Miłosierdzie rodzi miłosierdzie

W ostatnim czasie dużo myślałam o tym, że z doświadczenia miłosierdzia Bożego i dobroci innych, rodzi się w naturalny sposób potrzeba świadczenia miłosierdzia.

Niekiedy uczymy się od razu, czasami zabiera to długie lata, że oprócz bycia biorcą miłosierdzia (co będzie naszym udziałem do końca życia), powinniśmy stawać się też jego dawcami. Ale finalnie tak właśnie się dzieje. Wielu świętych, którzy życie poświęcili posługom miłosierdzia, doświadczyło wpierw w szczególny sposób tego, że są dłużnikami miłosierdzia Bożego. Pozwolę sobie przytoczyć fragment o św. bracie Albercie:

Adam rzuca wszystko i wstępuje do jezuitów w Starej Wsi. Ale wtedy naprawdę nie chodziło o Pana Boga. Religia broni go przed tym, co dzieje się z innymi kolegami malarzami, którzy się staczają. Jego ta religia chroni, bo mu tego wszystkiego zakazuje. Ale tu nie chodzi o Pana Boga, tylko o siebie samego. Adam ratuje się przed zgubą.
Więc uciekł. Znalazł się wreszcie w świecie, gdzie z tymi swoimi ideałami się zmieści. Teraz postawi sobie poprzeczkę i będzie do niej doskakiwał. Świat już go nie będzie niszczył. Już nie będzie oglądał tych artystów, których sztuka sponiewierała…

Ten jeden niedopałek
Aż do… jednego niedopałka, który znalazł w ogrodzie. Obiecał Panu Bogu, że się bezwzględnie wyrzeknie palenia tytoniu. To był jego problem. Ale on – nie da rady?! Więc złożył ślub. A jednak kiedyś go skusiło. Zobaczywszy niespodzianie niedopałek, podniósł go gorączkowo i niemal w jednej chwili w siebie wchłonął. Wówczas odezwał się silny wyrzut – coś ty zrobił? Tak dotrzymujesz obietnicy Panu Bogu? Załamał się, wpadł w depresję. Trzeba go było zawieźć do Lwowa na leczenie.
Miał bardzo wysoko postawiony ideał, kim może być jako człowiek, i zrobił dla tego ideału wiele. Ale to jest taki czas w jego życiu, o którym ks. Konstanty Michalski mówi, że w Adamie „góruje natura nad łaską”. Wszystko było jego własne: sam, sam, sam. Naraz ideały runęły. Zrobił dla nich wszystko – odszedł ze świata, w którym czuł się świetnie, do którego aspirował; chciał być wśród malarzy, tam miał przyjaciół, to była jego rzeczywistość. Zostawił to. Poszedł do klasztoru, myśląc: będę kimś. Zerwę kajdany, mnie sztuka nie skorumpuje, nie będę bałwochwalcą. I rozbił się… o papierosa.

Noc miłosierdzia
Nastały bolesne miesiące. Sam o nich mówi: „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów (nie chodzi o chorobę psychiczną – G.R.), ale przechodziłem okropne męki i skrupuły i katusze najstraszniejsze”. Po tych miesiącach przyjechał do jego brata, gdzie Adam wówczas mieszkał, ks. Leopold Pogorzelski, proboszcz z sąsiedztwa. Gdy Adam siedział na ganku, ksiądz z bratem w pokoju obok rozmawiali o Bożym miłosierdziu. Na tyle głośno, że Adam w nocy siadł na konia i pojechał do księdza na plebanię. Po kilku godzinach wrócił jako zupełnie inny człowiek.
To jest nawrócenie Adamowe. Nawrócenie nie z tego, że był niegodziwy, bo był więcej niż godziwy. Robił w życiu więcej, niż niejeden uważa, że warto. Dawał z siebie więcej niż wszyscy jego koledzy artyści razem wzięci. Ale robił to wszystko sam. Tej jednej nocy odkrył, co to znaczy miłosierdzie Boga. Gdyby tego nie przeszedł, to jak by się wyzbył osądów wobec świata? Człowiek, który nie mógł ścierpieć kolegów malarzy, miałby później służyć pijakom, bezdomnym, bez osądu i potępiania? Bez podejrzliwości? Ze zrozumieniem dla słabości? Jak taki moralizator i krytykant miałby wejść w charyzmat „albertyński”, gdyby nie odkrył, czym jest łaska? (źródło: https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2015/Przewodnik-Katolicki-47-2015/Wiara-i-Kosciol/Umarl-Adam-narodzil-sie-Brat-Albert?fbclid=IwAR0zLhyggcijYGffLa0y1mYZP8LQBPKi5MMCVCfiikgy076MdUXYpBjIeME)

