojego Efraim. Jezus się bronił. Bronił się dotąd, aż nadeszła godzina Jego Ojca, godzina Jezusowej męki. Jezus jest dziś gotowy. Wkracza do Jerozolimy na osiołku w triumfalnym pochodzie. Boi się, ale wie, że TERAZ nadszedł czas, dla którego przyszedł na świat. Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie (Mk 10, 33-34).

 

Cierpliwość wzrastania

Dzisiejszy wpis będzie rozważaniem na kanwie trzech fragmentów Ewangelii. Jeden z nich, ten który zacytuję jako pierwszy był czytaniem mszalnym w minioną środę.

Pozwólcie, że przytoczę wszystkie fragmenty, do których chcę się odnieść.

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. Jezus odesłał go do domu ze słowami: «Tylko do wsi nie wstępuj!» (Mk 8, 22-26)

Mówił dalej: «Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo». (Mk 4, 26-29)

I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”». (Łk 13, 6-9)

Środowe czytanie skłoniło mnie do refleksji na temat wzrastania w nas Słowa Bożego, naszego wzrastania w wierze, naszych uzdrowień wewnętrznych, przemian, których pragniemy i  jesteśmy świadkami. W dzisiejszych czasach szybkiego Internetu, szybkich połączeń kolejowych i fast foodów, cierpliwość nie jest często spotykaną cnotą. Nasza kultura cechuje się raczej fundamentalną niecierpliwością. Wyraża się ona na przykład w ciągłym wyprzedzaniu faktów. Nie umiemy przeżyć adwentu. Montujemy choinki i światełka w połowie listopada. Nie umiemy przeżyć narzeczeństwa i poczekać ze wspólnym zamieszkaniem na ślub. Przeskakujemy z przelotnego związku w konkubinat. Jednocześnie to, co zyskujemy nie napełnia nas. 24 grudnia choinka jest już obojętna. Nie cieszy. Ślub nie jest wyczekiwanym momentem, najszczęśliwszym dniem w życiu. Sprowadza się do wrzucenia fotek na insta i kosztownej imprezy. Podobnie jak z fast foodem. Można się nim szybko zapchać, ale nie odżywić. Wyrzuciliśmy za burtę tęsknotę. A jakże to piękne uczucie! Ile wierszy powstało dzięki niemu, ile obrazów i utworów muzycznych… Szukając ratunku ze ślepej uliczki, zaczynamy na nowo wracać do tego, co utracone: do samodzielnego przygotowywania posiłków, do wstawania kilka minut wcześniej, by poczuć smak kawy, a nie poparzyć nią gardło w pośpiechu, do celebrowania chwili w myśl mindfullness. Mamy dosyć fast i coraz częściej wybieramy slow. I bardzo dobrze!

Jezus też przestrzega przed pośpiechem w życiu duchowym. Błędem jest mylić gwałtowność w zdobywaniu Królestwa (por. Mt 11, 12), czyli postawę radykalnego pójścia za Panem, by raczej wszystko stracić, niż ponieść szkodę na duszy (por. Mt 16, 26), z niecierpliwością, z pragnieniem by z niemowlęcia zamienić się w dojrzałego człowieka.  Nieobca była mi ta postawa. Roboczo nazwałam ją sobie pragnieniem bycia „gotowym produktem”. Tak nagle, za jednym zamachem. Ale już wiem, że to nie tak. I myślę, że błogosławiony jest czas stopniowego owocowania.

Jezus mógłby uzdrowić niewidomego z Betsaidy za jednym razem. Ale z jakiegoś powodu (może właśnie ze względu na nas!), robi to stopniowo. I tak bywa w naszym życiu duchowym. Nieraz musi upłynąć sporo czasu, by małymi kroczkami pozbywać się swoich wad i słabości, stąpając szczebel po szczebelku, a nie jadąc windą do nieba. Jednych Bóg uzdrawia natychmiast. Z innymi współpracuje w mozolnej, czasami wieloletniej pracy. Dlaczego? To już wie tylko On. Myślę, że jako dobry Ojciec, zna temperamenty swoich dzieci. Dobry rodzic nie będzie tak samo postępował z dzieckiem cholerykiem, jak z flegmatykiem. Nasza dusza też ma swój temperament. Co więcej, niepowtarzalny.Opowieść o drzewie figowym mówi to samo. Owocowanie bywa tajemnicą. Ilu chrześcijan chciało wyciąć siebie z Bożej roli w rozczarowaniu swoim (niekiedy pozornym) brakiem postępu? A Pan okłada nawozem.

Potrzeba nam mieć cierpliwość do samych siebie. Cierpliwość rodzi wytrwałość. Wzmacnia nadzieję. Jest sprawdzianem miłości. Wzrost jest tajemnicą i rzeczywiście, jak w kolejnym przytoczonym fragmencie Ewangelii, nieraz nie wiemy jak się dokonuje. Czy śpimy, czy czuwamy… Mieliście kiedyś tak, że przez długi czas chodziliście z jakąś trudnością, czy wątpliwością i… nagle pewnego dnia, eureka? Nie wiemy, jak. Prości ludzie mówili, że z niektórymi problemami po prostu trzeba się przespać. Neurolodzy, by się zgodzili, bo przecież w czasie snu w naszym mózgu zachodzi wiele procesów, w tym porządkowanie zdobytej wiedzy. Podobnie jest w życiu duchowym. Sakramenty, widzialne znaki niewidzialnej łaski, działają, są jak nawóz, który okrywa korzenie naszego duchowego drzewa. Nie wiemy, w którym momencie to się dzieje, ale przychodzi czas, gdy pojawiają się na nim owoce. Taka cierpliwość wzmacnia zaufanie do Boga. Jezu, Ty się tym zajmij! Nie z bezczynności. Ja pracuję, robię, co w mojej mocy. Ale Ty pomóż, działaj.

Zanim zakończę, zaznaczę, że absolutnie nie chodzi mi o samooszukiwanie się. Można być zgnuśniałym leniem, nie pracować nad sobą, nie plewić swojego pola i nie dopuścić, by można było wysypać na nie nawóz, a nazywać to cierpliwością. Nie, to nie jest cierpliwość. To śmierdzące lenistwo. Kto nie chce zakasać rękawów, ale czeka, że wszystko spadnie z nieba, ten obraża Boga. Dlatego mój wpis jest do tych, którzy się zadręczają swoim brakiem owoców, załamują i chcą poddać, a nie do tych, którzy z uśmiechem na ustach skwitują go: „a, no tak, nic nie robię, ciągle to samo, nie pracuję nad sobą, ale w sumie to cierpliwość, jest dobrze, po co się spieszyć”. Do takich osób, usprawiedliwiających swój brak postępu duchowego i swoje lenistwo, bardziej tyczy się przypowieść o innym drzewie figowym – tym, od którego Pan zażądał owoców, a że ich nie znalazł, to je przeklął (por. Mk 11, 12-14). Albo przypowieść o pannach mądrych i głupich (por. Mt 25, 1-13). I wiele innych.   „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”, to właściwe wskazanie św. Ignacego Loyoli.

