O nawróceniu po nawróceniu, czyli kilka słów o żalu za grzechy

Staram się weryfikować moje religijne doświadczenie w świetle Objawienia, czyli Pisma Świętego i Tradycji Kościoła. Tak się powinno. Bez tego łatwo osiąść na mieliźnie, zacząć tworzyć jakąś swoja wersję Boga, twór własnego umysłu. Jakiś czas temu zauważyłam coś ciekawego. Nie wiem, czy o tym już wspominałam, ale nawet jeśli, to w dzisiejszym wpisie chcę rozwinąć tę myśl. Otóż, zauważyłam, że niejednokrotnie przystępując do sakramentu pokuty, spełniając warunki spowiedzi, takie jak żal za grzechy, czy postanowienie poprawy, zgodnie z tym, co nakazuje Kościół, nie odczuwam uczucia żalu w silny sposób. Zdarza się jednak, że przychodzi to dopiero już po przyjęciu sakramentu pokuty. Że takie doświadczenie może być czymś naturalnym i znanym chrześcijanom, wiedziałam od spowiedników. Szukałam jednak fragmentu Słowa Bożego, które mogłoby o tym mówić. Wczoraj zupełnie „przypadkiem”, natrafiłam na takie Słowo. Zanim jednak do niego przejdę, chcę napisać kilka słów o samym żalu za grzechy.

Mam silne przekonanie, że wiele osób powstrzymuje się z szybkim przystąpieniem do sakramentu pokuty, gdy tego potrzebują, właśnie z powodu „braku żalu za grzechy”. Często jednak mają oni wymagany przez Kościół żal za grzechy, nie czują natomiast UCZUCIA żalu. Ale to nie UCZUCIE żalu jest konieczne do ważnego przyjęcia rozgrzesznia, ale „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości” (Sobór Trydencki: DS 1676). Nie ból psychiki, ból uczuciowy, ale ból duszy. Znienawidzenie popełnionego grzechu, o którym mowa, również nie musi, choć może, łączyć się z emocjami. Podobnie jak wiara nie jest w teologii rozumiana jako uczucie, jako religijne wzruszenie, ale jako „osobowe przylgnięcie całego człowieka do Boga, który się objawia. Obejmuje ona przylgnięcie rozumu i woli do tego, co Bóg objawił o sobie przez swoje czyny i słowa” (KKK 176).  „Przez wiarę człowiek poddaje Bogu całkowicie swój rozum i swoją wolę. Całą swoją istotą człowiek wyraża przyzwolenie Bogu Objawicielowi (Por. Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 5). Pismo święte nazywa odpowiedź człowieka objawiającemu się Bogu „posłuszeństwem wiary” (Por. Rz 1, 5; 16, 26) – KKK 143). Wiarę mogę zarówno czuć, jak i nie czuć i niezależnie od tego, mogę posiadać wiarę. Jest ona aktem rozumu i woli, aktem posłuszeństwa. Bóg jest Bogiem, a ja jestem tylko człowiekiem. Ufam Bogu, wierzę Mu, ze względu na Jego autorytet jako Boga. Wiara zakłada relację. Początkowo relację służby, opartą na posłuszeństwie. O tym, choć nie tylko o tym, dużo mówi nam Stary Testament. Stopniowo pokazuje on też, że Bóg pragnie z człowiekiem jeszcze ściślejszej relacji, przyjaźni, co więcej miłości. Pełnię tego, kim jest Bóg i jakiej relacji z nami pragnie, objawia nam Jezus Chrystus w Duchu Świętym, osobowej miłości Ojca i Syna. Wczorajsze Słowo mówi także o tym: Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15, 15).

Podobnie jak z wiarą, jest też z żalem. Żal za grzechy może łączyć się z uczuciem żalu, ale nie musi. Pisze o tym w takich słowach o. Salij: Bywa jednak tak, że naszej miłości nie towarzyszy odczucie emocjonalne. Również autentycznemu żalowi za grzechy nie zawsze towarzyszy odczucie żalu. Bo najważniejsze, żebym zobaczył, iż Bóg, który mnie kocha, potępia mój grzech. I żebym umiał Bogu powiedzieć: „Boże, Ty masz rację! Mój grzech zasługuje na potępienie! I daj mi moc, abym umiał przyłączyć się do tego potępienia, jakie wypowiadasz przeciwko mojemu grzechowi! Abym uczynił to nie tylko wewnętrznym przeświadczeniem, ale również pokutnymi czynami!” Więcej na ten temat, znajdziecie też w tym artykule, innego autorstwa, bardzo polecam: https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2014/Przewodnik-Katolicki-11-2014/Wiara-i-Kosciol/Zal-za-grzechy
Żal za grzechy trzeba też odróżnić od poczucia winy. Nie są to pojęcia tożsame, synonimy. Psychologiczne poczucie winy może być zupełnie fałszywe. Możemy odczuwać chore poczucie winy, wobec rzeczy, które nie są w ogóle grzechami. Częsty obraz przy skrupulanckim sumieniu. Może być nieadekwatne do rzeczywistości, do popełnionej winy – za małe lub za duże. Często stopień odczuwanego poczucia winy wynika bardziej z tego, jak zostaliśmy wychowani i z naszych uwarunkowań psychicznych, niż ze stanu naszej duszy.  Może być uogólnione poczucie winy, podobne do lęku uogólnionego, które sprawia, że osoba potocznie mówiąc, „przeprasza, że żyje”. Możemy mieć też zdrowe poczucie winy, które będzie pomocą przy akcie żalu za grzechy. Poczucie winy może prowadzić nas ku skrusze i nawróceniu, a może prowadzić do rozpaczy, jak u Judasza. Nie możemy więc zatrzymywać się na samym poczuciu winy i w jego świetle oceniać naszego żalu za grzechy.

Kiedyś usłyszałam ciekawy przykład. Jasio przychodzi do swojego taty i opowiada mu, jak pobił kolegę, który pokazał mu język. „Ale miał śliwę pod okiem, kompletnie go sprałem”. Tata pyta Jasia: Jasiu, co czujesz w związku z tym, co zrobiłeś? Jasiu odpowiada: Dziką satysfakcję, tato. Tata: Jasiu, a uważasz, że dobrze zrobiłeś, kolejny raz w takiej sytuacji też byś tak zrobił? Jasiu zamyśla się i mówi: Nie, tato, zrobiłem mu świństwo. Powinienem był się opanować i jakoś inaczej zareagować. Mogłem z nim na przykład porozmawiać. Na przyszłość chciałbym postąpić inaczej.

Z tego dialogu wynika, że Jaś ma żal za grzechy. Spokojnie mógłby przystąpić do sakramentu pokuty. Mimo, że odczuwa satysfakcję obronienia się przed zaczepkami kolegi, że poczuł się od niego lepszy, silniejszy i wygrany. Ale wie, że zrobił źle. Że taki sposób uzyskania tych pozytywnych emocji, był niewłaściwy. I chce w przyszłości postąpić inaczej. Czy mu się uda? Nie może zagwarantować. Ale chce, postanawia, będzie próbował z pragnieniem, by sie udało. Dlaczego? Bo wie, że to, co zrobił było złe, mimo że dało mu pozytywne emocje. A zła trzeba unikać. Jasiu ma żal za grzechy i postanowienie poprawy.

Nasze emocje często podążają dopiero za naszą wolą. Nie są pierwszym wagonem, ale niekiedy przedostatnim. Odkąd człowiek popełnił grzech pierworodny, pierwotna harmonia między naszym rozumem, wolą, uczuciami, ciałem i całą jego biologią, uległa rozchwianiu. Nasze emocje też się „rozjeżdżają”. Taka jest kondycja człowieka, który stopniowo przez całe swoje życie, dąży ku pełnemu zintegrowaniu siebie, co w 100% będzie miało miejsce dopiero po naszym zmartwychwstaniu. Podobnie jest, gdy przebaczamy. Przebaczamy najpierw rozumem i wolą, chcemy przebaczyć. Uczucia wstrętu, gniewu wobec tego, kto nam zawinił, mogą być jeszcze długo po decyzji przebaczenia. One powoli ustąpią w ślad za decyzją rozumu i woli, ale nieraz po wielu dniach, miesiącach lub latach.

