Panie, do kogóż pójdziemy?

Jutrzejsze czytanie z księgi Nehemiasza (Ne 8, 2-4a. 5-6. 8-10) mówi o słuchaniu Słowa Bożego. O słuchaniu go ze wzruszeniem i płaczem, ale także (do czego zachęca prorok) z radością i w atmosferze świętowania. Słowo Boga, słowo życia wiecznego… Słowa Twe, Panie, są duchem i życiem – zaśpiewamy jutro w psalmie responsoryjnym.

W moich myślach łączy się to z ostatnio rozważanym przeze mnie fragmentem Ewangelii (J 6, 60-69): „A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą». Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są , co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca». Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?»Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga».

Słowo Boga jest słowem życia wiecznego. Słowo Boga jest mądrością. Ale jest także wyzwaniem. W życiu chyba każdego z nas pojawiają się takie okresy lub poznajemy takie fragmenty Bożego Słowa, że konfrontowani z nim, mówimy: Trudna jest ta mowa. Słowo Boga jest też trudne. Ono stanowi dla każdego z nas wyzwanie. W pewnym sensie każdy w jakiś sposób nie dorasta do Ewangelii. Słowo prowadzi nas ku pełni człowieczeństwa, a ten proces trwa. Niekiedy całe życie. Przyznając, że Słowo Boże jest dla nas niejednokrotnie zadaniem, wyzwaniem i zaproszeniem do zmagania, mamy dwa rozwiązania. Odejść jak wielu słuchających Jezusa, gdy chodził po ziemi palestyńskiej albo odpowiedzieć jak Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. 

Piotr nie zaprzecza temu, że słowa Jezusa są trudne, są wyzwaniem. Piotr podaje tylko i aż inne rozwiązanie. Postanawia mimo tego pozostać przy Jezusie, co więcej prowadzić życie tak, by ciągle wzrastać, dorastać do Ewangelii. Jak wiemy z kart Pisma Świętego, zajmie mu to sporo czasu. Ale nie zrezygnuje. I ostatecznie osiągnie życie wieczne.

Słowo Jezusa konfrontuje nas z naszym egoizmem, wygodnictwem. Wymaga spojrzenia dalej, na cel, który niekiedy znika nam sprzed oczu, ukrywa się jak górski szczyt we mgle. Droga za Jezusem rzeczywiście może być porównana do górskiej wędrówki. Lubię chodzenie po górach i wielokrotnie doświadczyłam tego momentu, gdy po pierwszym entuzjazmie, wraz z pokonywaniem coraz wyższych terenów, przychodzi zniechęcenie. Nagle odzywają się przeróżne argumenty za tym, by pozostać gdzieś na szlaku lub zejść na dół. I nie okłamujmy się – naprawdę zejście na dół wiąże się z ulgą, z chwilowym zadowoleniem, z uniknięciem zmęczenia i ryzyka. Ale jeżeli zejdę na dół, zrezygnuję, to nigdy nie dotrę na szczyt. Muszę wybrać. Podobnie jest w drodze za Jezusem. To prawda, że patrząc krótkofalowo, tu i teraz, bardzo często łatwiej jest oszczędzić sobie wysiłku i żyć w kontrze do Bożych przykazań. Tylko, że jeżeli wybiorę taką drogę, nie osiągnę szczytu, który chciałam zdobyć – pełni człowieczeństwa i wiecznego szczęścia.

Piotr podaje powód, dla którego decyduje się iść za Jezusem mimo, że Jego słowa są trudne. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga. Jak to się dokonało? Te słowa wypowiada Piotr jeszcze przed zmartwychwstaniem. Jezus powiedział kiedyś, że wiara uczniów opiera się na zobaczeniu znaków i cudów (por. J 4, 48). Początek wiary uczniów to cud w Kanie Galilejskiej, o którym słyszeliśmy w poprzednią niedzielę. „Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2, 11)”.

Największym znakiem, jaki uczynił Jezus było Jego zmartwychwstanie. To ono w ostateczny sposób potwierdziło Jego boskość. To właśnie na nim możemy opierać naszą wiarę i zaufanie słowu Jezusa. My, uczniowie Pana, którzy wiemy już o Jego zmartwychwstaniu, skonfrontowani z trudnym Słowem, do którego nie dorastamy, możemy powiedzieć: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty powstałeś z martwych i dlatego wierzymy temu, co mówisz, nawet jeśli tego nie rozumiemy lub jest to dla naszego życia ogromnym wyzwaniem.

Tak, dlatego z taką siłą wielokrotnie podkreślam, że kerygmat powinien być głoszeniem pierwszym, pierwotnym. Uprzednim do wszelkiej nauki, w tym do nauczania moralności. Moralność chrześcijańska chociaż  naprawdę może być pięknie wyjaśniona, wytłumaczona i uzasadniona jako prowadząca do pełni człowieczeństwa, to jednak w praktyce jest trudna. Spotkanie ze zmartwychwstałym, może być tym, co pozwoli wybrać drogę Piotra, a nie odejść, kiedy napotkamy trudności, kiedy zobaczymy własną słabość. Takie jest doświadczenie bardzo wielu chrześcijan. Pamięć o tym szczycie – zmartwychwstaniu, które ma być naszym udziałem, jeśli będziemy trwali w miłości Chrystusa- pozwoli nam nie zawrócić, kiedy wspinaczka okaże się trudna. Będziemy wiedzieli, że rezygnacja to porzucenie nadziei na zmartwychwstanie życia. A droga za Jezusem, z Jezusem, trzymając Go za rękę, nawet jeśli będzie trwała długo, jeśli w jej trakcie wielokrotnie upadniemy i nabawimy się wielu kontuzji, finalnie doprowadzi nas na samą górę.