Na sam koniec pozwolę sobie przywołać fragment książki Henry’ego Clouda „Uzdrawiające zmiany”, którą czytam (jeszcze nie skończyłam, więc wstrzymuję się na razie z ogólną recenzją 😉 ). Pisze on cenne uwagi o trzech elementach wzrostu. Są nimi według niego prawda, łaska i czas. Zacytuję wybrane fragmenty o czasie: „Niektórzy chrześcijanie chcą, aby każdy dzień był czasem zbiorów. Terapeuci często słyszą pytanie: „Dlaczego tak dużo czasu musi minąć, by móc poczuć się lepiej”? (…) Przez długi czas trzeba uprawiać ziemię, w skład której wchodzi łaska i prawda, by ostatecznie zebrać duże plony. (…) Bardzo lubię powiedzienie, że najdłuższa droga to droga na skróty. Czasami krótszą drogą idziemy dłużej, niż gdybyśmy od razu poszli naokoło. Kiedy chcemy czegoś „na już”, zazwyczaj musimy na uzyskanie tego poświęcić dużo więcej czasu. Duchowy i emocjonalny rozwój wymaga czasu. Zmiana często przychodzi w trakcie tej podróży i często nawet nie zauważamy, w którym momencie ona się dokonała. (…) W przypowieści o siewcy Jezus przestrzega nas przed szybkim wzrostem, który nie posiada głębi. Ziarna zasiane na skalistej ziemi „wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka”.

Czułość Boga i uwielbienie

Za oknem pierwszy powiew wiosny, powietrze nabrało zupełnie innego zapachu, a rozgwieżdżone niebo przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to wpatrywałam się w migoczące pukciki i myślałam o tym, że musi być coś o wiele większego niż ziemia, którą mam pod nogami. Do dziś rozgwieżdżone niebo to dla mnie symbol lekko uchylonych drzwi ku rzeczywistości, która przekracza nasze poznanie. Tym bardziej teraz, gdy już wiem, że za tymi gwiazdami, jest jeszcze niewyobrażalna przestrzeń kosmosu…

Przyroda zaprasza do uwielbienia Tego, o którym Hiob powie: „On sam rozciąga niebiosa, kroczy po morskich głębinach; On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona, 
Plejady i Strefy Południa” (Hi 9, 8-9). Do uwielbienia skłania nas także dzisiejsze Słowo Boże. Pozwólcie, że zacytuję je w tłumaczeniu z Biblii w przekładzie paulistów:

W tym czasie, gdy znowu zebrał się wielki tłum i nie mieli co jeść, przywołał uczniów i rzekł im: Żal mi tego ludu. Przecież już trzy dni nie odstępują Mnie, a nie mają co jeść. Lecz jeśli ich puszczę do domu głodnych, w drodze opadną z sił, bo niektórzy z nich przybyli z daleka.” Uczniowie odpowiedzieli: Jak tu na pustkowiu nakarmić ich chlebem?” Zapytał ich: „Ile macie chlebów?” Odpowiedzieli: „Siedem”. I kazał ludowi usiąść na ziemi. Wziął siedem chlebów, odmówił modlitwę dziękczynną, połamał i dawał swoim uczniom, aby je rozdawali. I rozdali ludowi. Mieli też kilka rybek. Odmówił nad nimi modlitwę uwielbienia i polecił je również rozdać. Najedli się do syta, a resztek, które pozostały, zebrano siedem koszy. Było tam prawie cztery tysiące ludzi. Potem ich odesłał, a sam wsiadł z uczniami do łodzi i popłynął w okolice Dalmanuty„. (Mk 8, 1-10).

Uderzyło mnie właśnie to zdanie: Odmówił nad nimi modlitwę uwielbienia. W Tysiąclatce mowa o odmówieniu błogosławieństwa. Dostępna mi aplikacja z interlinarnym tłumaczeniem grecko-hebrajskim wskazuje, że w tym miejscu pada greckie słowo „eulogesas”, którego użycie występuje w dwóch kontekstach – błogosławić i uwielbiać (angielskie bless i praise; to speak well of). Obydwa tłumaczenia są jak najbardziej poprawne i obydwa niosą w sobie bogatą treść. Ale dziś skupiłam się właśnie na tym, że Jezus odmawia modlitwę uwielbienia. Popatrzmy na kontekst tej sytuacji. Uczniowie przynoszą kilka rybek, wokół tłum głodnych ludzi, których trzeba nakarmić. Co byście zrobili? Gdybym miała wiarę, jak ziarnko gorczycy, chyba bym upadła na kolana i błagała Boga o pomoc, ratunek, cud. A co robi Jezus? Uwielbia Ojca. Jezus widzi kilka rybek i ludzi w potrzebie, i… uwielbia Ojca. Czaicie to? Ostatnią myślą, jaką mamy, gdy odczuwamy brak, gdy jesteśmy w potrzebie, jest myśl o modlitwe uwielbienia. Ona płynie spontanicznie wtedy, gdy widzimy piękną przyrodę, gdy doświadczamy  modlitewnego wzruszenia, gdy otrzymujemy od Boga konkretne łaski. Ale gdy odczuwamy brak? Gdy jesteśmy przygnieceni cierpieniem? A Jezus uwielbia Ojca. Myślę, że ta scena jest dla nas zaproszeniem do uwielbiania Boga w każdych okolicznościach. Kiedyś usłyszałam, że modlitwa uwielbienia jest najlepszą pomocą w walce z pokusami. Dlaczego? Na pewno nawet psychologicznie jest to wytłumaczalne. Uwielbienie odwraca naszą uwagę od pokusy, czy problemu i skierowuje ją na Boga. Ale uwielbienie jest też taką modlitwą, którą szczególnie musi nie lubić zły duch. Ponieważ jest modlitwą wychwalania Boga za nic. Za to, że jest. Jest wychwalaniem Pana, jest modlitwą kompletnie bezinteresowną. Uwielbienie jest tym, do czego ostatecznie zostaliśmy stworzeni. Jest czystą radością i wolnością. Jest uznaniem w Bogu Boga. Kogoś, Komu po prostu należy się chwała. Św. Ignacy Loyola powie: Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją.