Słowo Boże, o którym wspomniałam na początku to Jr 31, 18b-19a. W tłumaczeniu Paulistów brzmi ono: „Spraw, abym wrócił, a powrócę, bo Ty, Panie, jesteś moim Bogiem. Odkąd się  nawróciłem, jestem pełen skruchy. Gdy się opamiętałem, zacząłem bić się w piersi„. Nie znałam wcześniej tego Słowa. Bardzo mnie ono zaskoczyło i uradowało. Znalazłam w nim opis właśnie tej rzeczywistości, kiedy wracam do Pana, ale jeszcze moje uczucia muszą tam powrócić. Zrobią to później. Wielokrotnie dzieje się tak po spowiedzi. Spotkanie z miłosierdziem Pana, rodzi uczuciowy żal. Zwraca moją uwagę zwrot „bo Ty, Panie, jesteś moim Bogiem”. Oto prawdziwy powód powrotu! Wracam, bo Ty jesteś Bogiem. Bo Ty wiesz lepiej ode mnie. Wracam, bo Cię zraniłam. Coraz lepiej w tym kontekście rozumiem, jakim ułatwieniem jest postrzeganie naszej relacji z Bogiem, jako relacji miłości, podobnej do tej między dwojgiem ludzi, przyjaciół, czy małżonków. Różnica jest tylko w tym, że w naszych ludzkich relacjach, obie jej strony są ludźmi, a relacje przyjacielskie są równorzędne. Relacja rodzicielska, mogłaby to ilustrować, ale często jest niedoskonała i raniąca, a te niedoskonałe obrazy przenosimy na Boga, więc nie chcę posługiwać się tym przykładem. Popatrzmy jednak na żal doskonały. Ma on wypływać z miłości do Boga. Wielu pomaga obraz męki Jezusa – tyle dla nas cierpiał, a my zraniliśmy Go. Szczególnie przemawia do mnie obraz oplucia Jezusa i bicia go po twarzy przez żołnierzy. Nic im nie zrobił, a Mu napluli w twarz. Kiedy myślę o opluciu kogoś, kto mi jest przyjacielem, który nic złego mi nie zrobił, czuję jakie to niesprawiedliwe, jakie to świństwo. Ale przemawia do mnie też obraz zestawienia z żalem niedoskonałym, na przykład ze strachu przed piekłem. I mam taką małą prywatną formułkę: Panie, nawet jeśli nie byłoby piekła (żeby było jasne, wierzę w istnienie wiecznego piekła i realnej możliwości znalezienia się tam ludzi), nawet jeśli za to, co zrobiłam, nie spotkałaby mnie żadna kara, ale mówisz mi, że to Ci się nie podoba i Cię zasmuca, to żałuję, że to zrobiłam. Skoro Cię kocham, nie chcę sprawiać Ci bólu.
Czy nie tak dzieje się w najbliższych relacjach? Kiedy przyjaciel objawia nam część siebie, objawia nam swoje upodobania, mówi, że nie lubi czegoś jeść, albo przebywać w jakimś miejscu, nie będziemy mu tego serwować, ani go tam zabierać, prawda? Nawet jeśli takie zachowanie, nie skutkowałoby żadną karą. Po prostu nie chcemy czynić bliźniemu tego, czego nie chcielibyśmy, aby czyniono nam. Obraz ten jest niedoskonały. W relacjach międzyludzkich nie ma takich zależności, jak między mną a Bogiem. Możemy nie robić czegoś w obecności przyjaciela, ale jednocześnie gdy to nie jest samo w sobie złe, podejmować jakąś aktywność z innymi ludźmi, którym ona nie przeszkadza. Bóg zamieszkuje jednak nas. Nie możemy znaleźć się poza Jego obecnością. Mówi o tym cały psalm 139: „Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę. Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza: tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mię Twoja prawica. Jeśli powiem: «Niech mię przynajmniej ciemności okryją i noc mnie otoczy jak światło»: sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie, a noc jak dzień zajaśnieje: <mrok jest dla Ciebie jak światło>” (Ps 139, 8-12). Od przyjaciół nie jesteśmy też aż tak zależni jak od Boga, nie mogą nam oni odebrać oddechu w sensie absolutnej zależności istnienia (por. Ps 104, 29), jak Bóg, którego potrzebujemy jak powietrza (por. Dz 17, 28). Ale obraz przyjaźni i relacji, w której powinna się liczyć druga osoba i nasza miłość do niej, a nie kara i lęk, może pomóc w żalu doskonałym, choć myślę, że nigdy nie możemy zagwarantować, że ten żal mamy z całkowitą pewnością.

Jeremiasz pisze, że po nawróceniu – po powrocie do Boga, przez analogię, po spowiedzi-może przyjść pełnia skruchy, bicie się w piersi, lepsze zrozumienie swojej winy i żal bardziej uczuciowy. Tak właśnie bywa. Jeśli więc, Czytelniku, wstrzymujesz się z pojednaniem z Bogiem, bo zauważasz, że choć uznajesz, że popełniłeś zło, to „nie czujesz smutku, żalu etc”, że choć chcesz go w przyszłości wedle wszelkich możliwości, całą siłą unikać (czy się uda, nie wiesz), ale wstrzymują Cię emocje, które mówią Ci o jakiejś uczuciowej korzyści z grzechu, to wiedz, że możesz przystąpić do sakramentu pokuty. Nie odwlekaj tego. Nie mając łaski uświęcającej, jesteś bardziej rozbity wewnętrznie. Twoje emocje są jeszcze dalej od rozumu i woli, niż w stanie łaski. Może także i to wykorzystuje szatan, aby nas trzymać w niewoli grzechu, powstrzymując fałszywymi argumentami od spowiedzi? Łaska uzdalnia nas do wewnętrznej integracji. Może stąd łatwiej o uczucia żalu, gdy już w niej na powrót jesteśmy? Łaska przekształca nas od środka. Nie jest czymś zewnętrznym, jakmiś narzuconym nam na ramiona płaszczem, ale realną zmianą w naszym bycie. Wykracza poza świat biologiczny, nie zbadamy jej, nie zmienia składu naszej krwi, ani jej ciśnienia. Ale naprawdę zmienia nasz wewnętrzny stan.

Serce Boga

Czasami mam okazję uczestniczyć w Mszy odprawianej dla niewielkiej grupy wiernych. Lubię takie Msze, kiedy stoję metr lub dwa od ołtarza. Gdy przed Eucharystią sama przekładam do kielicha hostię, która wtedy jeszcze jest chlebem, a za kilkanaście minut bez żadnych zewnętrznych zmian, stanie się Ciałem Boga. Gdy przyjmuję Ciało i Krew Pana pod dwiema postaciami. Wczoraj miałam taką możliwość. Stojąc około 1,5 metra od ołtarza, patrzyłam na haft znajdujący się na puryfikaterzu. Było to przebite serce Jezusa, z którego wypływa jedna czy kilka kropli krwi. Przebite serce Boga. Tak, ten wpis będzie o sercu Boga, mimo że będzie także o kilku innych sprawach. Przebite serce Boga jest jednak kluczem, aby je zrozumieć.

Stojąc wczoraj na wspomnianej Mszy, moje serce było wypełnione bólem. Nie może być inaczej po tym wszystkim, co pokazał film Tomasza Sekielskiego. O tym, że tego typu rzeczy, choć statystycznie patrząc rzadko, to jednak mają w Kościele miejsce, wiedziałam. O tym, czym jest molestowanie seksualne z autopsji, dzięki Bogu, nie wiem. Ale wiem od ofiar. Poznałam osobiście ludzi molestowanych w dzieciństwie, chociaż nie przez księży. Poznałam też księży, którzy mieli w swoim życiu problemy z czystością, aczkolwiek nie pedofilskie. Widziałam łzy jednych i drugich. Cierpienia skrzywdzonego dziecka nie da się niczym usprawiedliwić. Jest ono najwyższą formą niesprawiedliwości. Cierpienie dziecka jest cierpieniem niewinnym. Dorosły jest za dziecko odpowiedzialny. Żadne, nawet nieodpowiednie zachowanie dziecka, nigdy nie usprawiedliwi przemocy fizycznej, psychicznej, ani seksualnej wobec dziecka. Dziecko jest bowiem słabsze. Dziecko jest i ma prawo być niedojrzałe. Dorosły ma obowiązek wykazywać się większą dojrzałością od dziecka. Dziecko może nie umieć powstrzymać swojego gniewu, czy wszelkich afektów. Dorosły ma obowiązek panować nad sobą, zwłaszcza gdy pod jego opieką znajduje się dziecko. Co więcej, to dorosły ma nauczyć dziecko trudnej sztuki zrozumienia i dojrzałego reagowania na swoje uczucia i popędy. Koniec kropka. Widziałam łzy kapłanów, którzy czuli do siebie wstręt po tym, gdy złamali przyrzeczenie celibatu czy zakonne śluby. Rozumiem ich ból.

Serce Boga. Otwarte na oścież dla ofiar każdej krzywdy. Dla ofiar przemocy w każdej jej formie. Serce Boga otwarte na oścież dla wszystkich grzeszników, dla każdego kto żałuje swojej winy. Serce Boga hojne. Serce Boga zranione, by uleczyć rany jednych i drugich. W obu przypadką są to rany zadane przez grzech. Cudzy lub własny.