Św. Paweł, którego nawrócenie wczoraj wspominaliśmy, napisał: A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. (…)  jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania. Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15.17-20). Rzeczywiście, jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, jesteśmy pożałowania godni. Trudzimy się, czyniąc wysiłki, by dostosować nasze życie do trudnej nauki, ale czynimy to na próżno. Szczytu nie ma. Syzyfowa praca.
Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał. Ten, kto bez cienia wątpliwości, udowodoniłby, że zmartwychwstania nie było, obaliłby całe chrześcijaństwo. Jak dotąd jednak taka osoba się nie znalazła. I chociaż uznanie zmartwychwstania wymaga w pewnym momencie aktu wiary, to jednak ta wiara opiera się na logicznych przesłankach. Polecam lekturę „Sprawa zmartwychwstania” Josha McDowella. Tekst można znaleźć na Internecie pod tym linkiem: https://przyjaznawiedza.files.wordpress.com/2013/10/josh-mcdowell-sprawa-zmartwychwstania.pdf Josh McDowell jest protestantem, ale to opracowanie jest godne uwagi wszystkich chrześcijan. W moim życiu było jedną z najważniejszych lektur, po którym dalej drążyłam temat. Skoro chrześcijaństwo, to która jego gałąź jest tą najpierwotniejszą, najbliższą apostołom. I tak jestem katoliczką (choć ochrzczona i tak wychowana, był to w pewnym momencie mój osobisty wybór).

Zauważmy na koniec, że Jezus nie gani Piotra za takie uzasadnienie pozostania przy Nim. Gani go za wiele, raz Piotrowi się obrywa nawet, że jest szatanem (por. Mk 8, 33). Ale nie za te słowa. Tak naprawdę są one najczystszym wyrazem uznania boskości Jezusa. Jesteś Bogiem, a ja człowiekiem. Ja mogę nie rozumieć, ja mogę mieć problemy z kroczeniem Twoją drogą. Ale to Ty jesteś Bogiem. To Ty wiesz lepiej ode mnie, co jest dobre, a co złe. Ja mogę się mylić. Mogę błądzić. Ale uznaję Twój autorytet. Nie muszę rozumieć. Idę za Tobą, bo wiem, że Ty znasz drogę. Jak w górach. Nieraz, gdy nie znamy drogi, możemy pobłądzić, idąc właśnie tą pozornie najkrótszą lub najbardziej prawdopodobną. Ty jesteś Przewodnikiem i znasz drogę. Nieraz chciałabym powiedzieć- patrz, tędy chyba też można. Ale ufam Tobie. Wiesz więcej ode mnie.

Dziś, czyli Boży mindfulness

Wczorajsze czytanie z listu do Hebrajczyków, skłoniło mnie, żeby napisać trochę na temat „dzisiaj”. O koncentracji na tym co tu i teraz, i jak bardzo Biblia nas zachęca do takiego dobrze rozumianego mindfulness. W sumie może trochę lipa, że nie napisałam o tym wczoraj, ale migrena niekoniecznie bywa posłuszna środkom przeciwbólowym. 😉

Na początek cytat:

Postępujcie, jak mówi Duch Święty: «Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku». Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną„. (Hbr 3, 7-14)

Myślę, że ten fragment Bożego Słowa jest bardzo ciekawy. Nieraz zdarza się nam mieć spore problemy z koncentracją na tu i teraz, nie tylko w takim znaczeniu, w jakim używa go psychologia. Ten aspekt też mam na myśli, kiedy o tym piszę. Wyraźnie wspomina też i o nim Jezus w kazaniu na górze: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Chcę jednak szczególnie podkreślić koncetrację na tu i teraz, na „dziś” w naszej walce duchowej, w codziennych zmaganiach, w staraniach o to, by być lepszymi.

Kiedyś zaskoczyło mnie, gdy pewien pobożny i bardzo od siebie wymagający kapłan, powiedział tak: „Dziś jestem księdzem. I chcę nim być jutro. Ale czy będę nim jutro, nie wiem. To wie tylko Bóg. I wierzę, że On da mi łaskę, bym jutro też był księdzem”. Paradoskalnie właśnie taka postawa jest bardzo katolicka. Wcale nie oznacza wątpienia w swoje powołanie. Oznacza radykalne zaufanie Bogu, zdanie się na Niego. Łaska działa bowiem w rzeczywistości, w teraźniejszości. Łaska nie działa ani w naszej przeszłości (tę możemy już tylko oddać Bożemu miłosierdziu), ani w przyszłości – w naszych marzeniach i wyobrażeniach (te możemy tylko zawierzyć Bożej Opatrzności). Łaska działa tu i teraz. Dziś nie dostanę łaski na to, co czeka mnie jutro. Pan obdarzy mnie ją dopiero jutro, które wówczas stanie się dziś. Bóg jest. Dla Niego w jakimś sensie istnieje tylko czas teraźniejszy, chociaż postanowił w swojej Drugiej Osobie wejść w czas. Niebo jest wiecznym dzisiaj, teraz. Nasza duchowa droga może być już tu na ziemi takim treningiem życia w teraźniejszości. Przygotowaniem na wieczne „dziś”, którego oczekujemy. Myślę, że wielu z nas boi się podejmować życiowe decyzje typu wybór konkretnego powołania, właśnie dlatego, że bardziej żyjemy wyobrażeniami i obecnymi w nich lękami. To prawda, że nikt, kto decyduje się na małżeństwo nie wie, jak to będzie, gdy zdrowa żona czy mąż, nagle trafią na wózek inwalidzki. I żaden zakonnik nie wie, jak będzie, gdy przełożeni wyślą go do Afryki. Ale na ten lęk, nie otrzymamy łaski. O ile naprawdę dobrze rozeznaliśmy nasze powołanie, możemy zaufać Bogu, że jeśli takie sytuacje będą miały miejsce, Pan Bóg da nam potrzebne łaski, aby im podołać. Myślę, że każdy z nas może przytoczyć wiele sytuacji ze swojej przeszłości, w których czuliśmy się kompletnie bezradni, załamani, zrozpaczeni. Konfrontowani z nimi, myśleliśmy, że to już koniec. A jednak przeżyliśmy je. Dziś są tylko wspomnieniem. Z każdym rokiem coraz mniej wyraźnym i mniej tragicznym w odbiorze. Starczyło nam łaski od Boga. Może potrzebowaliśmy takiego czy innego wsparcia od ludzi, ale możliwość skorzystania z niego i przejście przez ten czas, także było łaską i Bożą pomocą!