 

Bóg chociaż nie chciał tego upadku i psychicznego załamania Alberta, dopuścił go, wiedząc, że wyprowadzi z niego jeszcze większe dobro. Czasami nasza pycha jest tak duża, że jedynym sposobem, by nas z niej wyleczyć, jest pozwolić nam doświadczyć własnej słabości, czy grzeszności. Bóg bowiem zła nie chce nigdy, ale jeżeli je dopuszcza, to tylko dlatego, że jest możliwe, że obróci się ono ku naszemu zbawieniu. Oczywiście, czy tak się stanie, zależy od nas, od naszej woli – czy to zło i grzech Bogu oddamy.

Św. Paweł napisał: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga”.

2 Kor 1, 3-4

To dzięki Niemu mamy siłę pocieszać braci prawdziwym nie przelotnym pocieszeniem. Nie dzięki nam samym. To nie z nas. Jesteśmy tylko i aż Jego narzędziami (wolę mówić sługami, bo narzędzie brzmi nieosobowo). To nasz obowiązek a nie zasługa. Jezus opowiadając przypowieść o nielitościwym dłużniku, przestrzega nas przed korzystaniem z miłosierdzia Bożego i nie okazywaniem współczucia bliźnim (por. Mt 18, 23-35).

Myślę, że mamy codziennie dziesiątki możliwości świadczenia miłosierdzia innym. Uśmiech, życzliwe słowo, usłużenie w kuchni, otwarcie drzwi, ustąpienie pierwszeństwa, przebaczenie zniewagi (co nie oznacza jej przemilczenia – powiedzenie: jest mi przykro, boli mnie to, tak naprawdę może otworzyć drogę do głębokiego pojednania i nawrócenia bliźniego), rozmowa z tym, kto jej potrzebuje; zainteresowanie się samotnymi, chorymi i ubogimi wokół nas, wolontariat. Kto zacznie to czynić, szybko przekonuje się, że nawet zmęczenie wskutek służby innym, jest pełne radości i satysfakcji, bo „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Wielokrotnie tracimy czas, ale także radość, nie angażując się w pomoc innym. Czynienie miłosierdzia jest jednak o wiele łatwiejsze właśnie wtedy, gdy mamy poczucie, że my także otrzymujemy miłosierdzie od Boga i od innych. Dopóki tego nie doświadczymy, dotąd będziemy myśleli, że się spalamy dla innych, a nie że robimy coś naturalnego, co Bóg i inni czynią także wobec nas. Może właśnie dlatego święci po doświadczeniu Bożego miłosierdzia nie tylko czynią miłosierdzie, ale robią to bez wypominania, z radością. Trudno bowiem dawać i nie wypominać, jeśli wpierw nie umie się brać.

Służba innym może wiele radości, szczęścia, satysfakcji, poczucia spełnienia, rozwijania siebie i własnych zdolności, talentów. Czasami uśmiech i łzy wzruszenia w oczach drugiego człowieka, są o wiele większą nagrodą, niż pieniądze, gdybyśmy wykonywali daną posługę jako źródło zarobków.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s