Ale jednocześnie to samo serce Boga surowe dla tych, którzy żyją w hipokryzji. Myślę, że nie pomylę się wielce, dzieląc grzeszników, czyli nas wszystkich na dwie grupy. Jedna są to ci, którzy grzeszą ze słabości. Szczerym sercem pragną zachowywać Boże przykazania, kochają Boga, ale czasami, niekiedy często upadają. Ich w Ewangelii reprezentują celnicy, jak Zacheusz, cudzołożna kobieta, Piotr, Tomasz, tłumy chorych, opętanych i nieszczęśliwych. To wśród nich byli także ci księża, na których łzy patrzyłam. Dla nich Jezus ma miłosierdzie. Dla nich Jego sprawiedliwość jest miłosierna. Patrzy na nich z czułością. Woła ich po imieniu. Jesteś wśród tych ludzi? Chcę Ci napisać z całego swojego serca – przychodź do Jezusa. Nie bój się Go. Przychodź do Niego i oddawaj Mu swój grzech. Nie patrz na to, jak często upadasz. Przychodź. On nie męczy się przebaczaniem, jak powiedział papież Franciszek. Proszę Cię, która/y czytasz te słowa. Nawet gdybyś dziś był/a do spowiedzi, a jutro upadł/a przyjdź do Jezusa. Ba, gdybyś miał/a przyjść do spowiedzi dwukrotnie tego samego dnia, zrób to. Uczyń wszystko, co możesz, aby nie upadać, ale jeśli upadniesz ze swojej słabości, przyjdź. Jezus patrzy na Ciebie z czułością. On przyszedł do takich jak Ty. On przyszedł do chorych, bo nie potrzebują lekarza zdrowi, ale chorzy (por. Mk 2, 17). Proszę Was, nie bójcie się spowiedzi. Nie wstydźcie się spowiedzi. Walczcie z grzechami, unikajcie ich. Ale nie unikajcie spowiedzi, gdy zgrzeszycie. Obyście, jeśli upadniecie, mogli policzyć w godzinach, a nie w dniach, czas przeżyty bez łaski Bożej.

I jest też druga grupa grzeszników. Tych w Ewangelii reprezentują faryzeusze. Dla nich Jezusowe miłosierdziem jest sprawiedliwość. Jest karcenie i upominanie tak długo, aż skruszy ich serca, o ile nie stwardniały na zawsze. Do grzeszników z pierwszej grupy, Jezus mówi czule. Do grzeszników z drugiej grupy, Jezus mówi ostro:  Biada wam, przewodnicy ślepi, którzy mówicie: Kto by przysiągł na przybytek, to nic nie znaczy; lecz kto by przysiągł na złoto przybytku, ten jest związany przysięgą. Głupi i ślepi! Cóż bowiem jest ważniejsze, złoto czy przybytek, który uświęca złoto? Dalej: Kto by przysiągł na ołtarz, to nic nie znaczy; lecz kto by przysiągł na ofiarę, która jest na nim, ten jest związany przysięgą. Ślepi! Cóż bowiem jest ważniejsze, ofiara czy ołtarz, który uświęca ofiarę? Kto więc przysięga na ołtarz, przysięga na niego i na wszystko, co na nim leży. A kto przysięga na przybytek, przysięga na niego i na Tego, który w nim mieszka. A kto przysięga na niebo, przysięga na tron Boży i na Tego, który na nim zasiada. 
Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda! (Mt 23, 16-24) «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: 
Ten lud czci Mnie wargami, 
lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. 
Ale czci Mnie na próżno, 
ucząc zasad podanych przez ludzi. 
Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, ». I mówił do nich: «Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: Czcij ojca swego i matkę swoją, oraz: Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmiercią zginie. A wy mówicie: „Jeśli kto powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem [złożonym w ofierze] jest to, co by ode mnie miało być wsparciem dla ciebie” – to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ni dla matki. I znosicie słowo Boże przez waszą tradycję, którąście sobie przekazali. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie». (Mk 7, 6-13).

Słowa Jezusa są twarde. Mogą wręcz zdawać się niegrzeczne. Ale są one wyrazem miłości i troski o ich dusze. Jezus i dziś mówi w taki sposób do współczesnych faryzeuszy. Czy nie tym samym jest stawać codziennie przy Jego ołtarzu, jednocześnie dopuszczając się molestowania dzieci albo chroniąc sprawców takich czynów?  Wspomniany przez Jezusa przykład z ofiarowaniem pieniędzy, które miały służyć na pomoc starszym rodzicom, doskonale ilustruje sytuację, w której prawo świątynne, stawało w sprzeczności z przykazaniem miłości, z prawem wpisanym w ludzkie serca, było wręcz w kontrze do tego prawa, choć pozornie uzasadnione dobrem, ofiarą dla Boga. Możemy tworzyć sobie dziesiątki przepisów, które mogą zewnętrznie chronić nas od odpowiedzialności pod pozorem dobra dla Kościoła. Możemy też wcale takich przepisów nie mieć, ale tworzyć swoje obyczaje, swoją „tradycję”, którą będziemy uzasadniać bronienie tych, którzy bronieni być nie powinni. Wiemy jednak, że gdy staniemy przed majestatem Boga, argument z prawa cywilnego, które dopuszczało aborcję, albo argument z prawa kościelnego, które wykorzystywaliśmy tak, by wybielić swoje sumienie, czy unikać odpowiedzialności, nie będzie miał znaczenia. Spotykamy się z prawdą swojego sumienia. A ono będzie krzyczeć.

Statystyka jest drugorzędna. Dla Boga liczy się każda owca. Bóg upomni się o łzy każdego skrzywdzonego człowieka. Wszędzie i zawsze. Skrzywdzonego w domu, skrzywdzonego w szkole, wśród przyjaciół, przez księży, nauczycieli. Przez każdego. Dojdzie do uszu Boga krzyk pokrzywdzonych:  Za niegodziwość – pomoc dla nich? (Ps 56, 8). I Bóg odpowie. On bowiem przechował ich łzy w swoim bukłaku (por. Ps 56, 9).

Bóg napominał lud wybrany na różne sposoby. Biblia przedstawia wiele przykładów, gdy narzędziem w ręku Boga stawali się także ci, którzy wcale w Niego nie wierzyli, albo byli wrogami Izraela lub poważnymi grzesznikami. Czym była niewola babilońska? Czy nie Kajfasz powiedział proroctwo o tym, że Jezus umrze za naród? „Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: «Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród». Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno (J 11, 49-52). Czy dzisiaj Bóg nie może dobijać się do skamieniałych serc, chcąc obudzić je z obłudy, także posługując się kimś, kto niekoniecznie kocha Kościół? Oczywiście, że może.

Warto spojrzeć do dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi o wydawaniu owocu. I o tym, że nie można wydawać owoców, jeśli nie trwa się w Nim, który jest winnym krzewem. Nawet, gdybyśmy pozornie, zewnętrznie, wydali jakieś owoce, za które spotka nas uznanie w oczach ludzi, na nic nam one, jeśli nie będziemy zjednoczeni z Jezusem. Tradycyjnie mówi to teologia, trzymając się słów św. Pawła, że łaska zbawia a nie uczynki. Uczynki, najcudowniejsze nawet, wybudowane kościoły, dziesiątki zmówionych litanii, setki przeprowadzonych rekolekcji, nie otworzą nam bram nieba, jeśli nie będziemy w stanie łaski uświęcającej. Nasze uczynki bez łaski, nie mają wartości zasługującej na niebo. Są jednak jak skrwawiona szmata (Iz 64, 5), dopóki nie zanurzymy ich w Krwi, która wybiela, w Krwi Jezusa. Nie dlatego, że w każdym dobrym czynie, jest coś złego, jak chcieli niektórzy protestanccy teolodzy. Ale dlatego, że żaden nasz uczynek, bez łaski Bożej, nie otworzy nam nieba.

Jezusa najbardziej boli hipokryzja. Nie grzech, a podwójne życie. Nie grzech, a brak nawrócenia. Nie grzech, a zuchwałość. Z grzechem Jezus sobie poradzi. Już sobie poradził na Golgocie. Z hipokryzją, w której ktoś będzie trwał do końca, do ostatniej chwili, nic jednak nie będzie mógł zrobić. Ona zamknie możliwość skorzystania z miłosierdzia. I Jezus uczyni wszystko, co tylko możliwe, żeby zniszczyć skorupę, która stopniowo narasta w sercu hipokrytów. Jezus tak robi, bo kocha. Będzie rozwalał ją młotkiem, niekiedy topornym i wrogo wyglądającym tak długo i na wszelkie sposoby, aż do śmierci hipokryty. Oby jednak pozwolił on sobie na rozbicie tej skorupy. Oby nie odwrócił się plecami ze strachu przed młotkiem, który nie wygląda na przyjazny. 
Serce Jezusa jest otwarte. Serce Jezusa krwawi i zaprasza – pozwól się obmyć w Jego Krwi. Przyjdź do Niego. Uznaj swój grzech. A jeśli jesteś w grupie hipokrytów, uznaj swoją hipokryzję. Powiedz Mu, że przez dni, a może lata, żyłeś odwrotnie do tego, czego nauczałeś i czego wymagałeś od innych. I nawróć się i pierwsze czyny podejmij (por. Ap 2, 5). Masz szansę! Nie czekaj, nie odkładaj tego.