Chrześcijanin jest człowiekiem adwentu. I wcale nie oznacza to, że jest człowiekiem marzeń i myślenia o przyszłości. Bycie człowiekiem adwentu to radykalne życie tu i teraz. Bo nie znamy dnia, w którym Pan przyjdzie i zakołacze (por. Łk 12, 36). Chrześcijanin to człowiek, który chce być gotowy na przyjście Pana zawsze. A jedyne co ma to teraz. Jeśli więc chce żyć radykalnie Ewangelią, musi żyć radykalnie teraźniejszością. Brać, chwytać chwilę (takie chrześcijańskie carpe diem jest możliwe!), chwytać łaskę, którą ma na dziś, nie marnować jej. Wyciskać ją jak cytrynę do ostatniej kropli. Dzięki życiu tu i teraz, jak piękna stanie się nasza przeszłość i jak bardzo dobrze ukształtujemy naszą przyszłość.

Ale ten chrześcijański mindfulness ma jeszcze jeden ważny aspekt. Nieraz spotykam się ze słowami ludzi, którzy zachęcani do spowiedzi, mówią: ale to przecież nic nie zmieni, bo minie kilka dni, czy tygodni i znów popełnię to samo zło. Jaki to ma sens? Przecież nie jestem w stanie Bogu obiecać, że już nie zgrzeszę, bo tyle raz obiecywałem i co? I znowu upadałem. Miałam moment, kiedy też, klękając u kratek konfesjonału, zastanawiałam się intensywnie nad tym, co znaczy postanowienie poprawy. Na szczęście trafiłam na mądrych i znających życie duchowe spowiedników. Postanowienie poprawy oznacza postanowienie, by się poprawić. Postanowienie, by już więcej grzechów nie popełniać. Wolę zerwania z grzechem. Ono często będzie się objawiać na przykład w podjęciu jakichś konkretnych kroków, by unikać okazji do grzechu. Myślę, że to jest też zbyt rzadko podkreślany aspekt, a to właśnie miejsce na zdrowy rozsądek i na przezorność, bo życie tu i teraz to nie naiwna beztroska (zachęcam w tym kontekście do jednego z moich adwentowych wpisów na blogu). Postanowienie poprawy nie jest jednak obietnicą, ani przysięgą, ani ślubem, że już nigdy więcej nie zgrzeszę. Ba, gdzieś przeczytałam, że wręcz tego typu śluby, są uważane z gruntu za nieważne. A zatem, kiedy klękasz u kratek konfesjonału, masz mieć postanowienie poprawy. A jak je zrealizować? Nie myśląc po odejściu od konfesjonału o tym, co będzie jutro, za tydzień, czy 2 miesiące. Ale o DZIŚ. Dziś Bóg da Ci łaskę na dziś. Jutro da Ci łaskę na jutro. Nie martw się o to, czy unikniesz jakiegoś grzechu jutro. O ile nie zamierzasz sobie stworzyć ewidentnej do niego okazji i nie planujesz ani nie postanawiasz grzechu (takie postawy już byłyby grzechem), nie martw się i oddaj Bogu jutro. Żyj tu i teraz. Dziś.

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. W tej prośbie chrześcijanie zawsze widzieli 2 elementy. Prośbę o zwyczajny chleb, o zabezpieczenie ich potrzeb materialnych, ale także prośbę o Eucharystię. Zwłaszcza, uczestnicząc codziennie w Mszy świętej, można doświadczać realności tej prośby. Dziś zachowaj mnie, Panie, w swojej łasce. Daj mi dziś móc przyjąć Twoje Ciało i Krew. Dziś. Ta prośba skłania też do tego, aby jeżeli się nie uda zachować stanu łaski, to właśnie DZIŚ (o ile to fizycznie możliwe), a nie jutro, pojutrze czy za tydzień, przystąpić do spowiedzi. Dziś. Autor listu do Hebrajczyków pisze: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (…) lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu”. Jeśli dziś sumienie wyrzuca Ci grzech, dziś pojednaj się z Panem. „Póki twa to co zwie się dziś”, by Twoje serce nie zostało w grzechu, nie stwardniało. Warto zauważyć, że bardzo często prośba o to, aby „dziś” wytrwać przy Bogu, czynić dobro, zachować łaskę, być bez grzechu itp., pojawia się w oficjalnej modlitwie Kościoła – w jutrzni. W ogóle cała liturgia godzin jest skupieniem na tu i teraz, jest no właśnie… liturgią godzin, czasu. Teraźniejszości.