Kimkolwiek jesteś, która/y czytasz teraz te słowa, zapraszam Cię do uwielbienia Boga. Do uwielbienia Boga szczególnie w tych sytuacjach, które najbardziej odwracają Twoją uwagę od Niego, w pokusach, w cierpieniu, w trudnościach. Uwielbiaj Go za to, że JEST. Skup się na Nim, na Jego chwale, w której masz mieć udział. Spróbuj. Wypłacz się przed Nim, wykrzycz Mu swoją złość, bezsilność, lęk, smutek i uwielbiaj. Nie uwielbiaj smutku, pokus i cierpienia. Uwielbiaj Jego, mów Mu, że jest większy od tego wszystkiego i że w tym wszystkim On jest ostatecznym ratunkiem.

Drugi fragment Słowa, który daje nam dziś Kościół jest z Księgi Rodzaju (tu już przekład Tysiąclatki):

Pan Bóg zawołał Adama i zapytał go: «Gdzie jesteś?» On odpowiedział: «Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się». Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?» Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem». Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: «Dlaczego to uczyniłaś?» Niewiasta odpowiedziała: «Wąż mnie zwiódł i zjadłam». Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: «Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę». Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą». Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem, mówiąc: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał z niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!» Mężczyzna dał swej żonie imię Ewa, bo ona stała się matką wszystkich żyjących. Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się jak jeden z Nas: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki». Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił na wschód od ogrodu Eden cherubów i miecz z połyskującym ostrzem, aby strzec drogi do drzewa życia„. (Rdz 3, 9-24)

To, co mnie urzekło w tym fragmencie to czułość Boga. Tak wielu z nas ma skrzywiony obraz Boga. Wielu doświadczyło różnych zranień od rodziców, a może i miało dysfunkcyjnego czy patologicznego ojca lub matkę. Przenosimy, niekiedy nieświadomie, nasze doświadczenie rodziców, na to, jak myślimy o Bogu. „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec” (1 J 3, 1) – On przeklina węża, ale nie ludzi. Przeklina ziemię z powodu Adama, ale nie samego Adama. Pozwala, jak każdy naprawdę mądry i dobry ojciec, ponieść Adamowi i Ewie konsekwencje swoich wyborów. Bez tego, nie da się mądrze wychować dziecka. Wolność łączy się z odpowiedzialnością. Rodzic, który nie pozwala dziecku doświadczyć rzeczywistych skutków jego działania, czyni je życiowym kaleką, który wcześniej, czy później złamie sobie życie właśnie dlatego, że skacząc po wszystkich drzewach w okolicy, nigdy nie mogło złamać sobie ręki (parafrazując słowa ks. Pawlukiewicza). Bo ciągle tatuś je łapał, pozwalając na wszystko bez konsekwencji. Konsekwencja, skutek – takie jest znaczenie pracy w pocie czoła, czy trudu brzemienności i napięć w relacji mężczyzny i kobiety po grzechu pierworodnym.  Ale jednocześnie ten sam Bóg, jest czuły. Kiedy pierwsi ludzie spletli sobie przepaski, Bóg wiedząc, że to nie wystarczy, że będzie im zimno, sporządza im odzienie ze skór… Przypomina Wam to coś? Gdy ojciec przynosi najlepszą szatę dla marnotrawnego syna… (por. Łk 15, 22) Tym się różni dobry Ojciec od jego karykatury. Pozwala dziecku złamać rękę, ale ją opatrzy i zawiezie do lekarza… taki jest nasz Bóg. Chroni też nas od jeszcze większej głupoty – wypędza z Edenu nie po to, aby nas ukarać, ale aby nam nie przyszło do głowy na zawsze pozostać w grzechu, bez ratunku, bez nadziei na zbawienie, spożywając owoc z drzewa życia. Śmierć jest konsekwencją, ale i ratunkiem, bo daje nadzieję (o ile nie wybierzemy potępienia) na to, że stan cierpienia i trudu, doświadczania konsekwencji grzechu, skończy się wraz z nią. On wypędza człowieka z raju, bo już myśli o Golgocie i odkupieniu nas. Taki jest nasz Bóg. Nasz Bóg jest czułym Ojcem.

Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci…

Miałam dziś napisać właśnie o tym, że czasami trzeba zrobić coś pozornie wbrew logice, żeby wygrać. Że w życiu chyba każdego wierzącego są takie momenty, w których musimy zaufać Bogu, nawet jeśli to, do czego nas On wzywa, jest sprzeczne z naszym doświadczeniem, wizją świata czy zdobytą wiedzą. I dziś o tym usłyszałam także homilię. To piękne, jak działa Pan Bóg, że niekiedy „potwierdza” nam nasze myśli, nasze spojrzenie na Słowo, wiedząc jak bardzo tego potrzebowałam. No to do pisania.

Na początek Ewangelia:

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. 

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. 

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. 

A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim„. (Łk 5, 1-11)

To, co zrobił Piotr było wbrew rozumowi. Wbrew jego doświadczeniu, wbrew dostępnej mu wiedzy o świecie, wbrew nauce. Piotr był rybakiem. Jezus cieślą. Piotr naprawdę wiedział, że ryb się w dzień nie łowi. Piotr wyraził Jezusowi swoje zdzwienie i zaskoczenie. To nie miało prawa się udać. Ale jednak zarzucił sieci. Tylko ze względu na autorytet Jezusa i zaufanie, jakim Go darzył. Nie było żadnego innego uzasadnienia. Żadnego. I wydarzył się cud.

W życiu chyba każdego z nas są takie momenty. Słowo Jezusa zdaje się nam za trudne. Za trudne nie z racji naszego lenistwa. Za trudne, bo znamy siebie i wiemy, że już tyle razy się nie udało. Za trudne, bo wiemy, że tak niewielu żyje zgodnie przykazaniami. Za trudne, bo wiele osób, autorytetów w takiej czy innej dziedzinie, mówi nam, że są obecnie inne czasy i że nasza wiedza o świecie i człowieku mocno poszła na przód, a zasady Ewangelii się nie zmieniły i przestrzeganie ich jest nielogiczne, przestarzałe. I na takim poziomie, musimy wybrać. Wybrać niekiedy wbrew rozumowi. W tym miejscu warto zauważyć dwie rzeczy – po pierwsze, właśnie tu dopiero zaczyna się wiara i zaufanie Bogu. Po drugie, że taki wybór tylko pozornie jest wbrew rozumowi.