Jestem grzesznikiem. Przebiłam i zraniłam serce Boga nie raz. Ale mam jedno pragnienie. Abym przez całe moje życie mogła mówić, jak jeden ze świętych, któremu (jak i każdemu innemu) nie dorastam do pięt, że jestem grzesznikiem, który kocha Jezusa Chrystusa. Wiem jednak, że to też będzie łaską. Od pojedynczych grzechów do hipokryzji droga jest krótka. Bardzo się boję, aby kiedyś nie znaleźć się po stronie hipokrytów. Komu się zdaje, że stoi, niech baczy, aby nie upadł (por. 1 Kor 10, 12). Proszę więc i błagam codziennie Boga ze łzami, nieco innymi niż Tenenbaum słowami: Ale zbaw mnie od zuchwałości, ocal mnie od hipokryzji, Panie. Nie ze względu na moje zasługi, bo ich nie mam, ale ze względu na Krew Twoją, Panie.

Oddalił się do Efraim…

Dawno nie pisałam, gdyż kiepsko miałam z czasem… a poza tym chciałam, żeby wybrzmiał tekst o cierpliwości i owocowaniu, tak pasujący do czasu nawożenia, jakim jest dla naszej duszy Wielki Post. Dziś zaczyna się Wielki Tydzień… Jezus wchodzi triumfalnie do Jerozolimy. Podejmuje się najważniejszego zadania swojego życia. Ale wcześniej… O tym, co było zanim to uczynił, sporo mówiły nam Ewangelie ostatniego tygodnia. Na przykład wczorajsza, której fragment przytoczę:

Odtąd Jezus już nie występował otwarcie wśród Żydów, tylko odszedł stamtąd do krainy w pobliżu pustyni, do miasta zwanego Efraim, i tam przebywał ze swymi uczniami. A była blisko Pascha żydowska. Wielu przed Paschą udawało się z tej okolicy do Jerozolimy, aby się oczyścić. Oni więc szukali Jezusa i gdy stanęli w świątyni, mówili jeden do drugiego: «Jak wam się zdaje? Czyżby nie miał przyjść na święto?» Arcykapłani zaś i faryzeusze wydali polecenie, aby każdy, ktokolwiek będzie wiedział o miejscu Jego pobytu, doniósł o tym, by można było Go pojmać. (J 11, 54-57)

Ewangelia z czwartku V tygodnia Wielkiego Postu mówi o jeszcze innym ukryciu się Jezusa.  Porwali więc kamienie, aby rzucić w Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni (J 8, 59).

To Słowo daje nam wielką lekcję. Jest praktyczną realizacją słów Koheleta: Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. (Koh 3, 1). Jest godzina Jezusa, godzina Jego męki i zmartwychwstania. Pomimo tego, że Jezus przyszedł na świat właśnie dla tej godziny (por. J 12, 27), to nie stara się jej przyspieszyć. Nawet własnej Matce mówi w Kanie – jeszcze nie nadeszła moja godzina (por. J 2, 4).

Jezus prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Jezus, doznający lęku przed tą godziną (także J 12, 27). Jezus, który przygotowuje się na tę godzinę. Nie usiłuje jej przyspieszyć. Był Bogiem. Mógł wszystko. Mógł dokonać swojego dzieła wcześniej niż ok. 30 roku życia. Ale był też w pełni człowiekiem. Cudowny paradoks jednej Osoby i dwóch natur. Tylko dzięki temu możemy Go naśladować. Był bowiem do nas podobny we WSZYSTKIM oprócz grzechu (por. Hbr 4, 15). Myślę, że nie jest nadużyciem powiedzieć, że Jezus w swojej ludzkiej naturze przygotowuje się do wykonania zbawczego dzieła. W końcu jako człowiek czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. (Łk 2, 52). I w tym możemy Go naśladować. Możemy dać sobie prawo do wzrastania. Możemy przyjąć tą zwyczajną cechę ludzkiej natury, którą przyjął także Jezus.

W kulturze fast food, o której już pisałam, nie ma miejsca na czekanie. Wszystko musi być szybko, już, tu i teraz, natychmiast. Tymczasem człowiek nie jest mikrofalówką. Człowiek potrzebuje czasu. Jezus oddalający się do Efraim, Jezus, który wie, że owszem, już niedługo odda życie, że będzie moment, kiedy pozwoli się pojmać, ale JESZCZE NIE TERAZ. On jeszcze nie jest gotowy. A Jego niegotowość jest doskonale złączona z Bożą wolą. To jeszcze nie jest godzina wyznaczona przez Ojca. Doskonałe zjednoczenie Jezusowej natury z wolą Ojca.

Lekcja dla nas. Choć my nie jesteśmy tak zjednoczeni z wolą Ojca, chociaż ciągłe rozeznawanie jej i poddawanie się jej, jest dla nas zadaniem na całe życie, to w jakimś sensie, odczytując swoją gotowość lub jej brak, także możemy przybliżać się do odczytania woli Ojca. Nadchodzi moment, w którym Jezus MIMO LĘKU, lęku tak ogromnego, że objawiającego się krwawym potem w Ogrójcu, podejmie wyzwanie, które przekracza naturalne ludzkie możliwości. Podobnie może się wydarzać w naszym życiu. Czym innym jednak jest zrobienie skoku zaufania jak Jezus, a wcześniej jak Abraham wyruszający w nieznane, a czym innym oczekiwanie, że wydarzy się to natychmiast. Myślę tu przede wszystkim o naszych życiowych decyzjach. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że ilekroć czułam, że nie jestem na coś gotowa, ale działałam pod wpływem presji innych lub presji samej siebie, tylekroć chociaż Jezus był ze mną w tych decyzjach, bo On nigdy nie opuszcza, to z perspektywy czasu, oceniałam je jako niesłuszne. Czasami ich żałowałam, chociaż też i one stały się narzędziami w ręku Boga, by mnie wiele nauczyć. Błędem jest wypowiadać słowa, na które nie czujemy się gotowi i podejmować decyzje z silnymi wątpliwościami, tylko dlatego, że ktoś ich oczekuje i nie potrafi poczekać lub my sami przymuszamy się, myśląc, że druga osoba nie da rady poczekać. Chcę też w tym miejscu podkreślić, że czym innym jest gotowość, a czym innym absolutna pewność. Nikt z ludzi, podejmując decyzję o małżeństwie, czy drodze zakonnej, albo innych ważnych życiowych sprawach, nie ma raczej 100% pewności, że się nie myli. Można jednak być gotowym na to ryzyko i podjąć je w zaufaniu Bożej łasce. A można je próbować podjąć, nie będąc gotowym. Trochę tak, gdyby Jezus pozwolił się pojmać, nim nadeszła Jego godzina. Albo zechciał oddać za nas życie, nie w czasie trzeciej Paschy swojej publicznej działalności, ale pierwszej lub drugiej. Gotowość często łączy się z wewnętrznym pokojem. Pokojem mimo jakiejś dozy niepewności, czy wątpliwości.

Mówi się, że czyściec jest przygotowaniem do wiecznego życia właśnie także przez nasze ludzkie wzrastanie. Bo w każdym z nas co innego musi ulec skruszeniu, co innego przemianie, co innego musi się oczyścić, abyśmy stali się bliżsi nowemu człowiekowi. Bo nic co grzeszne, co niedoskonałe, co pokiereszowane, nie może stanąć przed Bożym Majestatem po tamtej stronie. Czyściec będzie czasem zabliźniania i leczenia tego, co nie zdążyło się zabliźnić i uleczyć w naszym ziemskim życiu, a co przeszkadzałoby nam uczestniczyć w chwale nieba. Wzrastanie jest wpisane w naszą naturę. I trzeba nam się na to zgodzić. To jedno z tych miejsc, w którym łaska buduje na nautrze, choć jest od niej silniejsza i w ostatecznym momencie tą naturę uzdalnia do działania przekraczającego naturalne możliwości, jak na przykład męczeństwo.

Drugą lekcją, którą czerpię z wspomnianych na początku fragmentów Ewangelii, jest rozumne nadstawianie drugiego policzka. Część chrześcijan wybiera z Ewangelii ten fragment (Mt 5,38-42) i zapomina o innych. Jezus pokazał nam swoim życiem, jak dobrze go rozumieć. On nadstawił policzek. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50,5-6). Ale wcześniej nie tylko zapytał: Dlaczego mnie bijesz? (por. J 18, 23), ale także kilkakrotnie w ciągu swojej publicznej działalności, oddalał się spośród tych, którzy chcieli zrobić Mu krzywdę. Już w Nazarecie, gdy chciano Go strącić ze skały (por. Łk 4, 29-30), oddalił się. W przededniu męki, oddala się do Efraim. Św. Paweł też nie oddaje życia od razu i natychmiast. Pozwala się uratować, gdy inni uczniowie spuszczają go w koszu po murze, by mógł uciec przed prześladowaniami zaraz po swoim nawróceniu (por. Dz 9, 23-25). Paweł rozeznaje też swoje możliwości, swoją gotowość i w chwili ostatecznego nadstawienia policzka, wybiera rodzaj śmierci, korzystając ze swoich praw rzymskiego obywatela, być może dlatego, aby nie stchórzyć pod wpływem fizycznych cierpień – obywatel rzymski był ścinany mieczem, a nie krzyżowany. Wcześniej, skazany na biczowanie, protestuje:

«Czy wolno wam biczować obywatela rzymskiego? I to bez sądu?» odezwał się Paweł do stojącego obok setnika, gdy go związano rzemieniem. Usłyszawszy to, setnik poszedł do trybuna i powiedział mu: «Co chcesz robić? Bo ten człowiek jest Rzymianinem». Trybun przyszedł i zapytał go: «Powiedz mi, czy ty jesteś Rzymianinem?» A on odpowiedział: «Tak». «Ja za wielką sumę nabyłem to obywatelstwo» – odrzekł trybun. A Paweł powiedział: «A ja mam je od urodzenia». Natychmiast też odstąpili od niego ci, co go mieli badać. Dowiedziawszy się, że jest Rzymianinem, trybun przestraszył się, że kazał go związać. (Dz 22, 25-29).

