Dziś, czyli Boży mindfulness

Wczorajsze czytanie z listu do Hebrajczyków, skłoniło mnie, żeby napisać trochę na temat „dzisiaj”. O koncentracji na tym co tu i teraz, i jak bardzo Biblia nas zachęca do takiego dobrze rozumianego mindfulness. W sumie może trochę lipa, że nie napisałam o tym wczoraj, ale migrena niekoniecznie bywa posłuszna środkom przeciwbólowym. 😉

Na początek cytat:

Postępujcie, jak mówi Duch Święty: «Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku». Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną„. (Hbr 3, 7-14)

Myślę, że ten fragment Bożego Słowa jest bardzo ciekawy. Nieraz zdarza się nam mieć spore problemy z koncentracją na tu i teraz, nie tylko w takim znaczeniu, w jakim używa go psychologia. Ten aspekt też mam na myśli, kiedy o tym piszę. Wyraźnie wspomina też i o nim Jezus w kazaniu na górze: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Chcę jednak szczególnie podkreślić koncetrację na tu i teraz, na „dziś” w naszej walce duchowej, w codziennych zmaganiach, w staraniach o to, by być lepszymi.

Kiedyś zaskoczyło mnie, gdy pewien pobożny i bardzo od siebie wymagający kapłan, powiedział tak: „Dziś jestem księdzem. I chcę nim być jutro. Ale czy będę nim jutro, nie wiem. To wie tylko Bóg. I wierzę, że On da mi łaskę, bym jutro też był księdzem”. Paradoskalnie właśnie taka postawa jest bardzo katolicka. Wcale nie oznacza wątpienia w swoje powołanie. Oznacza radykalne zaufanie Bogu, zdanie się na Niego. Łaska działa bowiem w rzeczywistości, w teraźniejszości. Łaska nie działa ani w naszej przeszłości (tę możemy już tylko oddać Bożemu miłosierdziu), ani w przyszłości – w naszych marzeniach i wyobrażeniach (te możemy tylko zawierzyć Bożej Opatrzności). Łaska działa tu i teraz. Dziś nie dostanę łaski na to, co czeka mnie jutro. Pan obdarzy mnie ją dopiero jutro, które wówczas stanie się dziś. Bóg jest. Dla Niego w jakimś sensie istnieje tylko czas teraźniejszy, chociaż postanowił w swojej Drugiej Osobie wejść w czas. Niebo jest wiecznym dzisiaj, teraz. Nasza duchowa droga może być już tu na ziemi takim treningiem życia w teraźniejszości. Przygotowaniem na wieczne „dziś”, którego oczekujemy. Myślę, że wielu z nas boi się podejmować życiowe decyzje typu wybór konkretnego powołania, właśnie dlatego, że bardziej żyjemy wyobrażeniami i obecnymi w nich lękami. To prawda, że nikt, kto decyduje się na małżeństwo nie wie, jak to będzie, gdy zdrowa żona czy mąż, nagle trafią na wózek inwalidzki. I żaden zakonnik nie wie, jak będzie, gdy przełożeni wyślą go do Afryki. Ale na ten lęk, nie otrzymamy łaski. O ile naprawdę dobrze rozeznaliśmy nasze powołanie, możemy zaufać Bogu, że jeśli takie sytuacje będą miały miejsce, Pan Bóg da nam potrzebne łaski, aby im podołać. Myślę, że każdy z nas może przytoczyć wiele sytuacji ze swojej przeszłości, w których czuliśmy się kompletnie bezradni, załamani, zrozpaczeni. Konfrontowani z nimi, myśleliśmy, że to już koniec. A jednak przeżyliśmy je. Dziś są tylko wspomnieniem. Z każdym rokiem coraz mniej wyraźnym i mniej tragicznym w odbiorze. Starczyło nam łaski od Boga. Może potrzebowaliśmy takiego czy innego wsparcia od ludzi, ale możliwość skorzystania z niego i przejście przez ten czas, także było łaską i Bożą pomocą!

Chrześcijanin jest człowiekiem adwentu. I wcale nie oznacza to, że jest człowiekiem marzeń i myślenia o przyszłości. Bycie człowiekiem adwentu to radykalne życie tu i teraz. Bo nie znamy dnia, w którym Pan przyjdzie i zakołacze (por. Łk 12, 36). Chrześcijanin to człowiek, który chce być gotowy na przyjście Pana zawsze. A jedyne co ma to teraz. Jeśli więc chce żyć radykalnie Ewangelią, musi żyć radykalnie teraźniejszością. Brać, chwytać chwilę (takie chrześcijańskie carpe diem jest możliwe!), chwytać łaskę, którą ma na dziś, nie marnować jej. Wyciskać ją jak cytrynę do ostatniej kropli. Dzięki życiu tu i teraz, jak piękna stanie się nasza przeszłość i jak bardzo dobrze ukształtujemy naszą przyszłość.