Po pierwsze, właśnie dopiero tutaj zaczyna się wiara. Piotr jest mistrzem wiary. To on w imieniu uczniów wyznaje wiarę w to, że Jezus jest Mesjaszem (por. Mt 16, 16). To on mówi „Panie, dokogóż pójdziemy„?, wtedy gdy Jezus głosi trudną naukę i wielu odchodzi (por. J 6, 68). Podobnie zachowuje się w tym fragmencie Ewangelii – uznaje w Jezusie autorytet, ufa Mu i jest Mu posłuszny. Katechizm mówi tak o wierze: „Przez wiarę człowiek poddaje Bogu całkowicie swój rozum i swoją wolę. Całą swoją istotą człowiek wyraża przyzwolenie Bogu Objawicielowi” (KKK 142). „Być posłusznym (ob-audire) w wierze oznacza poddać się w sposób wolny usłyszanemu słowu, ponieważ jego prawda została zagwarantowana przez Boga, który jest samą Prawdą” (KKK 144). Przykładem takiej wiary jest Abraham, który wyszedł nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11, 8).  „Racją wiary nie jest fakt, że prawdy objawione okazują się prawdziwe i zrozumiałe w świetle naszego rozumu naturalnego. Wierzymy z powodu autorytetu samego objawiającego się Boga, który nie może ani sam się mylić, ani nas okłamać” (KKK 156). Oczywiście, gros prawda wiary, zasad moralnych i wskazań Jezusa jest jak najbardziej zgodna także z naszym ludzkim poznaniem, z najgłębszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Mamy je wypisane bardzo głęboko w sercach (por. Jr 31, 33) i możemy tam odkryć, jeśli naprawdę uczciwie spotkamy się z samymi sobą w sanktuarium naszego sumienia. Ale jeśli z jakimś Bożym słowem, czy wskazaniem w danej chwili mamy problem, nie rozumiemy go, wydaje się nam nielogiczne, wtedy mamy iść wbrew rozumowi. Mamy zarzucić sieci w morze w biały dzień, czy uwierzyć, że zostaniemy rodzicami, gdy jesteśmy niepłodni i podeszli w latach jak Abraham i Sara, czy Elżbieta i Zachariasz. To jest istota wiary! Mam świadomość, że osoby niewierzące, wrogo ustawione do chrześcijaństwa, mogą to wyśmiać. Cóż, nasza wiara opiera się na zmartwychwstaniu Jezusa. Z tego faktu wynika Jego autorytet i nasze przekonanie o Jego Boskości. A Bóg jest więcej niż człowiekiem i jest mądrzejszy, dlatego poddajemy Mu nawet nasz rozum, gdy jakaś rzeczywistość wiary go przekracza. 

Z tego powodu, to tylko pozory, że wybór posłuszeństwa Bożemu Słowu jest wbrew rozumowi, jeśli nie zgadza się z naszą wiedzą na temat świata czy doświadczeniem. Jeśli wierzymy w Boga, który jest najmądrzejszy, to z tej wiary wynika, że On wie lepiej od nas, co jest dobre, a co złe i jak funkcjonuje ten świat. To On jest Stwórcą, a my stworzeniem. My poznajemy tylko po części (por. 1 Kor 13, 12). Zarówno Boga, jak i świat poznajemy tylko po części. Jeszcze kilka wieków temu, nie wiedzieliśmy połowy rzeczy, które wiemy dziś. Prawdopodobnie dziś także nie wiemy jeszcze wszystkiego, ciągle coś odkrywamy. A Bóg? On wie wszystko. My takie poznanie świata, we wszystkich jego aspektach – także duchowym – otrzymamy dopiero po Paruzji. Jest więc jak najbardziej zgodne z rozumem, gdy czegoś nie wiemy lub nie jesteśmy pewni, zaufać temu, kto jest od nas mądrzejszy. Podobnie jak uczeń ufa nauczycielowi. To jest właśnie najbardziej logicznym, zgodnym z rozumem i najmądrzejszym zachowaniem.

Myślę, że w moim życiu duchowym, coraz bardziej rozumiem ;), to czego do niedawna nie pojmowałam, mianowicie że wejście w ciemność niepewności, zaufania, zawierzenia jest niekiedy odnalezieniem światła. Że nie musi być tak, że moja wiara i relacja z Bogiem będzie nieustannie odkrywaniem i rozważaniem prawd wiary, ułożonym wykładem, który mogę rozrysować na wykresie. Owszem, moja wiara ma w sobie mocny element racjonalności, taka też była moja droga. Przez zmartwychwstanie Jezusa, które jest podstawą i naprawdę opiera się także racjonalnie takie wyjaśnienie faktu pustego grobu opiera się na mocnych przesłankach (o tym już pisałam, odwołując się do McDowella), choć oczywiście ostatecznie wymaga aktu wiary. Ale dopiero od całkiem niedawna odkrywam to, że są w życiu sytuacje, kiedy jeśli chcę być uczennicą Jezusa, muszę Mu zaufać i zawierzyć. Muszę wejść w nieznane, w niepewność, w ciemność, aby doświadczać Jego mocy. Że wiara nie jest w pełni wiarą, dopóki jest zrozumiała w 100%. Że dopóki mogę wszystko wyjaśnić i uzasadnić co do joty, dotąd jeszcze nie zrobiłam skoku wiary. Bo Bóg nie może się zmieścić w moim rozumie. Jeśli bym powiedziała, że Boga rozumiem w 100%, to znaczy, że wierzę, ale w jakiegoś bożka, którego sobie stworzyłam we własnej głowie.

Jezus, żywe Słowo Ojca, druga Osoba Trójcy, dokonuje aktu posłuszeństwa Ojcu. Szczyt tego posłuszeństwa jest na krzyżu, ale wcześniej Jezus klęczy w Ogrójcu. W środku nocy, w przeddzień kluczowego wydarzenia, dla którego przyszedł na ten świat, czuje silne pokusy, by porzucić swoją drogę. Pokusy pozornie racjonalne. Mógłbyś przecież zupełnie inaczej zbawić ludzi. Bez tego cierpienia, przed którym Twoje ciało się wzdryga, a Ty boisz się tak, że płynie po Tobie krwawy pot. A poza tym – niektórzy mogą odrzucić Twoje zbawienie. Po co się tak męczyć? Ojcze, tak po ludzku nie chcę, Ojcze boję się, Ojcze chce stąd uciec, Ojcze nie dam rady… Anioł przychodzi Go umacniać (Łk 22, 43). Jezus w pełni Bóg, ale i w pełni człowiek. Jego ciało jest prawdziwym ludzkim ciałem. Jezus boi się, że cieleśnie nie podoła, nie wytrzyma. Przychodzi anioł – duch- aby umocnić Jego cielesność. Niesamowite doświadczenie… Ludzka psychika i ludzka dusza Jezusa przechodzi największą katorgę. Ojcze, ale jeśli taka jest Twoja wola, niech się stanie, niech się wypełni. Ojcze, idę za Twoją wolą, choć wszystko czym jestem w moim człowieczeństwie, buntuje się. Kielich wypity do dna.