Marek Hłasko powiedział: „Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania„. To prawda. Wprawdzie są ludzie o czystym sumieniu, którzy cierpią na bezsenność, niemniej pomijając tę czy inną chorobę, często w zaśnięciu przeszkadza nam ciężar na duszy. Świadomość, że jesteśmy pojednani z Bogiem, pomaga w pokoju zamknąć oczy. Może to będzie dla nas kolejną motywacją, by żyć teraźniejszością w naszym życiu duchowym. Ostatecznie największym lękiem człowieka jest lęk egzystencjalny, lęk przed śmiercią. Mam świadomość, że wiele rzeczy jeszcze bym chciała zrobić i wiele spraw załatwić. Może i wiele złego wynagrodzić, czy z niektórymi osobami porozmawiać i wyjaśnić różne niesnaski. Niemniej gdy wiem, że najprawdopodobniej (na 100% wie to tylko Bóg ;)). jestem w stanie łaski, to zamykam oczy w pokoju, nawet gdybym miała ich więcej nie otworzyć. Co gorszego od wiecznego oddzielenia od Boga może mi się przydarzyć? A jeśli ono mi nie grozi dzięki Krwi Chrystusa, nawet jeśli miałabym do końca świata być w czyśćcu, mogę być spokojna. Ileż mądrości niesie w sobie zakończenie komplety: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą, niech nam da Bóg wszechmogący…”

Trudne to do zrealizowania w praktyce, ale gdyby się udało… niesamowity pokój daje koncentracja na tym, co tu i teraz. Planowanie ale bez życia w marzeniach. W zamian za to, realizowanie ich. Pamięć ale bez życia we wspomnieniach. W zamian za to, wyciąganie z nich wniosków. Na teraz. Przeżywanie smutku w chwili smutku, radości w chwili radości. Smakowanie kawy, gdy ją pijemy. Oglądanie płatków śniegu, gdy spadają z nieba. I radosna troska o to, by mieć serce wolne i spokojne, gotowe na spotkanie z Panem… Starajmy się. I tego trzeba się na pewno długo uczyć. Ja jestem dopiero na samym początku tej drogi… ale już wiem, że warto.

Jezus Przewodnik i uczłowieczanie świętych

Od wczoraj Słowo Boże pracuje we mnie z tematem Jezusa Przewodnika. Sięgnijmy do wczorajszego i dzisiejszego czytania, żeby nie pisać w próżni.

Nie aniołom Bóg poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to gdzieś potwierdził uroczyście, mówiąc: «Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Wszystko poddałeś pod jego stopy». Ponieważ zaś poddał Mu wszystko, nic nie zostawił, co by nie było Mu poddane. Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, aby wszystko było Mu poddane. Widzimy natomiast Jezusa, który mało co od aniołów był mniejszy, chwałą i czcią uwieńczonego za mękę śmierci, iż z łaski Bożej zaznał śmierci za każdego człowieka. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko istnieje, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienia. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, od Jednego wszyscy pochodzą. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazywać ich braćmi swymi, mówiąc: «Oznajmię imię Twoje braciom moim, pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał». (Hbr 2, 5-12)

Ponieważ dzieci mają udział we krwi i w ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy otrzymał w nich udział, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem w tym, co się odnosi do Boga – dla przebłagania za grzechy ludu. Przez to bowiem, co sam wycierpiał poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają„. (Hbr 2, 14-18)

Nie będę ukrywać, że do dzisiejszego wpisu inspiruje mnie samo Słowo Boże, jak i homilia, którą wczoraj słyszałam w krakowskiej kolegiacie św. Anny. Do tego oczywiście dodaję własne życiowe doświadczenie.

Zacytowane fragmenty są mocne. Dotykają pytania, dlaczego Jezus w ogóle przyjął ludzkie ciało. Przecież Bóg jest wszechmocny i mógł nas zbawić w sposób dużo prostszy i bez Jezusowego cierpienia. To prawda. A jednak wybrał taką drogę. Wiele jest teologicznych uzasadnień, dlaczego tak zrobił. Jedno z nich omawia autor listu do Hebrajczyków. Jezus był (i na zawsze już jest) człowiekiem po to, aby przejść naszą ludzką drogę, nasze trudności, doświadczyć naszych pokus, naszego cierpienia w każdym z jego wymiarów (fizycznym, psychicznym i duchowym), w ogóle wszystkiego, co wiąże się z człowieczeństwem i ludzkim życiem, z wyjątkiem grzechu, aby móc być dla nas przewodnikiem. Nie dlatego, że Bóg stwórca nie wiedział, jak to jest. On wie wszystko. Ale czy my potrafilibyśmy zaufać komuś, kto nie był nigdy w takiej sytuacji jakiej doświadczamy? Czy ktoś może być przewodnikiem górskim, jeżeli wpierw nie zejdzie danego pasma górskiego wzdłuż i wszerz? Kiedy spotka mnie życiowa tragedia, do kogo pójdę wpierw? Czy nie do tego, o kim wiem, że kiedyś przeszedł przez to samo?
Jezus jest właśnie taką Osobą. Był embrionem, płodem, noworodkiem, niemowlakiem, dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym. Uczył się jeść i pić, czytać i pisać. Nawiązywał przyjaźnie z rówieśnikami. Miał relacje rodzinne. Pracował. Doświadczył całkowicie ukrytego, skromnego życia, jak i bycia w centrum uwagi. Męczył się i potrzebował odpoczynku. Wiedział co to głód i pragnienie. Doświadczył ludzkich emocji, tych pięknych, miłych, jak i bardzo trudnych. Był kuszony. Zaznał cierpienia we wszystkich wymiarach. Nie ma takiej rzeczywistości, w której nie mógłby być przewodnikiem. Nie ma takiego doświadczenia, z którym nie mogę przyjść do Niego i prosić o pomoc, wsparcie, radę. Zaznał wszystkiego, z wyjątkiem grzechu, choć doświadczył jak okropny jest grzech i jego skutków, bo na krzyżu Ojciec uczynił Go grzechem i dał Mu w jakimś, niepojętym dla nas sensie (bo cały czas Jezus był z Ojcem zjednoczony) odczuć, co znaczy poczucie opuszczenia przez Boga (por. 2 Kor 5, 21 i Mk 15, 34).

