Żyzna pustynia

Długo nie pisałam, ale również długo zastanawiałam się nad tym, jak dzisiejszy post zatytuować. Było to dla mnie trudne, bo zamierzam poruszyć kilka wątków, kilka tematów, jakie chodziły ze mną przez te dni, gdy rozważałam Słowo Boże.

Najpierw będzie trochę myśli o pustyni, potem o łasce i szybkich decyzjach powrotów do Pana, a na końcu o dzisiejszym święcie Chrztu Pańskiego. No to zaczynamy.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy słowa proroka Izajasza: „Drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga„! (Iz 40, 3).

Kiedy wczoraj przeczytałam te słowa, skojarzyły mi się z Ewangelią z ubiegłej środy. Jezus poszedł się modlić, a uczniowie zmagali się z burzą na jeziorze. Nie było Go z nimi. Co więcej, kiedy już idzie do nich, chce ich minąć (por. Mk 6, 48). A kiedy już się z nimi spotyka, to zapewnia ich o swojej obecności: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!” (Mk 6, 50). Jeszcze lepiej to według mnie brzmi w wersji paulistów: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się„! Są właśnie takie momenty, kiedy może się nam wydawać, że Pan Bóg nas zostawia w naszym cierpieniu, trudnościach, osamotnieniu, lęku, smutku. Co więcej, że przechodzi obok, ale nie tak jak obok Eliasza (por. 1 Krl 19, 1-21) albo obok Mojżesza (por. Wj 34, 6), ale obojętnie. Przechodzi i mija. Chce się krzyknąć: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy” (por. Mk 4, 38)? Ale to nie tak. On jest, nigdy nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem (por. Ps 121, 4). To my potrzebujemy tego pozornego opuszczenia. Potrzebujemy tej pustyni. To właśnie to doświadczenie może się okazać niezmiernie owocujące, żyzne. Ono jest czasem przygotowania naszych serc na łaskę lub oczyszczania, formowania, przemiany. Jest jak pozornie bezproduktywny i stracony czas snu, podczas którego tak wiele koniecznych procesów zachodzi w naszym mózgu. Może kiepskie porównanie, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Czasami coś jest tylko pozornie bez sensu. A w tym czasie dokonuje się naprawdę wiele i jest to czas niezbędny.