„Kielich mój pić będziecie” (Mt 20, 23). Nie ominą nas w życiu takie wybory, jakich musiał dokonywać Jezus. Bo uczeń nie jest większy od swojego nauczyciela (por. J 15, 20). Będziemy musieli wypić kielich posłuszeństwa. Tak obumiera ziarno, by wydać plon (por. J 12, 26) – dzisiejsze CNN o. Szustaka o tym także https://www.youtube.com/watch?v=vbi6Ayvs4Uc&t=2s. I zawsze będzie ta sama rajska pokusa. Pokusa najbardziej pierwotna – powiedzieć, że wiem lepiej od Boga. To jest istota grzechu pierworodnego – nieposłuszeństwo. Bóg nie jest jednak tyranem, który ma zaburzenia osobowości i napawa się naszym posłuszeństwem. Nie. W ogóle bardzo skrzywiamy obraz Boga przez doświadczenie naszych rodziców, zwłaszcza gdy było ono trudne, w jakimś sensie patologiczne czy dysfunkcyjne. Bóg nie jest dysfunkcyjnym rodzicem. Posłuszeństwo Jemu jest po prostu naturalnym porządkiem świata i rzeczy. Wypowiadając Mu posłuszeństwo, próbujemy stać się psem, który miauczy albo fasolą, która rodzi jabłka. A przecież pies też mógłby powiedzieć – dlaczego ja nie mogę miauczeć? Dlaczego jestem ograniczony? Wypowiedzenie posłuszeństwa Bogu musi stworzyć chaos. To świat, który staje na głowie. I od pierwszej takiej decyzji, tak się stało. Wiele rzeczy pogrążyło się w chaosie. I pokusa trwa nadal – będziecie jak Bóg. Piotr odpowiada: Na Twoje, Jezu, słowo zarzucę sieci. Nie jestem Bogiem. Obym zawsze odpowiadała jak Piotr… Obym…

Naczynie ufności

Jezus mówił ludowi:«Czy po to wnosi się światło, by je umieścić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, żeby je umieścić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» I mówił im: «Baczcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dodane; a kto nie ma, pozbawią go nawet tego, co ma» (Mk 4, 21-25)”.

Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jaką rzeczywistość obserwował Jezus, że powiedział, iż kto ma, temu będzie dodane. No bo, wczorajsza przypowieść o siewcy, do której jeszcze wrócę, to wiadomo: typowy wiejski obrazek. A tu? Dziś natknęłam się w Biblii w tłumaczeniu paulistów na taki komentarz: „Jezus posługuje się tutaj obrazem mierzenia i ważenia towarów na rynku, aby wyjaśnić, od czego zależy owocność słowa, którego słuchają Jego uczniowie”. Szybki skan pamięci, czy coś podobnego mi się nie przypomina. Eureka, jest! Rzeczywiście, jak pójdę do warzywniaka lub innego sklepu, gdzie sprzedają towary na wagę, to czy zostanie mi zaokrąglone w górę, czy w dół, czasami zależy od tego, czy proszę o dużo, czy mało. Albo jeszcze lepiej mówiąc, to czy zostanie mi troszkę więcej dosypane, czy też co do grama tyle, ile poprosiłam. Kiedy poprosimy o dużo towaru, albo podamy liczbę z magicznym „około” a ekspedientce nasypie się nieco więcej niż podana przez nas waga, bardzo prawdopodobne, że zapyta: zostawić? Natomiast kiedy podamy taką ściśle określoną liczbę, np. 250 albo 255 gramów, bardziej prawdopodobne, że gdy się jej sypnie 260 lub 300 g, zapyta: odjąć? Rzecz jasna, że nie jest to ścisła reguła, ale faktycznie coś jest na rzeczy.

Jezus chce nam powiedzieć, że Bóg lubi, kiedy prosimy Go o dużo. Kiedy nie stawiamy granic Jego łasce, ważąc ją co do setnych części grama na wadze elektronicznej. On jest hojny. On lubi nam dorzucić. Lubi dać więcej. I to za darmo, nie jak ja na targu ;). A kiedy z uporem maniaka powtarzamy, że chcemy tyle i tylko tyle… No cóż. Z tej hojności, z tej puli większej niż ta, o którą prosiliśmy, ale już nam przeznaczonej w Bożej hojności(!), musi odjąć i dać tylko tyle, ile chcemy. Ze smutkiem. Bóg lubi, gdy prosimy Go jak małe dziecko z szelmowskim uśmiechem: Tatusiu, daj cukierka. A ten dorzuca: weź 2, kochanie.

Przypomniał mi się fragment Dzienniczka św. Siostry Faustyny: Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniają swe serca (Dz. 1578).

Otóż to! Nie ważmy potrzebnej nam łaski Bożej co do miligrama. Bądźmy trochę szaleni w proszeniu. Mówmy Bogu  o wszystkim, czego potrzebujemy. On naprawdę jest hojny. On naprawdę chce nam dać o wiele więcej niż się spodziewamy. Czasami tylko nie od razu, albo nie dokładnie tak. Ale finalnie o wiele więcej i o wiele lepszych rzeczy. On wie, czego nam potrzeba wpierw zanim Go poprosimy (por. Mt 6, 8). Pozwólmy Mu się obdarować. W tym miejscu otwierają się ogromne horyzonty na temat pokory, uznania własnej nędzy i tak dalej, ale to już na innego posta.

I na końcu wspomniana wczorajsza Ewangelia. Zwróciło moją uwagę to, że żyzna gleba może być zarówno, gdy wyda plon trzydziestokrotny, jak i sześćdziesięciokrotny. Nie tylko stokrotny. „Wreszcie zasiani na ziemię żyzną są ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny» (Mk 4, 20). Nie chcę przez to powiedzieć, żeby nie mierzyć wysoko, żeby nie chcieć wydać stokrotnego plonu, żeby zadowalać się „byle czym”, „spocząć na laurach” i cały ten misz masz, który może teraz przyjdzie komuś do głowy. Nie! To oczywiste, że powinniśmy starać się wydać jak najobfitszy plon. Ale czasami nie jesteśmy w stanie wydać tego stokrotnego. Nie że udajemy, że nam się nie chce, że idziemy na kompromisy z własnym grzechem i lenistwem, ale naprawdę. Bo mamy taką a nie inną historię życia, talenty, miejsce urodzenia, zranienia i dziesiątki innych uwarunkowań. I zamiast cieszyć się Bożą radością i uwielbiać Pana, że wydaliśmy ten trzydziestokrotny lub sześćdziesięciokrotny plon, chodzimy ze wzrokiem wbitym w ziemię i jedną myślą: czemu nie stokrotny? To jest jakaś forma niewdzięczności wobec Boga i chorego, niskiego poczucia własnej wartości. Bóg cieszy się, że jesteś żyzną glebą!! Uciesz się tym. 3/4 gleby nie wydało żadnego plonu! Uwielbiaj Pana! Kiedyś na kazaniu w krakowskim kościele dominikanów usłyszałam taką myśl: Bóg wie, jak każdy z nas jest wyposażony. Wie też o wszystkich trudnościach, ograniczeniach i zranieniach, które utrudniają nam przynoszenie owoców. Bóg sądzi nie według liczb bezwzględnych, ale sprawiedliwie, tj. proporcjonalnie do naszego uposażenia. Nie ma sensu się porównywać z innymi. Bóg nie porównuje nas z innymi.

