Szymonie, mam ci coś do powiedzenia, cz. II

Dina nie była prostytutką. Nigdy nie zdecydowałaby się na taki krok. Za bardzo znała swoją wartość. Zbyt dobrze wiedziała, że miłości nie kupi się za pieniądze, a ciało to, coś więcej niż powłoka, którą można by sprzedać, zachowując nietkniętą duszę. Dina szukała miłości. I prawdy. Nie przestrzegała w nienaganny sposób Prawa Mojżeszowego. Wiedziała o tym doskonale. A jednak były chwile, kiedy myślała, że po prostu nie jest w stanie go zachowywać. Słodycz mieszała się z goryczą, a jej serce nie znajdywało ukojenia w tym, co ukojenie obiecywało. Była wobec siebie szczera i uczciwa. Była szczera i uczciwa wobec Adonai. Nieraz siadała na dziedzińcu świątyni. Dużo myślała o sprawiedliwości Adonai. Lubiła obserwować dzieci grające w piłkę. Zbierały się i dzieliły na drużyny, w których grały. Miały jakieś wrodzone poczucie sprawiedliwości. Dzieci słabsze tworzyły jedną drużynę i grały przeciw podobnym sobie. Te roślejsze i lepiej zbudowane wystawiały swój skład i znajdywały odpowiednich przeciwników. Czuły, że byłoby niesprawiedliwością rozgrywać mecz silnych przeciwko słabszym. Czy Ten, który jest sprawiedliwy najsprawiedliwszą sprawiedliwością, mógłby postępować inaczej? Czy mógłby osądzić tak samo ludzi tak różnych? W głębi serca coś krzyczało: nie! Panie, przenikasz i znasz mnie,Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. Choć jeszcze nie ma słowa na języku: Ty, Panie, już znasz je w całości. Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę. Zbyt dziwna jest dla mnie Twa wiedza, zbyt wzniosła: nie mogę jej pojąć. Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła. I dobrze znasz moją duszę, nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi. Oczy Twoje widziały me czyny i wszystkie są spisane w Twej księdze; dni określone zostały, chociaż żaden z nich [jeszcze] nie nastał.– jej usta same układały się w recytację Psalmu.

Symeon – nie wie, kiedy go poznała. Chyba zupełnie przypadkiem, wielokroć przysłuchiwała się mu w synagodze. Mówił mądrze, tkał słowa niczym wzorzysty kobierec. Był surowy. Lubował się w napominaniu grzeszników ze szczególnym wskazaniem na niewierne żony i rozpustne kobiety. Groził im gniewem Elohim. Wśród ludu był uznawany za wyjątkowego. Jego koścista twarz zdradzała umiłowanie postu. Nie omieszkał chwalić się tym, że pości trzy razy w tygodniu. Pewnego dnia, wychodząc z synagogi, zobaczył ją. Jego twarz się odmieniła. Rozejrzał się wokół, czy tłum już się oddalił. Kiedy poczuł się bezpiecznie, zagadał do niej. Była zdzwiona. Tak bardzo to do niego nie pasowało. Wzięło go na dwuznaczne żarty, szkliły się mu oczy. Nie wie, co wtedy czuła. Na pewno ogromne zaskoczenie, ale i jakiś wstręt. Jak można tak bardzo odmienić się w ciągu kilkudziesięciu minut? Nie chciała wdawać się z nim w rozmowę. Wyczuł, że stawia granice. Pożegnał się i odszedł. W niedługim czasie zapoznał ją z Jakubem. Do niego poczuła jakąś słabość. Lubiła z nim rozmawiać. Urzekł ją. Wiedziała jednak, że jest żonaty, że na nic więcej nie może sobie pozwolić, poza niespełnionym uczuciem.

               Któregoś dnia Jakub zaprosił ją do siebie. Nie chciała iść. A jednak chciała. Nieraz o nim myślała. Nie potrafiła się od tego uwolnić. Żona Jakuba udała się wraz z dziećmi do rodziny. On musiał pozostać, bo zbliżało się jedno ze świąt, w czasie których miał głosić w synagodze. Bolało ją to. To najbardziej. Jeśli ma niecne intencje, jak to możliwe? Może tylko chce porozmawiać? Może to tylko jej serce jest tak uwikłane w to uczucie? Może on po prostu ją lubi? Była naiwna. Naiwna, bo szlachetna. Nie potrafiła uwierzyć, że można służyć Adonai i wieść podwójne życie.

