Jezus Przewodnik i uczłowieczanie świętych

Od wczoraj Słowo Boże pracuje we mnie z tematem Jezusa Przewodnika. Sięgnijmy do wczorajszego i dzisiejszego czytania, żeby nie pisać w próżni.

Nie aniołom Bóg poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to gdzieś potwierdził uroczyście, mówiąc: «Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Wszystko poddałeś pod jego stopy». Ponieważ zaś poddał Mu wszystko, nic nie zostawił, co by nie było Mu poddane. Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, aby wszystko było Mu poddane. Widzimy natomiast Jezusa, który mało co od aniołów był mniejszy, chwałą i czcią uwieńczonego za mękę śmierci, iż z łaski Bożej zaznał śmierci za każdego człowieka. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko istnieje, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienia. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, od Jednego wszyscy pochodzą. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazywać ich braćmi swymi, mówiąc: «Oznajmię imię Twoje braciom moim, pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał». (Hbr 2, 5-12)

Ponieważ dzieci mają udział we krwi i w ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy otrzymał w nich udział, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem w tym, co się odnosi do Boga – dla przebłagania za grzechy ludu. Przez to bowiem, co sam wycierpiał poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają„. (Hbr 2, 14-18)

Nie będę ukrywać, że do dzisiejszego wpisu inspiruje mnie samo Słowo Boże, jak i homilia, którą wczoraj słyszałam w krakowskiej kolegiacie św. Anny. Do tego oczywiście dodaję własne życiowe doświadczenie.

Zacytowane fragmenty są mocne. Dotykają pytania, dlaczego Jezus w ogóle przyjął ludzkie ciało. Przecież Bóg jest wszechmocny i mógł nas zbawić w sposób dużo prostszy i bez Jezusowego cierpienia. To prawda. A jednak wybrał taką drogę. Wiele jest teologicznych uzasadnień, dlaczego tak zrobił. Jedno z nich omawia autor listu do Hebrajczyków. Jezus był (i na zawsze już jest) człowiekiem po to, aby przejść naszą ludzką drogę, nasze trudności, doświadczyć naszych pokus, naszego cierpienia w każdym z jego wymiarów (fizycznym, psychicznym i duchowym), w ogóle wszystkiego, co wiąże się z człowieczeństwem i ludzkim życiem, z wyjątkiem grzechu, aby móc być dla nas przewodnikiem. Nie dlatego, że Bóg stwórca nie wiedział, jak to jest. On wie wszystko. Ale czy my potrafilibyśmy zaufać komuś, kto nie był nigdy w takiej sytuacji jakiej doświadczamy? Czy ktoś może być przewodnikiem górskim, jeżeli wpierw nie zejdzie danego pasma górskiego wzdłuż i wszerz? Kiedy spotka mnie życiowa tragedia, do kogo pójdę wpierw? Czy nie do tego, o kim wiem, że kiedyś przeszedł przez to samo?
Jezus jest właśnie taką Osobą. Był embrionem, płodem, noworodkiem, niemowlakiem, dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym. Uczył się jeść i pić, czytać i pisać. Nawiązywał przyjaźnie z rówieśnikami. Miał relacje rodzinne. Pracował. Doświadczył całkowicie ukrytego, skromnego życia, jak i bycia w centrum uwagi. Męczył się i potrzebował odpoczynku. Wiedział co to głód i pragnienie. Doświadczył ludzkich emocji, tych pięknych, miłych, jak i bardzo trudnych. Był kuszony. Zaznał cierpienia we wszystkich wymiarach. Nie ma takiej rzeczywistości, w której nie mógłby być przewodnikiem. Nie ma takiego doświadczenia, z którym nie mogę przyjść do Niego i prosić o pomoc, wsparcie, radę. Zaznał wszystkiego, z wyjątkiem grzechu, choć doświadczył jak okropny jest grzech i jego skutków, bo na krzyżu Ojciec uczynił Go grzechem i dał Mu w jakimś, niepojętym dla nas sensie (bo cały czas Jezus był z Ojcem zjednoczony) odczuć, co znaczy poczucie opuszczenia przez Boga (por. 2 Kor 5, 21 i Mk 15, 34).

Druga kwestia, która mnie porusza w tym fragmentach Słowa Bożego, to podkreślenie, że nie aniołom Bóg poddał świat i nie aniołów przygarnął, ale potomstwo Abrahama. Ludzi. Bóg przyszedł do ludzi i przyjął ludzką naturę, by być przewodnikiem po Jego drogach dla ludzi. Często mówi się o świętych, że oni powinni być dla nas przewodnikami, wzorami, mistrzami życia duchowego. I są. Naprawdę są. Ale właśnie wtedy i tylko wtedy, gdy poznajemy ich prawdziwe życie. A bardzo często niestety możemy natrafić na takie opisy ich życia, które skutecznie uniemożliwiają nam podążanie za nimi. Niektórzy hagiografowie opisali ich tak, jakby byli… aniołami. Kompletnie ich odczłowieczyli. Oni nawet nie mają ludzkich emocji, zawsze poważni i stateczni. Nie dajcie się na to nabrać! Święci tacy nie byli.