Może właśnie dlatego Paweł odda życie za Jezusa, bo zna siebie. Wie, na co i kiedy jest gotowy. Czasami spotyka go krzywda i przyjmuje ją dla Jezusa, czasami broni się. Piotr pragnął nadstawić policzek zbyt szybko i musiał doświadczyć lekcji, która nauczyła go wiele przede wszystkim na temat własnej osoby. Także my, nie możemy się zapierać się Pana, a w ostatecznej konfrontacji mamy nadstawić drugi policzek. Ale nie mamy pozwolić sobie na bezsensowne skrzywdzenie. Mamy prawo się bronić. Mamy prawo oddalić się do swojego Efraim. Jezus się bronił. Bronił się dotąd, aż nadeszła godzina Jego Ojca, godzina Jezusowej męki. Jezus jest dziś gotowy. Wkracza do Jerozolimy na osiołku w triumfalnym pochodzie. Boi się, ale wie, że TERAZ nadszedł czas, dla którego przyszedł na świat. Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie (Mk 10, 33-34).

 

Cierpliwość wzrastania

Dzisiejszy wpis będzie rozważaniem na kanwie trzech fragmentów Ewangelii. Jeden z nich, ten który zacytuję jako pierwszy był czytaniem mszalnym w minioną środę.

Pozwólcie, że przytoczę wszystkie fragmenty, do których chcę się odnieść.

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. Jezus odesłał go do domu ze słowami: «Tylko do wsi nie wstępuj!» (Mk 8, 22-26)

Mówił dalej: «Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo». (Mk 4, 26-29)

I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”». (Łk 13, 6-9)

Środowe czytanie skłoniło mnie do refleksji na temat wzrastania w nas Słowa Bożego, naszego wzrastania w wierze, naszych uzdrowień wewnętrznych, przemian, których pragniemy i  jesteśmy świadkami. W dzisiejszych czasach szybkiego Internetu, szybkich połączeń kolejowych i fast foodów, cierpliwość nie jest często spotykaną cnotą. Nasza kultura cechuje się raczej fundamentalną niecierpliwością. Wyraża się ona na przykład w ciągłym wyprzedzaniu faktów. Nie umiemy przeżyć adwentu. Montujemy choinki i światełka w połowie listopada. Nie umiemy przeżyć narzeczeństwa i poczekać ze wspólnym zamieszkaniem na ślub. Przeskakujemy z przelotnego związku w konkubinat. Jednocześnie to, co zyskujemy nie napełnia nas. 24 grudnia choinka jest już obojętna. Nie cieszy. Ślub nie jest wyczekiwanym momentem, najszczęśliwszym dniem w życiu. Sprowadza się do wrzucenia fotek na insta i kosztownej imprezy. Podobnie jak z fast foodem. Można się nim szybko zapchać, ale nie odżywić. Wyrzuciliśmy za burtę tęsknotę. A jakże to piękne uczucie! Ile wierszy powstało dzięki niemu, ile obrazów i utworów muzycznych… Szukając ratunku ze ślepej uliczki, zaczynamy na nowo wracać do tego, co utracone: do samodzielnego przygotowywania posiłków, do wstawania kilka minut wcześniej, by poczuć smak kawy, a nie poparzyć nią gardło w pośpiechu, do celebrowania chwili w myśl mindfullness. Mamy dosyć fast i coraz częściej wybieramy slow. I bardzo dobrze!

Jezus też przestrzega przed pośpiechem w życiu duchowym. Błędem jest mylić gwałtowność w zdobywaniu Królestwa (por. Mt 11, 12), czyli postawę radykalnego pójścia za Panem, by raczej wszystko stracić, niż ponieść szkodę na duszy (por. Mt 16, 26), z niecierpliwością, z pragnieniem by z niemowlęcia zamienić się w dojrzałego człowieka.  Nieobca była mi ta postawa. Roboczo nazwałam ją sobie pragnieniem bycia „gotowym produktem”. Tak nagle, za jednym zamachem. Ale już wiem, że to nie tak. I myślę, że błogosławiony jest czas stopniowego owocowania.

Jezus mógłby uzdrowić niewidomego z Betsaidy za jednym razem. Ale z jakiegoś powodu (może właśnie ze względu na nas!), robi to stopniowo. I tak bywa w naszym życiu duchowym. Nieraz musi upłynąć sporo czasu, by małymi kroczkami pozbywać się swoich wad i słabości, stąpając szczebel po szczebelku, a nie jadąc windą do nieba. Jednych Bóg uzdrawia natychmiast. Z innymi współpracuje w mozolnej, czasami wieloletniej pracy. Dlaczego? To już wie tylko On. Myślę, że jako dobry Ojciec, zna temperamenty swoich dzieci. Dobry rodzic nie będzie tak samo postępował z dzieckiem cholerykiem, jak z flegmatykiem. Nasza dusza też ma swój temperament. Co więcej, niepowtarzalny.Opowieść o drzewie figowym mówi to samo. Owocowanie bywa tajemnicą. Ilu chrześcijan chciało wyciąć siebie z Bożej roli w rozczarowaniu swoim (niekiedy pozornym) brakiem postępu? A Pan okłada nawozem.

Potrzeba nam mieć cierpliwość do samych siebie. Cierpliwość rodzi wytrwałość. Wzmacnia nadzieję. Jest sprawdzianem miłości. Wzrost jest tajemnicą i rzeczywiście, jak w kolejnym przytoczonym fragmencie Ewangelii, nieraz nie wiemy jak się dokonuje. Czy śpimy, czy czuwamy… Mieliście kiedyś tak, że przez długi czas chodziliście z jakąś trudnością, czy wątpliwością i… nagle pewnego dnia, eureka? Nie wiemy, jak. Prości ludzie mówili, że z niektórymi problemami po prostu trzeba się przespać. Neurolodzy, by się zgodzili, bo przecież w czasie snu w naszym mózgu zachodzi wiele procesów, w tym porządkowanie zdobytej wiedzy. Podobnie jest w życiu duchowym. Sakramenty, widzialne znaki niewidzialnej łaski, działają, są jak nawóz, który okrywa korzenie naszego duchowego drzewa. Nie wiemy, w którym momencie to się dzieje, ale przychodzi czas, gdy pojawiają się na nim owoce. Taka cierpliwość wzmacnia zaufanie do Boga. Jezu, Ty się tym zajmij! Nie z bezczynności. Ja pracuję, robię, co w mojej mocy. Ale Ty pomóż, działaj.

Zanim zakończę, zaznaczę, że absolutnie nie chodzi mi o samooszukiwanie się. Można być zgnuśniałym leniem, nie pracować nad sobą, nie plewić swojego pola i nie dopuścić, by można było wysypać na nie nawóz, a nazywać to cierpliwością. Nie, to nie jest cierpliwość. To śmierdzące lenistwo. Kto nie chce zakasać rękawów, ale czeka, że wszystko spadnie z nieba, ten obraża Boga. Dlatego mój wpis jest do tych, którzy się zadręczają swoim brakiem owoców, załamują i chcą poddać, a nie do tych, którzy z uśmiechem na ustach skwitują go: „a, no tak, nic nie robię, ciągle to samo, nie pracuję nad sobą, ale w sumie to cierpliwość, jest dobrze, po co się spieszyć”. Do takich osób, usprawiedliwiających swój brak postępu duchowego i swoje lenistwo, bardziej tyczy się przypowieść o innym drzewie figowym – tym, od którego Pan zażądał owoców, a że ich nie znalazł, to je przeklął (por. Mk 11, 12-14). Albo przypowieść o pannach mądrych i głupich (por. Mt 25, 1-13). I wiele innych.   „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”, to właściwe wskazanie św. Ignacego Loyoli.