Druga kwestia, która mnie porusza w tym fragmentach Słowa Bożego, to podkreślenie, że nie aniołom Bóg poddał świat i nie aniołów przygarnął, ale potomstwo Abrahama. Ludzi. Bóg przyszedł do ludzi i przyjął ludzką naturę, by być przewodnikiem po Jego drogach dla ludzi. Często mówi się o świętych, że oni powinni być dla nas przewodnikami, wzorami, mistrzami życia duchowego. I są. Naprawdę są. Ale właśnie wtedy i tylko wtedy, gdy poznajemy ich prawdziwe życie. A bardzo często niestety możemy natrafić na takie opisy ich życia, które skutecznie uniemożliwiają nam podążanie za nimi. Niektórzy hagiografowie opisali ich tak, jakby byli… aniołami. Kompletnie ich odczłowieczyli. Oni nawet nie mają ludzkich emocji, zawsze poważni i stateczni. Nie dajcie się na to nabrać! Święci tacy nie byli.

W mojej życiowej drodze nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale wiem, że w przeszłości są takie punkty, takie spotkania, osoby, środowiska, które wywarły na mnie duży wpływ i na pewno wpłynęły na całokształt moich poglądów. W wielu z tych miejsc nigdy się w 100% nie odnalazłam, ale na pewno wiele z nich zaczerpnęłam. I na pewno między innymi ważnym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z duchowością św. Josemarii Escrivy. Do dziś mocno korzystam z pewnych wątków dla swojego życia duchowego. To, co było dla mnie zaskakujące u św. Josemarii to (mimo że powszechnie jest postrzegany jako bardzo surowy święty i…owszem, jest w tym też prawda, że był bardzo wymagający od siebie i od innych), że podkreślał, iż świętym się nie rodzi, ale się nim staje. To właśnie on powiedział: „Nie zapominajcie mi, że świętym nie jest ten, kto nigdy nie upada, ale ten, kto zawsze się podnosi, z pokorą i świętym uporem” (Przyjaciele Boga, pkt. 131). W jego Drodze, Bruździe i Kuźni możemy znaleźć wiele fragmentów, w których mówi on o także swoich zmaganiach z pokusami, z grzechami, o własnych upadkach i nieustannym powstawaniu. O codziennym wspinaniu się szczebelek wyżej po drabinie, a nie o podróży windą do nieba. On też zwrócił uwagę na to, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywają niekiedy życiorysy świętych: „Kiepską przysługę oddali katechezie – prawdopodobnie niechcący – ci biografowie świętych, którzy za wszelką cenę starali się odnaleźć u sług Bożych zdarzenia nadzwyczajne, już od ich pierwszego niemowlęcego krzyku. niektórych opowiadają o niektórych z nich, że jako niemowlęta nie płakali, że dla umartwienia nie ssali w piatki piersi matki… I ty, i ja urodziliśmy się, płacząc, jak Pan Bóg przykazał; sięgaliśmy też do piersi swojej matki, nie martwiąc się o Wielki Post czy inne czasy zakazane… (To Chrystus przechodzi, pkt. 9)”. Inspirowany jego duchowością Jesus Urteaga w swojej książce „Wady świętych” napisał:

Musimy zdać sobie sprawę, że ci, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, nie byli ani z wosku, ani z jakiegoś sztucznego tworzywa. Tak jak wszyscy byli śmiertelnikami, z krwi i kości, odczuwali ból i mieli wady; byli zwykłymi ludźmi, którzy podczas choroby musieli brać lekarstwa, cierpieli na bezsenność i potrzebowali od czasu do czasu małego wstrząsu, by przestać rozpraszać się podczas modlitwy. Niektóre książki tak dalece oddaliły od nas kanonizowanych, że możemy ich jedynie podziwiać. A czasami nawet i to przychodzi nam z trudem. O jednym mówią, że dla umartwienia nigdy nie spojrzał na sufit swojej celi; o innym – że pragnąc zachować czystość, nigdy nie odważył się spojrzeć na swoją matkę. Dochodzimy więc do wniosków, że pierwszy był małostkowy, a drugi pełen kompleksów. Bo my, choć jesteśmy entuzjastami czystości, obsypalibyśmy naszą matkę pocałunkami.

Świętych stawia się tak wysoko, tak daleko od nas, wydają się tak obcy naszym sprawom, że nie sposób ich naśladować. Pisze się o nich, że kiedy są w drodze, nie zatrzymują się; kiedy pną się w górę, nie upa­dają; kiedy pracują, nie odpoczywają; gdy się modlą, nic ich nie roz­prasza. A my często się zatrzymujemy, a czasami nawet cofamy! Roz­praszamy się na modlitwie (i w pracy) i odczuwamy ciężar zmęczenia! „W wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3, 2) ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: «Odpuść nam nasze winy!» (Mt 6,12)”‚. Czy w takim razie świętość nie jest dla nas?”

Święci też mieli wady. Święci też grzeszyli i upadali. Ale zawsze powstawali i zawsze się poprawiali. Kiedy pod ich śmierci spojrzymy na ich życiorys, widzimy ogromny postęp. Niektórzy z nich osiągnęli wręcz absolutne wyżyny ludzkiego ducha. Ale nie od razu. I właśnie dlatego, że używając sformułowania Kochanowskiego, naprawdę nosili ludzkie ciężary, oni także mogą być naszymi przewodnikami.