W mojej życiowej drodze nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale wiem, że w przeszłości są takie punkty, takie spotkania, osoby, środowiska, które wywarły na mnie duży wpływ i na pewno wpłynęły na całokształt moich poglądów. W wielu z tych miejsc nigdy się w 100% nie odnalazłam, ale na pewno wiele z nich zaczerpnęłam. I na pewno między innymi ważnym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z duchowością św. Josemarii Escrivy. Do dziś mocno korzystam z pewnych wątków dla swojego życia duchowego. To, co było dla mnie zaskakujące u św. Josemarii to (mimo że powszechnie jest postrzegany jako bardzo surowy święty i…owszem, jest w tym też prawda, że był bardzo wymagający od siebie i od innych), że podkreślał, iż świętym się nie rodzi, ale się nim staje. To właśnie on powiedział: „Nie zapominajcie mi, że świętym nie jest ten, kto nigdy nie upada, ale ten, kto zawsze się podnosi, z pokorą i świętym uporem” (Przyjaciele Boga, pkt. 131). W jego Drodze, Bruździe i Kuźni możemy znaleźć wiele fragmentów, w których mówi on o także swoich zmaganiach z pokusami, z grzechami, o własnych upadkach i nieustannym powstawaniu. O codziennym wspinaniu się szczebelek wyżej po drabinie, a nie o podróży windą do nieba. On też zwrócił uwagę na to, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywają niekiedy życiorysy świętych: „Kiepską przysługę oddali katechezie – prawdopodobnie niechcący – ci biografowie świętych, którzy za wszelką cenę starali się odnaleźć u sług Bożych zdarzenia nadzwyczajne, już od ich pierwszego niemowlęcego krzyku. niektórych opowiadają o niektórych z nich, że jako niemowlęta nie płakali, że dla umartwienia nie ssali w piatki piersi matki… I ty, i ja urodziliśmy się, płacząc, jak Pan Bóg przykazał; sięgaliśmy też do piersi swojej matki, nie martwiąc się o Wielki Post czy inne czasy zakazane… (To Chrystus przechodzi, pkt. 9)”. Inspirowany jego duchowością Jesus Urteaga w swojej książce „Wady świętych” napisał:

Musimy zdać sobie sprawę, że ci, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, nie byli ani z wosku, ani z jakiegoś sztucznego tworzywa. Tak jak wszyscy byli śmiertelnikami, z krwi i kości, odczuwali ból i mieli wady; byli zwykłymi ludźmi, którzy podczas choroby musieli brać lekarstwa, cierpieli na bezsenność i potrzebowali od czasu do czasu małego wstrząsu, by przestać rozpraszać się podczas modlitwy. Niektóre książki tak dalece oddaliły od nas kanonizowanych, że możemy ich jedynie podziwiać. A czasami nawet i to przychodzi nam z trudem. O jednym mówią, że dla umartwienia nigdy nie spojrzał na sufit swojej celi; o innym – że pragnąc zachować czystość, nigdy nie odważył się spojrzeć na swoją matkę. Dochodzimy więc do wniosków, że pierwszy był małostkowy, a drugi pełen kompleksów. Bo my, choć jesteśmy entuzjastami czystości, obsypalibyśmy naszą matkę pocałunkami.

Świętych stawia się tak wysoko, tak daleko od nas, wydają się tak obcy naszym sprawom, że nie sposób ich naśladować. Pisze się o nich, że kiedy są w drodze, nie zatrzymują się; kiedy pną się w górę, nie upa­dają; kiedy pracują, nie odpoczywają; gdy się modlą, nic ich nie roz­prasza. A my często się zatrzymujemy, a czasami nawet cofamy! Roz­praszamy się na modlitwie (i w pracy) i odczuwamy ciężar zmęczenia! „W wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3, 2) ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: «Odpuść nam nasze winy!» (Mt 6,12)”‚. Czy w takim razie świętość nie jest dla nas?”

Święci też mieli wady. Święci też grzeszyli i upadali. Ale zawsze powstawali i zawsze się poprawiali. Kiedy pod ich śmierci spojrzymy na ich życiorys, widzimy ogromny postęp. Niektórzy z nich osiągnęli wręcz absolutne wyżyny ludzkiego ducha. Ale nie od razu. I właśnie dlatego, że używając sformułowania Kochanowskiego, naprawdę nosili ludzkie ciężary, oni także mogą być naszymi przewodnikami.

Czasami szukamy wokół siebie kogoś, kto może nam doradzić. Pytamy. Nieraz wręcz zazdrościmy, pytamy samym siebie – skąd on/a to ma? Najczęściej ten człowiek, który dziś może Tobie czy mnie doradzić, jak pokonać konkretną pokusę, albo jak dobrze przygotować się do spowiedzi, wie to dlatego, że sam/a doświadczył/a tej samej pokusy i wielokrotnie klękał/a u kratek konfesjonału. Jak powiedziała Elizabeth Kübler-Ross:  „Najpiękniejsi ludzie, których znam to ci, którzy znają smak porażki, poznali cierpienie, walkę, stratę, poznali swoją drogę na wyjście z otchłani. Ci ludzie mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełniają ich współczuciem, łagodnością i głęboką, kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s