Bóg wie doskonale, która ziemia, jaki plon może dać. Które ziarno, jaki plon może dać. Daj z siebie wszystko, co jesteś w stanie, hojnie (patrz wyżej), prosząc go o łaskę i pomoc. I ciesz się tym. Tak często robimy na odwrót. Bardzo ograniczamy się w proszeniu Go o łaskę, jednocześnie wymagając od siebie przynoszenia wielkich owoców. A to zapomnienie, że bez Niego nic nie możemy uczynić (por. J 15, 5) i po prostu pycha! Uwielbiaj Go za dobro w swoim życiu! Nie pielęgnuj latami smutku z zazdrości innym. Ciesz się swoimi plonami i plonami innych. Ubogacaj innych sobą i przyjmuj to, co inni mogą Ci dać. Poczujesz ulgę.

Panie, do kogóż pójdziemy?

Jutrzejsze czytanie z księgi Nehemiasza (Ne 8, 2-4a. 5-6. 8-10) mówi o słuchaniu Słowa Bożego. O słuchaniu go ze wzruszeniem i płaczem, ale także (do czego zachęca prorok) z radością i w atmosferze świętowania. Słowo Boga, słowo życia wiecznego… Słowa Twe, Panie, są duchem i życiem – zaśpiewamy jutro w psalmie responsoryjnym.

W moich myślach łączy się to z ostatnio rozważanym przeze mnie fragmentem Ewangelii (J 6, 60-69): „A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą». Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są , co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca». Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?»Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga».

Słowo Boga jest słowem życia wiecznego. Słowo Boga jest mądrością. Ale jest także wyzwaniem. W życiu chyba każdego z nas pojawiają się takie okresy lub poznajemy takie fragmenty Bożego Słowa, że konfrontowani z nim, mówimy: Trudna jest ta mowa. Słowo Boga jest też trudne. Ono stanowi dla każdego z nas wyzwanie. W pewnym sensie każdy w jakiś sposób nie dorasta do Ewangelii. Słowo prowadzi nas ku pełni człowieczeństwa, a ten proces trwa. Niekiedy całe życie. Przyznając, że Słowo Boże jest dla nas niejednokrotnie zadaniem, wyzwaniem i zaproszeniem do zmagania, mamy dwa rozwiązania. Odejść jak wielu słuchających Jezusa, gdy chodził po ziemi palestyńskiej albo odpowiedzieć jak Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. 

Piotr nie zaprzecza temu, że słowa Jezusa są trudne, są wyzwaniem. Piotr podaje tylko i aż inne rozwiązanie. Postanawia mimo tego pozostać przy Jezusie, co więcej prowadzić życie tak, by ciągle wzrastać, dorastać do Ewangelii. Jak wiemy z kart Pisma Świętego, zajmie mu to sporo czasu. Ale nie zrezygnuje. I ostatecznie osiągnie życie wieczne.

Słowo Jezusa konfrontuje nas z naszym egoizmem, wygodnictwem. Wymaga spojrzenia dalej, na cel, który niekiedy znika nam sprzed oczu, ukrywa się jak górski szczyt we mgle. Droga za Jezusem rzeczywiście może być porównana do górskiej wędrówki. Lubię chodzenie po górach i wielokrotnie doświadczyłam tego momentu, gdy po pierwszym entuzjazmie, wraz z pokonywaniem coraz wyższych terenów, przychodzi zniechęcenie. Nagle odzywają się przeróżne argumenty za tym, by pozostać gdzieś na szlaku lub zejść na dół. I nie okłamujmy się – naprawdę zejście na dół wiąże się z ulgą, z chwilowym zadowoleniem, z uniknięciem zmęczenia i ryzyka. Ale jeżeli zejdę na dół, zrezygnuję, to nigdy nie dotrę na szczyt. Muszę wybrać. Podobnie jest w drodze za Jezusem. To prawda, że patrząc krótkofalowo, tu i teraz, bardzo często łatwiej jest oszczędzić sobie wysiłku i żyć w kontrze do Bożych przykazań. Tylko, że jeżeli wybiorę taką drogę, nie osiągnę szczytu, który chciałam zdobyć – pełni człowieczeństwa i wiecznego szczęścia.

Piotr podaje powód, dla którego decyduje się iść za Jezusem mimo, że Jego słowa są trudne. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga. Jak to się dokonało? Te słowa wypowiada Piotr jeszcze przed zmartwychwstaniem. Jezus powiedział kiedyś, że wiara uczniów opiera się na zobaczeniu znaków i cudów (por. J 4, 48). Początek wiary uczniów to cud w Kanie Galilejskiej, o którym słyszeliśmy w poprzednią niedzielę. „Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2, 11)”.

Największym znakiem, jaki uczynił Jezus było Jego zmartwychwstanie. To ono w ostateczny sposób potwierdziło Jego boskość. To właśnie na nim możemy opierać naszą wiarę i zaufanie słowu Jezusa. My, uczniowie Pana, którzy wiemy już o Jego zmartwychwstaniu, skonfrontowani z trudnym Słowem, do którego nie dorastamy, możemy powiedzieć: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty powstałeś z martwych i dlatego wierzymy temu, co mówisz, nawet jeśli tego nie rozumiemy lub jest to dla naszego życia ogromnym wyzwaniem.

Tak, dlatego z taką siłą wielokrotnie podkreślam, że kerygmat powinien być głoszeniem pierwszym, pierwotnym. Uprzednim do wszelkiej nauki, w tym do nauczania moralności. Moralność chrześcijańska chociaż  naprawdę może być pięknie wyjaśniona, wytłumaczona i uzasadniona jako prowadząca do pełni człowieczeństwa, to jednak w praktyce jest trudna. Spotkanie ze zmartwychwstałym, może być tym, co pozwoli wybrać drogę Piotra, a nie odejść, kiedy napotkamy trudności, kiedy zobaczymy własną słabość. Takie jest doświadczenie bardzo wielu chrześcijan. Pamięć o tym szczycie – zmartwychwstaniu, które ma być naszym udziałem, jeśli będziemy trwali w miłości Chrystusa- pozwoli nam nie zawrócić, kiedy wspinaczka okaże się trudna. Będziemy wiedzieli, że rezygnacja to porzucenie nadziei na zmartwychwstanie życia. A droga za Jezusem, z Jezusem, trzymając Go za rękę, nawet jeśli będzie trwała długo, jeśli w jej trakcie wielokrotnie upadniemy i nabawimy się wielu kontuzji, finalnie doprowadzi nas na samą górę.