Na sam koniec pozwolę sobie przywołać fragment książki Henry’ego Clouda „Uzdrawiające zmiany”, którą czytam (jeszcze nie skończyłam, więc wstrzymuję się na razie z ogólną recenzją 😉 ). Pisze on cenne uwagi o trzech elementach wzrostu. Są nimi według niego prawda, łaska i czas. Zacytuję wybrane fragmenty o czasie: „Niektórzy chrześcijanie chcą, aby każdy dzień był czasem zbiorów. Terapeuci często słyszą pytanie: „Dlaczego tak dużo czasu musi minąć, by móc poczuć się lepiej”? (…) Przez długi czas trzeba uprawiać ziemię, w skład której wchodzi łaska i prawda, by ostatecznie zebrać duże plony. (…) Bardzo lubię powiedzienie, że najdłuższa droga to droga na skróty. Czasami krótszą drogą idziemy dłużej, niż gdybyśmy od razu poszli naokoło. Kiedy chcemy czegoś „na już”, zazwyczaj musimy na uzyskanie tego poświęcić dużo więcej czasu. Duchowy i emocjonalny rozwój wymaga czasu. Zmiana często przychodzi w trakcie tej podróży i często nawet nie zauważamy, w którym momencie ona się dokonała. (…) W przypowieści o siewcy Jezus przestrzega nas przed szybkim wzrostem, który nie posiada głębi. Ziarna zasiane na skalistej ziemi „wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka”.

Czułość Boga i uwielbienie

Za oknem pierwszy powiew wiosny, powietrze nabrało zupełnie innego zapachu, a rozgwieżdżone niebo przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to wpatrywałam się w migoczące pukciki i myślałam o tym, że musi być coś o wiele większego niż ziemia, którą mam pod nogami. Do dziś rozgwieżdżone niebo to dla mnie symbol lekko uchylonych drzwi ku rzeczywistości, która przekracza nasze poznanie. Tym bardziej teraz, gdy już wiem, że za tymi gwiazdami, jest jeszcze niewyobrażalna przestrzeń kosmosu…

Przyroda zaprasza do uwielbienia Tego, o którym Hiob powie: „On sam rozciąga niebiosa, kroczy po morskich głębinach; On stworzył Niedźwiedzicę, Oriona, 
Plejady i Strefy Południa” (Hi 9, 8-9). Do uwielbienia skłania nas także dzisiejsze Słowo Boże. Pozwólcie, że zacytuję je w tłumaczeniu z Biblii w przekładzie paulistów:

W tym czasie, gdy znowu zebrał się wielki tłum i nie mieli co jeść, przywołał uczniów i rzekł im: Żal mi tego ludu. Przecież już trzy dni nie odstępują Mnie, a nie mają co jeść. Lecz jeśli ich puszczę do domu głodnych, w drodze opadną z sił, bo niektórzy z nich przybyli z daleka.” Uczniowie odpowiedzieli: Jak tu na pustkowiu nakarmić ich chlebem?” Zapytał ich: „Ile macie chlebów?” Odpowiedzieli: „Siedem”. I kazał ludowi usiąść na ziemi. Wziął siedem chlebów, odmówił modlitwę dziękczynną, połamał i dawał swoim uczniom, aby je rozdawali. I rozdali ludowi. Mieli też kilka rybek. Odmówił nad nimi modlitwę uwielbienia i polecił je również rozdać. Najedli się do syta, a resztek, które pozostały, zebrano siedem koszy. Było tam prawie cztery tysiące ludzi. Potem ich odesłał, a sam wsiadł z uczniami do łodzi i popłynął w okolice Dalmanuty„. (Mk 8, 1-10).

Uderzyło mnie właśnie to zdanie: Odmówił nad nimi modlitwę uwielbienia. W Tysiąclatce mowa o odmówieniu błogosławieństwa. Dostępna mi aplikacja z interlinarnym tłumaczeniem grecko-hebrajskim wskazuje, że w tym miejscu pada greckie słowo „eulogesas”, którego użycie występuje w dwóch kontekstach – błogosławić i uwielbiać (angielskie bless i praise; to speak well of). Obydwa tłumaczenia są jak najbardziej poprawne i obydwa niosą w sobie bogatą treść. Ale dziś skupiłam się właśnie na tym, że Jezus odmawia modlitwę uwielbienia. Popatrzmy na kontekst tej sytuacji. Uczniowie przynoszą kilka rybek, wokół tłum głodnych ludzi, których trzeba nakarmić. Co byście zrobili? Gdybym miała wiarę, jak ziarnko gorczycy, chyba bym upadła na kolana i błagała Boga o pomoc, ratunek, cud. A co robi Jezus? Uwielbia Ojca. Jezus widzi kilka rybek i ludzi w potrzebie, i… uwielbia Ojca. Czaicie to? Ostatnią myślą, jaką mamy, gdy odczuwamy brak, gdy jesteśmy w potrzebie, jest myśl o modlitwe uwielbienia. Ona płynie spontanicznie wtedy, gdy widzimy piękną przyrodę, gdy doświadczamy  modlitewnego wzruszenia, gdy otrzymujemy od Boga konkretne łaski. Ale gdy odczuwamy brak? Gdy jesteśmy przygnieceni cierpieniem? A Jezus uwielbia Ojca. Myślę, że ta scena jest dla nas zaproszeniem do uwielbiania Boga w każdych okolicznościach. Kiedyś usłyszałam, że modlitwa uwielbienia jest najlepszą pomocą w walce z pokusami. Dlaczego? Na pewno nawet psychologicznie jest to wytłumaczalne. Uwielbienie odwraca naszą uwagę od pokusy, czy problemu i skierowuje ją na Boga. Ale uwielbienie jest też taką modlitwą, którą szczególnie musi nie lubić zły duch. Ponieważ jest modlitwą wychwalania Boga za nic. Za to, że jest. Jest wychwalaniem Pana, jest modlitwą kompletnie bezinteresowną. Uwielbienie jest tym, do czego ostatecznie zostaliśmy stworzeni. Jest czystą radością i wolnością. Jest uznaniem w Bogu Boga. Kogoś, Komu po prostu należy się chwała. Św. Ignacy Loyola powie: Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją.

Kimkolwiek jesteś, która/y czytasz teraz te słowa, zapraszam Cię do uwielbienia Boga. Do uwielbienia Boga szczególnie w tych sytuacjach, które najbardziej odwracają Twoją uwagę od Niego, w pokusach, w cierpieniu, w trudnościach. Uwielbiaj Go za to, że JEST. Skup się na Nim, na Jego chwale, w której masz mieć udział. Spróbuj. Wypłacz się przed Nim, wykrzycz Mu swoją złość, bezsilność, lęk, smutek i uwielbiaj. Nie uwielbiaj smutku, pokus i cierpienia. Uwielbiaj Jego, mów Mu, że jest większy od tego wszystkiego i że w tym wszystkim On jest ostatecznym ratunkiem.

Drugi fragment Słowa, który daje nam dziś Kościół jest z Księgi Rodzaju (tu już przekład Tysiąclatki):

Pan Bóg zawołał Adama i zapytał go: «Gdzie jesteś?» On odpowiedział: «Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się». Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?» Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem». Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: «Dlaczego to uczyniłaś?» Niewiasta odpowiedziała: «Wąż mnie zwiódł i zjadłam». Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: «Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę». Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą». Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem, mówiąc: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał z niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!» Mężczyzna dał swej żonie imię Ewa, bo ona stała się matką wszystkich żyjących. Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się jak jeden z Nas: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki». Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił na wschód od ogrodu Eden cherubów i miecz z połyskującym ostrzem, aby strzec drogi do drzewa życia„. (Rdz 3, 9-24)

To, co mnie urzekło w tym fragmencie to czułość Boga. Tak wielu z nas ma skrzywiony obraz Boga. Wielu doświadczyło różnych zranień od rodziców, a może i miało dysfunkcyjnego czy patologicznego ojca lub matkę. Przenosimy, niekiedy nieświadomie, nasze doświadczenie rodziców, na to, jak myślimy o Bogu. „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec” (1 J 3, 1) – On przeklina węża, ale nie ludzi. Przeklina ziemię z powodu Adama, ale nie samego Adama. Pozwala, jak każdy naprawdę mądry i dobry ojciec, ponieść Adamowi i Ewie konsekwencje swoich wyborów. Bez tego, nie da się mądrze wychować dziecka. Wolność łączy się z odpowiedzialnością. Rodzic, który nie pozwala dziecku doświadczyć rzeczywistych skutków jego działania, czyni je życiowym kaleką, który wcześniej, czy później złamie sobie życie właśnie dlatego, że skacząc po wszystkich drzewach w okolicy, nigdy nie mogło złamać sobie ręki (parafrazując słowa ks. Pawlukiewicza). Bo ciągle tatuś je łapał, pozwalając na wszystko bez konsekwencji. Konsekwencja, skutek – takie jest znaczenie pracy w pocie czoła, czy trudu brzemienności i napięć w relacji mężczyzny i kobiety po grzechu pierworodnym.  Ale jednocześnie ten sam Bóg, jest czuły. Kiedy pierwsi ludzie spletli sobie przepaski, Bóg wiedząc, że to nie wystarczy, że będzie im zimno, sporządza im odzienie ze skór… Przypomina Wam to coś? Gdy ojciec przynosi najlepszą szatę dla marnotrawnego syna… (por. Łk 15, 22) Tym się różni dobry Ojciec od jego karykatury. Pozwala dziecku złamać rękę, ale ją opatrzy i zawiezie do lekarza… taki jest nasz Bóg. Chroni też nas od jeszcze większej głupoty – wypędza z Edenu nie po to, aby nas ukarać, ale aby nam nie przyszło do głowy na zawsze pozostać w grzechu, bez ratunku, bez nadziei na zbawienie, spożywając owoc z drzewa życia. Śmierć jest konsekwencją, ale i ratunkiem, bo daje nadzieję (o ile nie wybierzemy potępienia) na to, że stan cierpienia i trudu, doświadczania konsekwencji grzechu, skończy się wraz z nią. On wypędza człowieka z raju, bo już myśli o Golgocie i odkupieniu nas. Taki jest nasz Bóg. Nasz Bóg jest czułym Ojcem.

Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci…

Miałam dziś napisać właśnie o tym, że czasami trzeba zrobić coś pozornie wbrew logice, żeby wygrać. Że w życiu chyba każdego wierzącego są takie momenty, w których musimy zaufać Bogu, nawet jeśli to, do czego nas On wzywa, jest sprzeczne z naszym doświadczeniem, wizją świata czy zdobytą wiedzą. I dziś o tym usłyszałam także homilię. To piękne, jak działa Pan Bóg, że niekiedy „potwierdza” nam nasze myśli, nasze spojrzenie na Słowo, wiedząc jak bardzo tego potrzebowałam. No to do pisania.

Na początek Ewangelia:

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. 

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. 

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. 

A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim„. (Łk 5, 1-11)

To, co zrobił Piotr było wbrew rozumowi. Wbrew jego doświadczeniu, wbrew dostępnej mu wiedzy o świecie, wbrew nauce. Piotr był rybakiem. Jezus cieślą. Piotr naprawdę wiedział, że ryb się w dzień nie łowi. Piotr wyraził Jezusowi swoje zdzwienie i zaskoczenie. To nie miało prawa się udać. Ale jednak zarzucił sieci. Tylko ze względu na autorytet Jezusa i zaufanie, jakim Go darzył. Nie było żadnego innego uzasadnienia. Żadnego. I wydarzył się cud.

W życiu chyba każdego z nas są takie momenty. Słowo Jezusa zdaje się nam za trudne. Za trudne nie z racji naszego lenistwa. Za trudne, bo znamy siebie i wiemy, że już tyle razy się nie udało. Za trudne, bo wiemy, że tak niewielu żyje zgodnie przykazaniami. Za trudne, bo wiele osób, autorytetów w takiej czy innej dziedzinie, mówi nam, że są obecnie inne czasy i że nasza wiedza o świecie i człowieku mocno poszła na przód, a zasady Ewangelii się nie zmieniły i przestrzeganie ich jest nielogiczne, przestarzałe. I na takim poziomie, musimy wybrać. Wybrać niekiedy wbrew rozumowi. W tym miejscu warto zauważyć dwie rzeczy – po pierwsze, właśnie tu dopiero zaczyna się wiara i zaufanie Bogu. Po drugie, że taki wybór tylko pozornie jest wbrew rozumowi.

Po pierwsze, właśnie dopiero tutaj zaczyna się wiara. Piotr jest mistrzem wiary. To on w imieniu uczniów wyznaje wiarę w to, że Jezus jest Mesjaszem (por. Mt 16, 16). To on mówi „Panie, dokogóż pójdziemy„?, wtedy gdy Jezus głosi trudną naukę i wielu odchodzi (por. J 6, 68). Podobnie zachowuje się w tym fragmencie Ewangelii – uznaje w Jezusie autorytet, ufa Mu i jest Mu posłuszny. Katechizm mówi tak o wierze: „Przez wiarę człowiek poddaje Bogu całkowicie swój rozum i swoją wolę. Całą swoją istotą człowiek wyraża przyzwolenie Bogu Objawicielowi” (KKK 142). „Być posłusznym (ob-audire) w wierze oznacza poddać się w sposób wolny usłyszanemu słowu, ponieważ jego prawda została zagwarantowana przez Boga, który jest samą Prawdą” (KKK 144). Przykładem takiej wiary jest Abraham, który wyszedł nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11, 8).  „Racją wiary nie jest fakt, że prawdy objawione okazują się prawdziwe i zrozumiałe w świetle naszego rozumu naturalnego. Wierzymy z powodu autorytetu samego objawiającego się Boga, który nie może ani sam się mylić, ani nas okłamać” (KKK 156). Oczywiście, gros prawda wiary, zasad moralnych i wskazań Jezusa jest jak najbardziej zgodna także z naszym ludzkim poznaniem, z najgłębszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Mamy je wypisane bardzo głęboko w sercach (por. Jr 31, 33) i możemy tam odkryć, jeśli naprawdę uczciwie spotkamy się z samymi sobą w sanktuarium naszego sumienia. Ale jeśli z jakimś Bożym słowem, czy wskazaniem w danej chwili mamy problem, nie rozumiemy go, wydaje się nam nielogiczne, wtedy mamy iść wbrew rozumowi. Mamy zarzucić sieci w morze w biały dzień, czy uwierzyć, że zostaniemy rodzicami, gdy jesteśmy niepłodni i podeszli w latach jak Abraham i Sara, czy Elżbieta i Zachariasz. To jest istota wiary! Mam świadomość, że osoby niewierzące, wrogo ustawione do chrześcijaństwa, mogą to wyśmiać. Cóż, nasza wiara opiera się na zmartwychwstaniu Jezusa. Z tego faktu wynika Jego autorytet i nasze przekonanie o Jego Boskości. A Bóg jest więcej niż człowiekiem i jest mądrzejszy, dlatego poddajemy Mu nawet nasz rozum, gdy jakaś rzeczywistość wiary go przekracza. 

Z tego powodu, to tylko pozory, że wybór posłuszeństwa Bożemu Słowu jest wbrew rozumowi, jeśli nie zgadza się z naszą wiedzą na temat świata czy doświadczeniem. Jeśli wierzymy w Boga, który jest najmądrzejszy, to z tej wiary wynika, że On wie lepiej od nas, co jest dobre, a co złe i jak funkcjonuje ten świat. To On jest Stwórcą, a my stworzeniem. My poznajemy tylko po części (por. 1 Kor 13, 12). Zarówno Boga, jak i świat poznajemy tylko po części. Jeszcze kilka wieków temu, nie wiedzieliśmy połowy rzeczy, które wiemy dziś. Prawdopodobnie dziś także nie wiemy jeszcze wszystkiego, ciągle coś odkrywamy. A Bóg? On wie wszystko. My takie poznanie świata, we wszystkich jego aspektach – także duchowym – otrzymamy dopiero po Paruzji. Jest więc jak najbardziej zgodne z rozumem, gdy czegoś nie wiemy lub nie jesteśmy pewni, zaufać temu, kto jest od nas mądrzejszy. Podobnie jak uczeń ufa nauczycielowi. To jest właśnie najbardziej logicznym, zgodnym z rozumem i najmądrzejszym zachowaniem.

Myślę, że w moim życiu duchowym, coraz bardziej rozumiem ;), to czego do niedawna nie pojmowałam, mianowicie że wejście w ciemność niepewności, zaufania, zawierzenia jest niekiedy odnalezieniem światła. Że nie musi być tak, że moja wiara i relacja z Bogiem będzie nieustannie odkrywaniem i rozważaniem prawd wiary, ułożonym wykładem, który mogę rozrysować na wykresie. Owszem, moja wiara ma w sobie mocny element racjonalności, taka też była moja droga. Przez zmartwychwstanie Jezusa, które jest podstawą i naprawdę opiera się także racjonalnie takie wyjaśnienie faktu pustego grobu opiera się na mocnych przesłankach (o tym już pisałam, odwołując się do McDowella), choć oczywiście ostatecznie wymaga aktu wiary. Ale dopiero od całkiem niedawna odkrywam to, że są w życiu sytuacje, kiedy jeśli chcę być uczennicą Jezusa, muszę Mu zaufać i zawierzyć. Muszę wejść w nieznane, w niepewność, w ciemność, aby doświadczać Jego mocy. Że wiara nie jest w pełni wiarą, dopóki jest zrozumiała w 100%. Że dopóki mogę wszystko wyjaśnić i uzasadnić co do joty, dotąd jeszcze nie zrobiłam skoku wiary. Bo Bóg nie może się zmieścić w moim rozumie. Jeśli bym powiedziała, że Boga rozumiem w 100%, to znaczy, że wierzę, ale w jakiegoś bożka, którego sobie stworzyłam we własnej głowie.