Czasami szukamy wokół siebie kogoś, kto może nam doradzić. Pytamy. Nieraz wręcz zazdrościmy, pytamy samym siebie – skąd on/a to ma? Najczęściej ten człowiek, który dziś może Tobie czy mnie doradzić, jak pokonać konkretną pokusę, albo jak dobrze przygotować się do spowiedzi, wie to dlatego, że sam/a doświadczył/a tej samej pokusy i wielokrotnie klękał/a u kratek konfesjonału. Jak powiedziała Elizabeth Kübler-Ross:  „Najpiękniejsi ludzie, których znam to ci, którzy znają smak porażki, poznali cierpienie, walkę, stratę, poznali swoją drogę na wyjście z otchłani. Ci ludzie mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełniają ich współczuciem, łagodnością i głęboką, kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd.

O tym, by nie wozić gruzu Rolls-Royce’m i nie zasypywać rzek, czyli o darach trudnych

Dary trudne. Ostatnio w kontekście różnych swoich rozważań o życiu, dostrzegłam nowy wątek w przypowieści o talentach. Ten, który zakopał talent, nie zrobił tego z lenistwa. Zrobił to ze strachu. Wiedział, że Dawca jest osobą surową. A co jeśli źle wykorzysta dar, jeśli coś pójdzie nie tak? Nie lepiej zakopać, uciec? Dary trudne. Tak, są dary trudne. Można je wykorzystać pięknie, a można źle. Bóg jednak nie pochwala wyrzucania/chowania daru, którym nas obdarzył, nawet gdy jest on trudny i nawet jeśli zrobimy tak z bojaźni. Wiele mamy darów trudnych. Najczęściej są one też naszymi ważnymi cechami. Pokażę to na 3 przykładach, ale można wybrać dowolne inne. Towarzyskość może przerodzić się w całkowite lekkoduchostwo i pijaństwo. Seksualność może służyć rozwiązłości. Mądrość pysze itd. Ale to nie znaczy, że mamy walczyć ze swoją ekstrawertycznością, seksualnością, czy mądrością. Przecież mogą one posłużyć dobru- relacjom, przyjaźni, pomocy innym a nawet ewangelizacji- towarzyskość, zbudowaniu pięknego małżeństwa i rodziny- seksualność, służbie innym i postępowi cywilizacji- mądrość. Trzeba te dary zainwestować i odebrać z zyskiem. Zebrać ich dobre owoce. Może po drodze będą wahania kursu w banku, może zdarzą się potknięcia. Ale jeśli będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, ufając Bogu, aby uczynić z trudnych darów dobry użytek, łaska Boża nas wesprze. Gorzej jest wyrzucić prezent, tylko dlatego, że przecież ktoś może go ukraść lub źle wykorzystać. Myślę, że to ważne także dla rodziców. Często zamiast pomóc wykorzystać i wzrosnąć w tych darach, dostrzegając je u swoich dzieci, postanawiają je „ściąć”. To rzeczywiście jest gnuśność. Bo praca nad sobą i nad rozwojem tych darów, wymaga wysiłku. Ścięcie ich- to łatwizna. Bóg jej nie błogosławi. Często kończy się problemami psychicznymi. Bo nie jesteśmy tym, kim mamy być, kim Bóg chce, byśmy byli. Dary trudne. Dar i zadanie. Wyzwanie. Pole wzrastania i pracy nad sobą. Będzie nagrodzone tu i w wieczności.

Dary trudne. Są jak rzeki. Rzeki czasami wylewają. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie zasypuje rzek, aby zapobiec ich wylaniu. Rzeki się reguluje, buduje wały, tamy i wzmocnienia. Oczyszcza z mułu. W skrócie – pracuje się nad nimi, aby nie doprowadzały do katastrofy.

Dary trudne są jak Rollce Royce. Można nim pojechać na ślub. A można załadować w niego gruz i wozić go z budowy na wysypisko. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie wozi gruzu z budowy Rollce Roycem.

Dary trudne. Grzechem jest te rzeki zasypać, zamiast wyregulować. Grzechem jest tymi rollce roycami wozić gruz z budowy.

Dary trudne. Wymagają pracy. I właśnie dlatego są szczególną przestrzenią usprawiedliwania naszych grzechów. Bo wobec nich najprostsze rozwiązania bardzo często są chybione. Jakże często dorabiamy ideologię do tego, że się nam nie chce regulować przywołanych jako przykłady: towarzyskości, seksualności czy elokwencji. Czyż nie można wozić Rollce Roycem gruzu? A, pewnie, że można. Samochód to czy nie? Ano tak. Jest miejsce? Ano tak. Dowozimy do celu? Ano tak. No to nie mów mi, że Rollce Royce nie do tego służy. A jednak nie do tego. I choćbyśmy nie wiem, jaką ideologię do tego dorobili, nie do tego służy. Jak się uprzemy, możemy jeść, wkładając sobie pokarm nożem do ust. Możemy. Możemy też chodzić na rękach zamiast na nogach. Ale nie próbujmy mówić, że korzystamy wtedy z noża i z rąk, zgodnie z tym, do czego powinny one służyć. Dary trudne musimy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Prawdziwym przeznaczeniem.

Dary trudne to dary piękne. Są jak diamenty, które trzeba oszlifować. Mają podwójną wartość. I z samych siebie i z pracy, którą w nie włożymy.

 

Żyzna pustynia

Długo nie pisałam, ale również długo zastanawiałam się nad tym, jak dzisiejszy post zatytuować. Było to dla mnie trudne, bo zamierzam poruszyć kilka wątków, kilka tematów, jakie chodziły ze mną przez te dni, gdy rozważałam Słowo Boże.

