Bańki, kłótnie i misje

W dzisiejszym Słowie św. Paweł przypomina nam kerygmat (Rz 3, 21-30). Zgrzeszyliśmy, jesteśmy pozbawieni przyjaźni z Bogiem. Wszyscy. Młodzi i starzy, biali i czarni, bogaci i biedni, Żydzi i poganie. Choćbyśmy stanęli na rzęsach, dokonali samospalenia albo nakarmili wszystkich głodnych na Ziemi, nie będziemy zbawieni przez sam fakt naszego poświęcenia, czy dobra, które wykonamy. Nie ma takiej opcji. Boga, który jest nieskończony, a więc nieposłuszeństwo Mu również ma nieskończone konsekwencje, nie da się przebłagać skończonymi ofiarami. Najsprawiedliwszy człowiek na ziemi, nie oglądałby oblicza Boga Ojca w niebie tylko na podstawie swoich zasług. Ale Bóg sam tak ukochał wszystkich ludzi, że posłał na świat swojego Syna, swoje odwieczne Słowo. On przyjął ludzkie ciało i zapłacił. Złożył ofiarę przez swoje doskonałe wypełnienie woli Ojca, której my nie wypełniliśmy, przez swój krzyż i zmartwychwstanie. Bo wolą Ojca jest, aby człowiek został zbawiony i był szczęśliwy, aby został świętym. Jezus zapłacił za nas. Nie potrzebujemy już żadnej innej ofiary. On skreślił zapis dłużny (por. Kol 2, 13-14). Odtąd mamy swobodny przystęp do Boga. Nie musimy już niczego Bogu ofiarować. A cokolwiek Mu dajemy, przyczynia się tylko dla naszego wzrostu, pogłębienia, umocnienia relacji z Bogiem.

Kiedy i komu ostatnio powiedziałem, że Bóg zbawił nas przez ofiarę Jezusa? Że jesteśmy odkupieni całkowicie za darmo? Za wielką cenę za nas zapłaconą, ale ta cena to krew Jezusa, a nie nasze wysiłki.

Ostatnio dużym smutkiem napełnia mnie widok chrześcijan zamkniętych w bańkach (bo nie chcę mówić o oblężonych twierdzach – źle się kojarzy). Odizolowanych od świata i od naszych braci i sióstr, którzy nigdy nie słyszeli o Jezusie. Albo słyszeli o Nim nieprawdę. Bo ludzie im powiedzieli, że to jeden z dawnych proroków albo Jan Chrzciciel (por. Mk 8,27-35). To jeszcze byłoby nieźle. Mogli przecież usłyszeć, że to taki człowiek, który wszystkiego zabronił, co fajne, który ubóstwiał cierpienie, który otumaniał ludzi… A może naprawdę nie słyszeli o Nim nic? Tak, dziś w XXI wieku są ludzie, którzy mają wyższe wykształcenie, są menedżerami w wielkich firmach i nie wiedzą nic o Jezusie, poza tym, że ktoś taki był i że niektórzy w Niego wierzą. Nic więcej.

Ale spora część z garstki świadomych i budujących relację z Jezusem chrześcijan, siedzi w swoich przytulnych domach, spotyka się ze swoimi braćmi w wierze i cieszy się, że jest chrześcijanami. Żyje w chrześcijańskiej bańce, żeby nie powiedzieć bajce. I kłóci się na w Internecie o to, która wspólnota jest lepsza. Ile pary w gwizdek?! Ile straconej energii?! Nawet jeśli merytorycznie te spory mają sens. Ale czy naprawdę są największym problemem? Kiedy miłość nie jest kochana? Kiedy na ziemi żyją miliardy ludzi nie znające Chrystusa?! A ile sądów o bliźnich bez zamienienia z nimi słowa (wczorajsze Słowo Rz 2, 1-11)?!

Mamy nadzwyczajny miesiąc misyjny. Gdzie są moje misje? Komu mówię o Jezusie? Mówię…o…Jezusie. Nie wyzywam od poganina, heretyka, konkubenta, cudzołożnika, schizmatyka, grzesznika, lewaka, pedała etc. Tylko idę na kawę, na spacer, siadam w firmowej kuchni i rozmawiam z nim o życiu, o jego doświadczeniu, o tym, co go boli, o tym jak rozumie Boga i co o Nim uważa. I czy wychodząc od tego, zaczynam mówić mu o Jezusie. Gwarantuję Ci, że 90% tych ludzi ma o Nim żadne lub błędne przekonanie. Przestańmy umywać ręce, że to nie nasza sprawa. Zamiast pisać kolejny post na facebooku o takim, czy innym biskupie, o słuszności takiego czy innego sposobu wyrażania wiary katolickiej itp., spotkajmy się z drugim człowiekiem i opowiedzmy mu o Jezusie. Pójdźmy na kolację do grzesznika, jak Jezus poszedł do Zacheusza. I zjedzmy z nim tą kolację. Nie wygłaszajmy mowy o jego grzechu. Porozmawiaj z nim o życiu. I o tym dlaczego odszedł. Zrozummy jego ból, rozgoryczenie, wsłuchajmy się w nie. I opowiedzmy mu o Jezusie. Który zapłacił za Jego winy. Który jest dobry. Który zapłacił także za winy tego chrześcijanina, przez którego kiedyś odszedł od Jezusa. Tego, który mu pokazał karykaturę Ewangelii. Pomóżmy mu spotkać Jezusa na nowo. Z radością i otwartością.

Zacznijmy żyć swoim chrztem i bierzmowaniem! Może teraz, w nadzwyczajnym miesiącu misyjnym. A jeśli nie czujemy się na siłach, jeśli mamy w sobie pragnienie, by spadł ogień z nieba i zniszczył tych, którzy nie słuchają Jezusa (Łk 9, 51-56), to rzeczywiście, lepiej z nimi nie rozmawiajmy. Ale weźmy chociaż do ręki różaniec (październik to dodatkowa okazja) i pomódlmy się, by Pan Bóg dał nam odpowiednie słowa, pomógł wychodzić do ludzi, głosząc Ewangelię i nie raniąc ich (co nie znaczy nie mówiąc o złu i nie wzywając do nawrócenia, ale w odpowiedniej kolejności! najpierw kerygmat, w którym mowa o grzechu ogólnie, a potem wykłady z moralności ;)) i żeby posłał na swoje żniwo jak najwięcej misjonarzy. Błagajmy Ducha Świętego, błagajmy, błagajmy, błagajmt, aby otworzył serca tych, którzy nie znają Jezusa i aby sprawił, by ich drogi, przecięły się i łączyły z drogami chrześcijan, którzy zaprowadzą ich do Jezusa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s