Jezus, żywe Słowo Ojca, druga Osoba Trójcy, dokonuje aktu posłuszeństwa Ojcu. Szczyt tego posłuszeństwa jest na krzyżu, ale wcześniej Jezus klęczy w Ogrójcu. W środku nocy, w przeddzień kluczowego wydarzenia, dla którego przyszedł na ten świat, czuje silne pokusy, by porzucić swoją drogę. Pokusy pozornie racjonalne. Mógłbyś przecież zupełnie inaczej zbawić ludzi. Bez tego cierpienia, przed którym Twoje ciało się wzdryga, a Ty boisz się tak, że płynie po Tobie krwawy pot. A poza tym – niektórzy mogą odrzucić Twoje zbawienie. Po co się tak męczyć? Ojcze, tak po ludzku nie chcę, Ojcze boję się, Ojcze chce stąd uciec, Ojcze nie dam rady… Anioł przychodzi Go umacniać (Łk 22, 43). Jezus w pełni Bóg, ale i w pełni człowiek. Jego ciało jest prawdziwym ludzkim ciałem. Jezus boi się, że cieleśnie nie podoła, nie wytrzyma. Przychodzi anioł – duch- aby umocnić Jego cielesność. Niesamowite doświadczenie… Ludzka psychika i ludzka dusza Jezusa przechodzi największą katorgę. Ojcze, ale jeśli taka jest Twoja wola, niech się stanie, niech się wypełni. Ojcze, idę za Twoją wolą, choć wszystko czym jestem w moim człowieczeństwie, buntuje się. Kielich wypity do dna.

„Kielich mój pić będziecie” (Mt 20, 23). Nie ominą nas w życiu takie wybory, jakich musiał dokonywać Jezus. Bo uczeń nie jest większy od swojego nauczyciela (por. J 15, 20). Będziemy musieli wypić kielich posłuszeństwa. Tak obumiera ziarno, by wydać plon (por. J 12, 26) – dzisiejsze CNN o. Szustaka o tym także https://www.youtube.com/watch?v=vbi6Ayvs4Uc&t=2s. I zawsze będzie ta sama rajska pokusa. Pokusa najbardziej pierwotna – powiedzieć, że wiem lepiej od Boga. To jest istota grzechu pierworodnego – nieposłuszeństwo. Bóg nie jest jednak tyranem, który ma zaburzenia osobowości i napawa się naszym posłuszeństwem. Nie. W ogóle bardzo skrzywiamy obraz Boga przez doświadczenie naszych rodziców, zwłaszcza gdy było ono trudne, w jakimś sensie patologiczne czy dysfunkcyjne. Bóg nie jest dysfunkcyjnym rodzicem. Posłuszeństwo Jemu jest po prostu naturalnym porządkiem świata i rzeczy. Wypowiadając Mu posłuszeństwo, próbujemy stać się psem, który miauczy albo fasolą, która rodzi jabłka. A przecież pies też mógłby powiedzieć – dlaczego ja nie mogę miauczeć? Dlaczego jestem ograniczony? Wypowiedzenie posłuszeństwa Bogu musi stworzyć chaos. To świat, który staje na głowie. I od pierwszej takiej decyzji, tak się stało. Wiele rzeczy pogrążyło się w chaosie. I pokusa trwa nadal – będziecie jak Bóg. Piotr odpowiada: Na Twoje, Jezu, słowo zarzucę sieci. Nie jestem Bogiem. Obym zawsze odpowiadała jak Piotr… Obym…

Naczynie ufności

Jezus mówił ludowi:«Czy po to wnosi się światło, by je umieścić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, żeby je umieścić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» I mówił im: «Baczcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dodane; a kto nie ma, pozbawią go nawet tego, co ma» (Mk 4, 21-25)”.

Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jaką rzeczywistość obserwował Jezus, że powiedział, iż kto ma, temu będzie dodane. No bo, wczorajsza przypowieść o siewcy, do której jeszcze wrócę, to wiadomo: typowy wiejski obrazek. A tu? Dziś natknęłam się w Biblii w tłumaczeniu paulistów na taki komentarz: „Jezus posługuje się tutaj obrazem mierzenia i ważenia towarów na rynku, aby wyjaśnić, od czego zależy owocność słowa, którego słuchają Jego uczniowie”. Szybki skan pamięci, czy coś podobnego mi się nie przypomina. Eureka, jest! Rzeczywiście, jak pójdę do warzywniaka lub innego sklepu, gdzie sprzedają towary na wagę, to czy zostanie mi zaokrąglone w górę, czy w dół, czasami zależy od tego, czy proszę o dużo, czy mało. Albo jeszcze lepiej mówiąc, to czy zostanie mi troszkę więcej dosypane, czy też co do grama tyle, ile poprosiłam. Kiedy poprosimy o dużo towaru, albo podamy liczbę z magicznym „około” a ekspedientce nasypie się nieco więcej niż podana przez nas waga, bardzo prawdopodobne, że zapyta: zostawić? Natomiast kiedy podamy taką ściśle określoną liczbę, np. 250 albo 255 gramów, bardziej prawdopodobne, że gdy się jej sypnie 260 lub 300 g, zapyta: odjąć? Rzecz jasna, że nie jest to ścisła reguła, ale faktycznie coś jest na rzeczy.

Jezus chce nam powiedzieć, że Bóg lubi, kiedy prosimy Go o dużo. Kiedy nie stawiamy granic Jego łasce, ważąc ją co do setnych części grama na wadze elektronicznej. On jest hojny. On lubi nam dorzucić. Lubi dać więcej. I to za darmo, nie jak ja na targu ;). A kiedy z uporem maniaka powtarzamy, że chcemy tyle i tylko tyle… No cóż. Z tej hojności, z tej puli większej niż ta, o którą prosiliśmy, ale już nam przeznaczonej w Bożej hojności(!), musi odjąć i dać tylko tyle, ile chcemy. Ze smutkiem. Bóg lubi, gdy prosimy Go jak małe dziecko z szelmowskim uśmiechem: Tatusiu, daj cukierka. A ten dorzuca: weź 2, kochanie.

Przypomniał mi się fragment Dzienniczka św. Siostry Faustyny: Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniają swe serca (Dz. 1578).

Otóż to! Nie ważmy potrzebnej nam łaski Bożej co do miligrama. Bądźmy trochę szaleni w proszeniu. Mówmy Bogu  o wszystkim, czego potrzebujemy. On naprawdę jest hojny. On naprawdę chce nam dać o wiele więcej niż się spodziewamy. Czasami tylko nie od razu, albo nie dokładnie tak. Ale finalnie o wiele więcej i o wiele lepszych rzeczy. On wie, czego nam potrzeba wpierw zanim Go poprosimy (por. Mt 6, 8). Pozwólmy Mu się obdarować. W tym miejscu otwierają się ogromne horyzonty na temat pokory, uznania własnej nędzy i tak dalej, ale to już na innego posta.

I na końcu wspomniana wczorajsza Ewangelia. Zwróciło moją uwagę to, że żyzna gleba może być zarówno, gdy wyda plon trzydziestokrotny, jak i sześćdziesięciokrotny. Nie tylko stokrotny. „Wreszcie zasiani na ziemię żyzną są ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny» (Mk 4, 20). Nie chcę przez to powiedzieć, żeby nie mierzyć wysoko, żeby nie chcieć wydać stokrotnego plonu, żeby zadowalać się „byle czym”, „spocząć na laurach” i cały ten misz masz, który może teraz przyjdzie komuś do głowy. Nie! To oczywiste, że powinniśmy starać się wydać jak najobfitszy plon. Ale czasami nie jesteśmy w stanie wydać tego stokrotnego. Nie że udajemy, że nam się nie chce, że idziemy na kompromisy z własnym grzechem i lenistwem, ale naprawdę. Bo mamy taką a nie inną historię życia, talenty, miejsce urodzenia, zranienia i dziesiątki innych uwarunkowań. I zamiast cieszyć się Bożą radością i uwielbiać Pana, że wydaliśmy ten trzydziestokrotny lub sześćdziesięciokrotny plon, chodzimy ze wzrokiem wbitym w ziemię i jedną myślą: czemu nie stokrotny? To jest jakaś forma niewdzięczności wobec Boga i chorego, niskiego poczucia własnej wartości. Bóg cieszy się, że jesteś żyzną glebą!! Uciesz się tym. 3/4 gleby nie wydało żadnego plonu! Uwielbiaj Pana! Kiedyś na kazaniu w krakowskim kościele dominikanów usłyszałam taką myśl: Bóg wie, jak każdy z nas jest wyposażony. Wie też o wszystkich trudnościach, ograniczeniach i zranieniach, które utrudniają nam przynoszenie owoców. Bóg sądzi nie według liczb bezwzględnych, ale sprawiedliwie, tj. proporcjonalnie do naszego uposażenia. Nie ma sensu się porównywać z innymi. Bóg nie porównuje nas z innymi.

Bóg wie doskonale, która ziemia, jaki plon może dać. Które ziarno, jaki plon może dać. Daj z siebie wszystko, co jesteś w stanie, hojnie (patrz wyżej), prosząc go o łaskę i pomoc. I ciesz się tym. Tak często robimy na odwrót. Bardzo ograniczamy się w proszeniu Go o łaskę, jednocześnie wymagając od siebie przynoszenia wielkich owoców. A to zapomnienie, że bez Niego nic nie możemy uczynić (por. J 15, 5) i po prostu pycha! Uwielbiaj Go za dobro w swoim życiu! Nie pielęgnuj latami smutku z zazdrości innym. Ciesz się swoimi plonami i plonami innych. Ubogacaj innych sobą i przyjmuj to, co inni mogą Ci dać. Poczujesz ulgę.