Św. Paweł, którego nawrócenie wczoraj wspominaliśmy, napisał: A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. (…)  jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania. Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15.17-20). Rzeczywiście, jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, jesteśmy pożałowania godni. Trudzimy się, czyniąc wysiłki, by dostosować nasze życie do trudnej nauki, ale czynimy to na próżno. Szczytu nie ma. Syzyfowa praca.
Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał. Ten, kto bez cienia wątpliwości, udowodoniłby, że zmartwychwstania nie było, obaliłby całe chrześcijaństwo. Jak dotąd jednak taka osoba się nie znalazła. I chociaż uznanie zmartwychwstania wymaga w pewnym momencie aktu wiary, to jednak ta wiara opiera się na logicznych przesłankach. Polecam lekturę „Sprawa zmartwychwstania” Josha McDowella. Tekst można znaleźć na Internecie pod tym linkiem: https://przyjaznawiedza.files.wordpress.com/2013/10/josh-mcdowell-sprawa-zmartwychwstania.pdf Josh McDowell jest protestantem, ale to opracowanie jest godne uwagi wszystkich chrześcijan. W moim życiu było jedną z najważniejszych lektur, po którym dalej drążyłam temat. Skoro chrześcijaństwo, to która jego gałąź jest tą najpierwotniejszą, najbliższą apostołom. I tak jestem katoliczką (choć ochrzczona i tak wychowana, był to w pewnym momencie mój osobisty wybór).

Zauważmy na koniec, że Jezus nie gani Piotra za takie uzasadnienie pozostania przy Nim. Gani go za wiele, raz Piotrowi się obrywa nawet, że jest szatanem (por. Mk 8, 33). Ale nie za te słowa. Tak naprawdę są one najczystszym wyrazem uznania boskości Jezusa. Jesteś Bogiem, a ja człowiekiem. Ja mogę nie rozumieć, ja mogę mieć problemy z kroczeniem Twoją drogą. Ale to Ty jesteś Bogiem. To Ty wiesz lepiej ode mnie, co jest dobre, a co złe. Ja mogę się mylić. Mogę błądzić. Ale uznaję Twój autorytet. Nie muszę rozumieć. Idę za Tobą, bo wiem, że Ty znasz drogę. Jak w górach. Nieraz, gdy nie znamy drogi, możemy pobłądzić, idąc właśnie tą pozornie najkrótszą lub najbardziej prawdopodobną. Ty jesteś Przewodnikiem i znasz drogę. Nieraz chciałabym powiedzieć- patrz, tędy chyba też można. Ale ufam Tobie. Wiesz więcej ode mnie.

Dziś, czyli Boży mindfulness

Wczorajsze czytanie z listu do Hebrajczyków, skłoniło mnie, żeby napisać trochę na temat „dzisiaj”. O koncentracji na tym co tu i teraz, i jak bardzo Biblia nas zachęca do takiego dobrze rozumianego mindfulness. W sumie może trochę lipa, że nie napisałam o tym wczoraj, ale migrena niekoniecznie bywa posłuszna środkom przeciwbólowym. 😉

Na początek cytat:

Postępujcie, jak mówi Duch Święty: «Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku». Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną„. (Hbr 3, 7-14)

Myślę, że ten fragment Bożego Słowa jest bardzo ciekawy. Nieraz zdarza się nam mieć spore problemy z koncentracją na tu i teraz, nie tylko w takim znaczeniu, w jakim używa go psychologia. Ten aspekt też mam na myśli, kiedy o tym piszę. Wyraźnie wspomina też i o nim Jezus w kazaniu na górze: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Chcę jednak szczególnie podkreślić koncetrację na tu i teraz, na „dziś” w naszej walce duchowej, w codziennych zmaganiach, w staraniach o to, by być lepszymi.

Kiedyś zaskoczyło mnie, gdy pewien pobożny i bardzo od siebie wymagający kapłan, powiedział tak: „Dziś jestem księdzem. I chcę nim być jutro. Ale czy będę nim jutro, nie wiem. To wie tylko Bóg. I wierzę, że On da mi łaskę, bym jutro też był księdzem”. Paradoskalnie właśnie taka postawa jest bardzo katolicka. Wcale nie oznacza wątpienia w swoje powołanie. Oznacza radykalne zaufanie Bogu, zdanie się na Niego. Łaska działa bowiem w rzeczywistości, w teraźniejszości. Łaska nie działa ani w naszej przeszłości (tę możemy już tylko oddać Bożemu miłosierdziu), ani w przyszłości – w naszych marzeniach i wyobrażeniach (te możemy tylko zawierzyć Bożej Opatrzności). Łaska działa tu i teraz. Dziś nie dostanę łaski na to, co czeka mnie jutro. Pan obdarzy mnie ją dopiero jutro, które wówczas stanie się dziś. Bóg jest. Dla Niego w jakimś sensie istnieje tylko czas teraźniejszy, chociaż postanowił w swojej Drugiej Osobie wejść w czas. Niebo jest wiecznym dzisiaj, teraz. Nasza duchowa droga może być już tu na ziemi takim treningiem życia w teraźniejszości. Przygotowaniem na wieczne „dziś”, którego oczekujemy. Myślę, że wielu z nas boi się podejmować życiowe decyzje typu wybór konkretnego powołania, właśnie dlatego, że bardziej żyjemy wyobrażeniami i obecnymi w nich lękami. To prawda, że nikt, kto decyduje się na małżeństwo nie wie, jak to będzie, gdy zdrowa żona czy mąż, nagle trafią na wózek inwalidzki. I żaden zakonnik nie wie, jak będzie, gdy przełożeni wyślą go do Afryki. Ale na ten lęk, nie otrzymamy łaski. O ile naprawdę dobrze rozeznaliśmy nasze powołanie, możemy zaufać Bogu, że jeśli takie sytuacje będą miały miejsce, Pan Bóg da nam potrzebne łaski, aby im podołać. Myślę, że każdy z nas może przytoczyć wiele sytuacji ze swojej przeszłości, w których czuliśmy się kompletnie bezradni, załamani, zrozpaczeni. Konfrontowani z nimi, myśleliśmy, że to już koniec. A jednak przeżyliśmy je. Dziś są tylko wspomnieniem. Z każdym rokiem coraz mniej wyraźnym i mniej tragicznym w odbiorze. Starczyło nam łaski od Boga. Może potrzebowaliśmy takiego czy innego wsparcia od ludzi, ale możliwość skorzystania z niego i przejście przez ten czas, także było łaską i Bożą pomocą!