Ale ten chrześcijański mindfulness ma jeszcze jeden ważny aspekt. Nieraz spotykam się ze słowami ludzi, którzy zachęcani do spowiedzi, mówią: ale to przecież nic nie zmieni, bo minie kilka dni, czy tygodni i znów popełnię to samo zło. Jaki to ma sens? Przecież nie jestem w stanie Bogu obiecać, że już nie zgrzeszę, bo tyle raz obiecywałem i co? I znowu upadałem. Miałam moment, kiedy też, klękając u kratek konfesjonału, zastanawiałam się intensywnie nad tym, co znaczy postanowienie poprawy. Na szczęście trafiłam na mądrych i znających życie duchowe spowiedników. Postanowienie poprawy oznacza postanowienie, by się poprawić. Postanowienie, by już więcej grzechów nie popełniać. Wolę zerwania z grzechem. Ono często będzie się objawiać na przykład w podjęciu jakichś konkretnych kroków, by unikać okazji do grzechu. Myślę, że to jest też zbyt rzadko podkreślany aspekt, a to właśnie miejsce na zdrowy rozsądek i na przezorność, bo życie tu i teraz to nie naiwna beztroska (zachęcam w tym kontekście do jednego z moich adwentowych wpisów na blogu). Postanowienie poprawy nie jest jednak obietnicą, ani przysięgą, ani ślubem, że już nigdy więcej nie zgrzeszę. Ba, gdzieś przeczytałam, że wręcz tego typu śluby, są uważane z gruntu za nieważne. A zatem, kiedy klękasz u kratek konfesjonału, masz mieć postanowienie poprawy. A jak je zrealizować? Nie myśląc po odejściu od konfesjonału o tym, co będzie jutro, za tydzień, czy 2 miesiące. Ale o DZIŚ. Dziś Bóg da Ci łaskę na dziś. Jutro da Ci łaskę na jutro. Nie martw się o to, czy unikniesz jakiegoś grzechu jutro. O ile nie zamierzasz sobie stworzyć ewidentnej do niego okazji i nie planujesz ani nie postanawiasz grzechu (takie postawy już byłyby grzechem), nie martw się i oddaj Bogu jutro. Żyj tu i teraz. Dziś.

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. W tej prośbie chrześcijanie zawsze widzieli 2 elementy. Prośbę o zwyczajny chleb, o zabezpieczenie ich potrzeb materialnych, ale także prośbę o Eucharystię. Zwłaszcza, uczestnicząc codziennie w Mszy świętej, można doświadczać realności tej prośby. Dziś zachowaj mnie, Panie, w swojej łasce. Daj mi dziś móc przyjąć Twoje Ciało i Krew. Dziś. Ta prośba skłania też do tego, aby jeżeli się nie uda zachować stanu łaski, to właśnie DZIŚ (o ile to fizycznie możliwe), a nie jutro, pojutrze czy za tydzień, przystąpić do spowiedzi. Dziś. Autor listu do Hebrajczyków pisze: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (…) lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu”. Jeśli dziś sumienie wyrzuca Ci grzech, dziś pojednaj się z Panem. „Póki twa to co zwie się dziś”, by Twoje serce nie zostało w grzechu, nie stwardniało. Warto zauważyć, że bardzo często prośba o to, aby „dziś” wytrwać przy Bogu, czynić dobro, zachować łaskę, być bez grzechu itp., pojawia się w oficjalnej modlitwie Kościoła – w jutrzni. W ogóle cała liturgia godzin jest skupieniem na tu i teraz, jest no właśnie… liturgią godzin, czasu. Teraźniejszości.

Marek Hłasko powiedział: „Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania„. To prawda. Wprawdzie są ludzie o czystym sumieniu, którzy cierpią na bezsenność, niemniej pomijając tę czy inną chorobę, często w zaśnięciu przeszkadza nam ciężar na duszy. Świadomość, że jesteśmy pojednani z Bogiem, pomaga w pokoju zamknąć oczy. Może to będzie dla nas kolejną motywacją, by żyć teraźniejszością w naszym życiu duchowym. Ostatecznie największym lękiem człowieka jest lęk egzystencjalny, lęk przed śmiercią. Mam świadomość, że wiele rzeczy jeszcze bym chciała zrobić i wiele spraw załatwić. Może i wiele złego wynagrodzić, czy z niektórymi osobami porozmawiać i wyjaśnić różne niesnaski. Niemniej gdy wiem, że najprawdopodobniej (na 100% wie to tylko Bóg ;)). jestem w stanie łaski, to zamykam oczy w pokoju, nawet gdybym miała ich więcej nie otworzyć. Co gorszego od wiecznego oddzielenia od Boga może mi się przydarzyć? A jeśli ono mi nie grozi dzięki Krwi Chrystusa, nawet jeśli miałabym do końca świata być w czyśćcu, mogę być spokojna. Ileż mądrości niesie w sobie zakończenie komplety: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą, niech nam da Bóg wszechmogący…”

Trudne to do zrealizowania w praktyce, ale gdyby się udało… niesamowity pokój daje koncentracja na tym, co tu i teraz. Planowanie ale bez życia w marzeniach. W zamian za to, realizowanie ich. Pamięć ale bez życia we wspomnieniach. W zamian za to, wyciąganie z nich wniosków. Na teraz. Przeżywanie smutku w chwili smutku, radości w chwili radości. Smakowanie kawy, gdy ją pijemy. Oglądanie płatków śniegu, gdy spadają z nieba. I radosna troska o to, by mieć serce wolne i spokojne, gotowe na spotkanie z Panem… Starajmy się. I tego trzeba się na pewno długo uczyć. Ja jestem dopiero na samym początku tej drogi… ale już wiem, że warto.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s