Poszła. Gdyby opowiedziała swojej przyjaciółce Salome, co zaszło tego wieczora, nie miałaby wątpliwości. Jakub chciał, by doszło między nimi do tego, do czego dochodzić może tylko między mężem i żoną. Nie doszło. Bo to ona powiedziała nie. Zdecydowanie jednak wydarzyło się i tak za dużo. Czuła się brudna. Nie wyobrażała sobie stanąć znów za kilka dni w babińcu synagogi i patrzeć, jak Jakub z tą plugawą żmiją, Symeonem, wygłaszają swoje nauki o sprawiedliwości Adonai. Odczuła ciężar na żołądku. Wiedziała też, że gdyby opowiedziała o tym wieczorze Symeonowi lub innym jego przyjaciołom z synagogi, znawcom Prawa i mędrcom Izraela, usłyszalaby po pierwsze, że jest kobietą. Jej świadectwo nie ma wartości. Po drugie, to ona jest winna. To ona siedziała w synagodze dłużej niż powinna, to ona rozmawiała z nimi, to ona nie nakrywała włosów. To ona jest winna. A tak w ogóle to czego winna? Przecież nic się nie stało. Znaleźliby 50ty przepis, w 30tym wersie, 40tego traktatu interpretującego Torę. Lubowali się w tym. W ogóle od dosyć dawna miała przeczucie, że ich głównym zajęciem nie jest wierność Prawu Elohim i uczenie go innych. Ich głównym zajęciem było usprawiedliwianie własnych grzechów i udowadnianie, że nie są grzechami. Pamięta Jakuba, który produkował się w synagodze kilka tygodni temu na temat składania przysiąg. Kto by przysiągł na przybytek, to nic nie znaczy; lecz kto by przysiągł na złoto przybytku, ten jest związany przysięgą.

               Wybiegła z domu Jakuba. Poczuła na swojej twarzy chłód tej nocy. Czuła się do głębi zraniona. Na czystym granatowym niebie lśniły gwiazdy. Lśniły podwójnie, rozmywając się przed w jej oczach zroszonymi łzami. Otuliła się płaszczem, narzuciła go na głowę. Szła przed siebie. Nie poszła najkrótszą drogą do domu, przez ulice i place. Nie chciała spotkać kogoś podejrzanego. Poszła przez gaj oliwny, nieco okrężnie. Wiedziała, że tej nocy i tak nie zaśnie, a spacer pomoże jej ochłonąć. Była środa wieczorem. Ten gad poczyni stosowne oczyszczenia do szabatu i wszystko w porządku – pomyślała. Tak… Czy naprawdę na tym polega prawo Adonai? Weszła do oliwnego gaju. Szła, patrząc w gwiazdy. Przypomniała sobie proroka Izajasza: Co mi po mnóstwie waszych ofiar? -mówi Pan. Syt jestem całopalenia kozłówi łoju tłustych cielców. Krew wołów i baranów, i kozłów mi obrzydła. Gdy przychodzicie, by stanąć przede Mną,kto tego żądał od was, żebyście wydeptywali me dziedzińce? Przestańcie składania czczych ofiar! Obrzydłe Mi jest wznoszenie dymu; święta nowiu, szabaty, zwoływanie świętych zebrań… Nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Nienawidzę całą duszą waszych świąt nowiu i obchodów; stały Mi się ciężarem; sprzykrzyło Mi się je znosić! Gdy wyciągniecie ręce, odwrócę od was me oczy. Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi. Ogarnął ją żal. Żal nad własną naiwnością, nad własną słabością. Żal nad tym, że i ona ma swój udział w Bożym lamentem nad Izraelem. Ale także czuła jakiś głęboki pokój. Złączenie myśli i uczuć Adonai z jej własnymi myślami i uczuciami. W pewnej chwili wręcz przestraszyła się takiej oceny. Bo wiedziała, że nie jest zupełnie niewinna, a Adonai jest po trzykroć święty.

Usłyszała jakiś szmer. Niedaleko na kamieniu siedział mężczyzna. Przestraszyła się. Tylko tego brakowała. Jest sama i nikt jej nie pomoże. Zaczęła uciekać.

– Nie bój się! – krzyknął. Przyspieszyła.

– Nie bój się! – usłyszała jeszcze raz. Stanęła. Odwróciła wzrok. Szedł w jej stronę spokojnym krokiem.

– Nie bój się, córko Królewska! – Zamarła. Stał tuż koło niej. Podniosła wzrok. Oniemiała. Po raz pierwszy w życiu widziała takie oczy. Nie potrafiła ich opisać. Nie było w nich ani cienia zła, ani cienia obłudy, ani cienia grzechu. Był Inny. Inny. Inny. Kadosz.

– Dina… Córko Królewska, nie lękaj się – powiedział. Zadrżały jej usta. Przygryzła wargi. To był On. Jezus z Nazaretu. Sławny w ostanim czasie prorok. Wiele o Nim słyszała…

– Skąd mnie znasz? – Z trudem wypowiedziała te kilka słów, ciągle patrząc w Jego oczy.

Uśmiechnął się. Nigdy wcześniej nie widziała takiego uśmiechu. Położył rękę na jej głowie.

– Nie daleko jesteś od Królestwa niebieskiego. – Zadrżała. Przestraszyła się. O co chodzi?

– Idź w pokoju, córko królewska. Idź w pokoju. Kozioł ofiary przebłagalnej jest już przygotowany przez Ojca. Niedługo zabiją go za obozem. Nie lękaj się, córko Królewska. W jego ranach będzie Twoje zdrowie. Idź, idź w pokoju…

Jeszcze raz spojrzała w Jego oczy. Nic nie rozumiała. Spuściła głowę. Odeszła…

Córko Królewska… Jeszcze nikt nigdy tak do niej nie powiedział.

Otwarła drzwi swojego domu. Szybko obmyła stopy. Nie miała siły się przebierać. Całym ciężarem rzuciła się na łóżko. Serce łomotało w jej piersiach, sufit wirował przed oczami. Wkrótce powieki zamknęły się same. Usnęła…

c.dn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s