Chrześcijanin jest człowiekiem adwentu. I wcale nie oznacza to, że jest człowiekiem marzeń i myślenia o przyszłości. Bycie człowiekiem adwentu to radykalne życie tu i teraz. Bo nie znamy dnia, w którym Pan przyjdzie i zakołacze (por. Łk 12, 36). Chrześcijanin to człowiek, który chce być gotowy na przyjście Pana zawsze. A jedyne co ma to teraz. Jeśli więc chce żyć radykalnie Ewangelią, musi żyć radykalnie teraźniejszością. Brać, chwytać chwilę (takie chrześcijańskie carpe diem jest możliwe!), chwytać łaskę, którą ma na dziś, nie marnować jej. Wyciskać ją jak cytrynę do ostatniej kropli. Dzięki życiu tu i teraz, jak piękna stanie się nasza przeszłość i jak bardzo dobrze ukształtujemy naszą przyszłość.

Ale ten chrześcijański mindfulness ma jeszcze jeden ważny aspekt. Nieraz spotykam się ze słowami ludzi, którzy zachęcani do spowiedzi, mówią: ale to przecież nic nie zmieni, bo minie kilka dni, czy tygodni i znów popełnię to samo zło. Jaki to ma sens? Przecież nie jestem w stanie Bogu obiecać, że już nie zgrzeszę, bo tyle raz obiecywałem i co? I znowu upadałem. Miałam moment, kiedy też, klękając u kratek konfesjonału, zastanawiałam się intensywnie nad tym, co znaczy postanowienie poprawy. Na szczęście trafiłam na mądrych i znających życie duchowe spowiedników. Postanowienie poprawy oznacza postanowienie, by się poprawić. Postanowienie, by już więcej grzechów nie popełniać. Wolę zerwania z grzechem. Ono często będzie się objawiać na przykład w podjęciu jakichś konkretnych kroków, by unikać okazji do grzechu. Myślę, że to jest też zbyt rzadko podkreślany aspekt, a to właśnie miejsce na zdrowy rozsądek i na przezorność, bo życie tu i teraz to nie naiwna beztroska (zachęcam w tym kontekście do jednego z moich adwentowych wpisów na blogu). Postanowienie poprawy nie jest jednak obietnicą, ani przysięgą, ani ślubem, że już nigdy więcej nie zgrzeszę. Ba, gdzieś przeczytałam, że wręcz tego typu śluby, są uważane z gruntu za nieważne. A zatem, kiedy klękasz u kratek konfesjonału, masz mieć postanowienie poprawy. A jak je zrealizować? Nie myśląc po odejściu od konfesjonału o tym, co będzie jutro, za tydzień, czy 2 miesiące. Ale o DZIŚ. Dziś Bóg da Ci łaskę na dziś. Jutro da Ci łaskę na jutro. Nie martw się o to, czy unikniesz jakiegoś grzechu jutro. O ile nie zamierzasz sobie stworzyć ewidentnej do niego okazji i nie planujesz ani nie postanawiasz grzechu (takie postawy już byłyby grzechem), nie martw się i oddaj Bogu jutro. Żyj tu i teraz. Dziś.

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. W tej prośbie chrześcijanie zawsze widzieli 2 elementy. Prośbę o zwyczajny chleb, o zabezpieczenie ich potrzeb materialnych, ale także prośbę o Eucharystię. Zwłaszcza, uczestnicząc codziennie w Mszy świętej, można doświadczać realności tej prośby. Dziś zachowaj mnie, Panie, w swojej łasce. Daj mi dziś móc przyjąć Twoje Ciało i Krew. Dziś. Ta prośba skłania też do tego, aby jeżeli się nie uda zachować stanu łaski, to właśnie DZIŚ (o ile to fizycznie możliwe), a nie jutro, pojutrze czy za tydzień, przystąpić do spowiedzi. Dziś. Autor listu do Hebrajczyków pisze: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (…) lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu”. Jeśli dziś sumienie wyrzuca Ci grzech, dziś pojednaj się z Panem. „Póki twa to co zwie się dziś”, by Twoje serce nie zostało w grzechu, nie stwardniało. Warto zauważyć, że bardzo często prośba o to, aby „dziś” wytrwać przy Bogu, czynić dobro, zachować łaskę, być bez grzechu itp., pojawia się w oficjalnej modlitwie Kościoła – w jutrzni. W ogóle cała liturgia godzin jest skupieniem na tu i teraz, jest no właśnie… liturgią godzin, czasu. Teraźniejszości.

Marek Hłasko powiedział: „Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania„. To prawda. Wprawdzie są ludzie o czystym sumieniu, którzy cierpią na bezsenność, niemniej pomijając tę czy inną chorobę, często w zaśnięciu przeszkadza nam ciężar na duszy. Świadomość, że jesteśmy pojednani z Bogiem, pomaga w pokoju zamknąć oczy. Może to będzie dla nas kolejną motywacją, by żyć teraźniejszością w naszym życiu duchowym. Ostatecznie największym lękiem człowieka jest lęk egzystencjalny, lęk przed śmiercią. Mam świadomość, że wiele rzeczy jeszcze bym chciała zrobić i wiele spraw załatwić. Może i wiele złego wynagrodzić, czy z niektórymi osobami porozmawiać i wyjaśnić różne niesnaski. Niemniej gdy wiem, że najprawdopodobniej (na 100% wie to tylko Bóg ;)). jestem w stanie łaski, to zamykam oczy w pokoju, nawet gdybym miała ich więcej nie otworzyć. Co gorszego od wiecznego oddzielenia od Boga może mi się przydarzyć? A jeśli ono mi nie grozi dzięki Krwi Chrystusa, nawet jeśli miałabym do końca świata być w czyśćcu, mogę być spokojna. Ileż mądrości niesie w sobie zakończenie komplety: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą, niech nam da Bóg wszechmogący…”

Trudne to do zrealizowania w praktyce, ale gdyby się udało… niesamowity pokój daje koncentracja na tym, co tu i teraz. Planowanie ale bez życia w marzeniach. W zamian za to, realizowanie ich. Pamięć ale bez życia we wspomnieniach. W zamian za to, wyciąganie z nich wniosków. Na teraz. Przeżywanie smutku w chwili smutku, radości w chwili radości. Smakowanie kawy, gdy ją pijemy. Oglądanie płatków śniegu, gdy spadają z nieba. I radosna troska o to, by mieć serce wolne i spokojne, gotowe na spotkanie z Panem… Starajmy się. I tego trzeba się na pewno długo uczyć. Ja jestem dopiero na samym początku tej drogi… ale już wiem, że warto.