Najpierw będzie trochę myśli o pustyni, potem o łasce i szybkich decyzjach powrotów do Pana, a na końcu o dzisiejszym święcie Chrztu Pańskiego. No to zaczynamy.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy słowa proroka Izajasza: „Drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga„! (Iz 40, 3).

Kiedy wczoraj przeczytałam te słowa, skojarzyły mi się z Ewangelią z ubiegłej środy. Jezus poszedł się modlić, a uczniowie zmagali się z burzą na jeziorze. Nie było Go z nimi. Co więcej, kiedy już idzie do nich, chce ich minąć (por. Mk 6, 48). A kiedy już się z nimi spotyka, to zapewnia ich o swojej obecności: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!” (Mk 6, 50). Jeszcze lepiej to według mnie brzmi w wersji paulistów: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się„! Są właśnie takie momenty, kiedy może się nam wydawać, że Pan Bóg nas zostawia w naszym cierpieniu, trudnościach, osamotnieniu, lęku, smutku. Co więcej, że przechodzi obok, ale nie tak jak obok Eliasza (por. 1 Krl 19, 1-21) albo obok Mojżesza (por. Wj 34, 6), ale obojętnie. Przechodzi i mija. Chce się krzyknąć: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy” (por. Mk 4, 38)? Ale to nie tak. On jest, nigdy nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem (por. Ps 121, 4). To my potrzebujemy tego pozornego opuszczenia. Potrzebujemy tej pustyni. To właśnie to doświadczenie może się okazać niezmiernie owocujące, żyzne. Ono jest czasem przygotowania naszych serc na łaskę lub oczyszczania, formowania, przemiany. Jest jak pozornie bezproduktywny i stracony czas snu, podczas którego tak wiele koniecznych procesów zachodzi w naszym mózgu. Może kiepskie porównanie, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Czasami coś jest tylko pozornie bez sensu. A w tym czasie dokonuje się naprawdę wiele i jest to czas niezbędny.

Druga kwestia, o której chcę napisać, to częsty temat na moim blogu – łaska. Walka o łaskę i powracanie do łaski, jeśli ją stracimy. Do tego tematu znów zainspirowało mnie Słowo Boże. Najpierw sobotnie czytanie i fragment 1 J 5, 18.: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka„. Do tego fragmentu znalazłam taki komentarz w tłumaczeniu paulistów: „Szatan nie ma dostępu do człowieka, bo chrześcijanin, współpracując z łaską wysłużoną przez Jezusa Chrystusa, może nie ulec wpływom złego ducha”. Otóż to. Nie chodzi o to, że kto jest ochrzczony i oddał swoje życie Jezusowi na pewno nigdy już nie zgrzeszy. Ale że łaska Boża może nas od grzechu zachować. Że Bóg jeśli dopuszcza pokusę, daje też łaskę wystarczającą, by jej nie ulec – „Bóg, który jest wierny, nie pozwoli, byście byli kuszeni ponad siły, lecz dopuszczając pokusę, wskaże sposób jej przezwyciężenia” (1 Kor 10, 13). Oczywiście nasza ludzka kondycja pokazuje mi i każdemu z nas, że często z tego sposobu nie skorzystamy lub go wręcz nie dostrzeżemy. Ale skoro i tak bywa, to tym bardziej powinniśmy pamiętać, że to łaska Boża i tylko ona, może nam pomóc pokonać pokusy. To Bóg jest naszą siłą, nie my sami. Nie jest więc rozsądne świadomie wystawiać się na walkę, będąc bez pomocy łaski uświęcającej. Jeśli mamy nieszczęście ją utracić, powinniśmy jak najszybciej do niej wrócić. O Zacheuszu już pisałam. Trędowaty, o którym słyszeliśmy w piątkowym czytaniu też nam przypomina, że z problemem idzie się do Jezusa i nie zważa na nic. Na wstyd, na zasady może i słuszne (trędowatemu nie było wolno wejść w tłum), ale warto zaryzykować, nawet je łamiąc, byle wrócić do Pana, byle On nas oczyścił. Trędowaty nie stoi gdzieś tam z boku, daleko od tłumu, co nakazywało mu prawo. Przedziera się przez tłum, który całą sytuacją jest zapewne zgorszony, przerażony i obrzydzony i pada Jezusowi do nóg. Wykrzykuje swoją wiarę wymieszaną z bezradnością: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mk 1, 40)”.  I Jezus chce i oczyszcza go. On zawsze chce. On chce tak bardzo, że wystarczy Mu to minimum, nawet tak pełne wątpliwości, jak w przypadku epileptyka. Nie dosyć, że uzdrowiony przez wiarę jego ojca to jeszcze… no właśnie – czy przez wiarę? Ojciec mówi: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!» Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Natychmiast ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» (Mk 9, 22-24). Absolutne minimum, które wystarczyło Jezusowi. Ale idźmy dalej. Ewangelia o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. To nie ona sama przychodzi do Jezusa. To ją przyprowadzają. Co więcej, przyprowadzają nie po to, aby Jezus ją podźwignął i uleczył, oczyścił i przebaczył, ale żeby ją oskarżyć, odrzucić i zabić. Ale Jezus ją kocha i pragnie ją uleczyć. On chce, by była wolna. On chce ją ocalić i dać jej Boże przebaczenie. On jako jedyny zna jej serce. On wie, że nie jest „dziwką” jak chcą niektórzy, ale kobietą głęboko poranioną, która na dnie swojego serca pragnie miłości, akceptacji i bliskości, tylko szuka nie tam, gdzie powinna… Jezus wykorzystuje zły zamiar tych, którzy ją przyprowadzili, by spotkać się z nią w cztery oczy, a naprawdę serce w serce, by ją uzdrowić. By okazać jej miłość, szacunek i przebaczenie, którego może nigdy nie otrzymała. Jest w tej Ewangelii słowo, któremu na pewno poświęcę kiedyś dłuższy post. Jeszcze nie spotkałam się z tym, by ktoś je rozważał, choć założę się, że na pewno zrobiono to już. To słowo to „dopiero co”. „Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego:«Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie.„. (J 8, 3-4). Dopiero [co]. Przeczytaj proszę kilka razy to zdanie. I zadaj sobie pytanie, dlaczego kiedy zgrzeszysz i stracisz łaskę Bożą, nie idziesz od razu do spowiedzi? Czy o mnie i o Tobie można powiedzieć, że „dopiero co” utracisz łaskę, a idziesz prosić Pana, aby Ci przebaczył? Jak chcesz nie grzeszyć, oprzeć się kolejnym pokusom, jeśli nie masz Jego łaski, a już tym bardziej jak chcesz się zbawić bez Jego łaski (Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. kan. 2 Sobór Trydencki, dekret o usprawiedliwieniu)? Skoro potrafisz ją utracić, nie wykorzystać sposobu przezwyciężenia pokusy, mimo że towarzyszy Ci łaska, czy naprawdę wierzysz, że poprawisz się bez łaski? Spowiedź zakłada konieczność postanowienia poprawy. Postanowienia. A nie udowodnienia sobie (swojej pysze) i Bogu (bez pomocy, którego nie jesteś w stanie nawet nabrać oddechu), że już się poprawiłeś. A nawet jeśli uda Ci się dzięki łasce uczynkowej od Niego otrzymanej jakoś poprawić, to i tak Twoje uczynki, nie mają wartości nadprzyrodzonej przed Bogiem, dopóki nie otrzymasz łaski uświęcającej. Dlaczego nie chcesz iść do lekarza, który sam mówi, że potrzebują go chorzy (por. Mt 9, 12), wtedy gdy jesteś chory? Dlaczego nie chcesz do niego iść od razu, gdy „dopiero co” zachorowałeś, ale narażasz się na powikłania? Może odczuwasz wstyd, ale to jest dokładnie tak samo jak z lekarzem. Idziemy do niego jak najszybciej, gdy tylko zobaczymy początek choroby, a nie odkładamy na póżniej.