Druga kwestia, o której chcę napisać, to częsty temat na moim blogu – łaska. Walka o łaskę i powracanie do łaski, jeśli ją stracimy. Do tego tematu znów zainspirowało mnie Słowo Boże. Najpierw sobotnie czytanie i fragment 1 J 5, 18.: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka„. Do tego fragmentu znalazłam taki komentarz w tłumaczeniu paulistów: „Szatan nie ma dostępu do człowieka, bo chrześcijanin, współpracując z łaską wysłużoną przez Jezusa Chrystusa, może nie ulec wpływom złego ducha”. Otóż to. Nie chodzi o to, że kto jest ochrzczony i oddał swoje życie Jezusowi na pewno nigdy już nie zgrzeszy. Ale że łaska Boża może nas od grzechu zachować. Że Bóg jeśli dopuszcza pokusę, daje też łaskę wystarczającą, by jej nie ulec – „Bóg, który jest wierny, nie pozwoli, byście byli kuszeni ponad siły, lecz dopuszczając pokusę, wskaże sposób jej przezwyciężenia” (1 Kor 10, 13). Oczywiście nasza ludzka kondycja pokazuje mi i każdemu z nas, że często z tego sposobu nie skorzystamy lub go wręcz nie dostrzeżemy. Ale skoro i tak bywa, to tym bardziej powinniśmy pamiętać, że to łaska Boża i tylko ona, może nam pomóc pokonać pokusy. To Bóg jest naszą siłą, nie my sami. Nie jest więc rozsądne świadomie wystawiać się na walkę, będąc bez pomocy łaski uświęcającej. Jeśli mamy nieszczęście ją utracić, powinniśmy jak najszybciej do niej wrócić. O Zacheuszu już pisałam. Trędowaty, o którym słyszeliśmy w piątkowym czytaniu też nam przypomina, że z problemem idzie się do Jezusa i nie zważa na nic. Na wstyd, na zasady może i słuszne (trędowatemu nie było wolno wejść w tłum), ale warto zaryzykować, nawet je łamiąc, byle wrócić do Pana, byle On nas oczyścił. Trędowaty nie stoi gdzieś tam z boku, daleko od tłumu, co nakazywało mu prawo. Przedziera się przez tłum, który całą sytuacją jest zapewne zgorszony, przerażony i obrzydzony i pada Jezusowi do nóg. Wykrzykuje swoją wiarę wymieszaną z bezradnością: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mk 1, 40)”.  I Jezus chce i oczyszcza go. On zawsze chce. On chce tak bardzo, że wystarczy Mu to minimum, nawet tak pełne wątpliwości, jak w przypadku epileptyka. Nie dosyć, że uzdrowiony przez wiarę jego ojca to jeszcze… no właśnie – czy przez wiarę? Ojciec mówi: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!» Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Natychmiast ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» (Mk 9, 22-24). Absolutne minimum, które wystarczyło Jezusowi. Ale idźmy dalej. Ewangelia o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. To nie ona sama przychodzi do Jezusa. To ją przyprowadzają. Co więcej, przyprowadzają nie po to, aby Jezus ją podźwignął i uleczył, oczyścił i przebaczył, ale żeby ją oskarżyć, odrzucić i zabić. Ale Jezus ją kocha i pragnie ją uleczyć. On chce, by była wolna. On chce ją ocalić i dać jej Boże przebaczenie. On jako jedyny zna jej serce. On wie, że nie jest „dziwką” jak chcą niektórzy, ale kobietą głęboko poranioną, która na dnie swojego serca pragnie miłości, akceptacji i bliskości, tylko szuka nie tam, gdzie powinna… Jezus wykorzystuje zły zamiar tych, którzy ją przyprowadzili, by spotkać się z nią w cztery oczy, a naprawdę serce w serce, by ją uzdrowić. By okazać jej miłość, szacunek i przebaczenie, którego może nigdy nie otrzymała. Jest w tej Ewangelii słowo, któremu na pewno poświęcę kiedyś dłuższy post. Jeszcze nie spotkałam się z tym, by ktoś je rozważał, choć założę się, że na pewno zrobiono to już. To słowo to „dopiero co”. „Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego:«Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie.„. (J 8, 3-4). Dopiero [co]. Przeczytaj proszę kilka razy to zdanie. I zadaj sobie pytanie, dlaczego kiedy zgrzeszysz i stracisz łaskę Bożą, nie idziesz od razu do spowiedzi? Czy o mnie i o Tobie można powiedzieć, że „dopiero co” utracisz łaskę, a idziesz prosić Pana, aby Ci przebaczył? Jak chcesz nie grzeszyć, oprzeć się kolejnym pokusom, jeśli nie masz Jego łaski, a już tym bardziej jak chcesz się zbawić bez Jego łaski (Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. kan. 2 Sobór Trydencki, dekret o usprawiedliwieniu)? Skoro potrafisz ją utracić, nie wykorzystać sposobu przezwyciężenia pokusy, mimo że towarzyszy Ci łaska, czy naprawdę wierzysz, że poprawisz się bez łaski? Spowiedź zakłada konieczność postanowienia poprawy. Postanowienia. A nie udowodnienia sobie (swojej pysze) i Bogu (bez pomocy, którego nie jesteś w stanie nawet nabrać oddechu), że już się poprawiłeś. A nawet jeśli uda Ci się dzięki łasce uczynkowej od Niego otrzymanej jakoś poprawić, to i tak Twoje uczynki, nie mają wartości nadprzyrodzonej przed Bogiem, dopóki nie otrzymasz łaski uświęcającej. Dlaczego nie chcesz iść do lekarza, który sam mówi, że potrzebują go chorzy (por. Mt 9, 12), wtedy gdy jesteś chory? Dlaczego nie chcesz do niego iść od razu, gdy „dopiero co” zachorowałeś, ale narażasz się na powikłania? Może odczuwasz wstyd, ale to jest dokładnie tak samo jak z lekarzem. Idziemy do niego jak najszybciej, gdy tylko zobaczymy początek choroby, a nie odkładamy na póżniej.

I na końcu już – dzisiejsze święto Chrztu Pańskiego. Jezus zanurza się w rzece Jordan i tym samym bierze na siebie każdy mój grzech, aby zanieść go na krzyż za murami Jerozolimy. Rzeka Jordan wprawdzie nie płynie przez Jerozolimę, ale miejsce chrztu Jezusa znajdowało się bardziej na północ niż Jerozolima (bo Jordan uchodzi do Morza Martwego, którego brzegi zaczynają się mniej więcej na przechodzącym przez Jerozolimę równoleżniku). A zatem w pewnym sensie ta woda płynie właśnie ku Jeruzalem. Chcę dziś wrzucić do Jordanu wszystkie moje grzechy. Nie dlatego, by wody tej rzeki mogły je zmyć, ale dlatego, że Pan się zanurza w niej i bierze je na siebie. Wrzucam je tam, byś wziął je, Jezu i zaniósł na krzyż. Zróbcie to samo w swojej modlitwie. Rzućcie tam swoje grzechy, by Jezus je wziął i poniósł na krzyż. To prawda, że On już to uczynił. Ale w ten sposób powiedzmy Mu, że chcemy skorzystać z owoców Jego męki. Że nie chcemy ich odrzucić (bo przecież jesteśmy wolni). Nie ma innej drogi zbawienia jak Twój krzyż i Twoja ofiara i zmartwychwstanie. Jesteś moim Zbawicielem, oddaję Ci wszystkie moje grzechy i przyjmuję Twoją ofiarę za mnie na krzyżu i Twoje zmartywchwstanie. Chcę z nich skorzystać.  Dziękuję Ci!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s