I na końcu już – dzisiejsze święto Chrztu Pańskiego. Jezus zanurza się w rzece Jordan i tym samym bierze na siebie każdy mój grzech, aby zanieść go na krzyż za murami Jerozolimy. Rzeka Jordan wprawdzie nie płynie przez Jerozolimę, ale miejsce chrztu Jezusa znajdowało się bardziej na północ niż Jerozolima (bo Jordan uchodzi do Morza Martwego, którego brzegi zaczynają się mniej więcej na przechodzącym przez Jerozolimę równoleżniku). A zatem w pewnym sensie ta woda płynie właśnie ku Jeruzalem. Chcę dziś wrzucić do Jordanu wszystkie moje grzechy. Nie dlatego, by wody tej rzeki mogły je zmyć, ale dlatego, że Pan się zanurza w niej i bierze je na siebie. Wrzucam je tam, byś wziął je, Jezu i zaniósł na krzyż. Zróbcie to samo w swojej modlitwie. Rzućcie tam swoje grzechy, by Jezus je wziął i poniósł na krzyż. To prawda, że On już to uczynił. Ale w ten sposób powiedzmy Mu, że chcemy skorzystać z owoców Jego męki. Że nie chcemy ich odrzucić (bo przecież jesteśmy wolni). Nie ma innej drogi zbawienia jak Twój krzyż i Twoja ofiara i zmartwychwstanie. Jesteś moim Zbawicielem, oddaję Ci wszystkie moje grzechy i przyjmuję Twoją ofiarę za mnie na krzyżu i Twoje zmartywchwstanie. Chcę z nich skorzystać.  Dziękuję Ci!

Mistyka 365 białych kartek kalendarza

Nowy Rok… Jest coś mistycznego w bieli kartek kalendarza. Jest w nich tajemnica brzemienna nadzieją, jak i niepewnością z lękiem. Czy każdą z tych 365 kartek będzie mi dane obrócić? Nie wiem. Czy każda z nich będzie w przestrzeni mojego życia zapisana jedynie tym co piękne i dobre? Nie wiem. Ile z nich pokryją bazgroły, albo – nie daj Boże- czarne plamy i kleksy? Nie wiem.

Ale nadzieja zwycięża nad obawami. I dlatego lubię brać do ręki taki nietknięty jeszcze kalendarz. 365 dni to 365 szans. Kalendarz jest w moich rękach, jak i moje życie. To ode mnie zależy, co zrobię z tymi dniami. Zapewne wydarzą się w tym roku także sytuacje ode mnie niezależne, ale i w ich przypadku, ode mnie zależy, co z nimi zrobię. Ktoś przyjdzie, ktoś odejdzie, czyjaś świeca rozbłyśnie płomieniem, a czyjaś zgaśnie, gdzieś zakończy się wojna, a gdzieś wybuchnie, ktoś pochwali a ktoś zgani. Jak je wykorzystam? Obrócę w szansę, wyzwanie, zadanie, lekcję, nauczkę, czy uderzę nimi w siebie lub innych, przygnębię i pognębię. Mogę wytrwale szukać sensu w tym, co zewnętrznie zdaje się bezsensem. Mogę się zatrzymać, zrobić kilka kroków dalej lub wstecz, by zobaczyć właściwą perspektywę, w której to, co z bliska stanowi chaos, z daleka tworzy pejzaż. To mój wybór. Moja decyzja.

365 dni to 365 szans. Na to, by wygrało to, co dobre z tym, co złe. Każdy poranek daje mi nową białą niezapisaną kartkę. Nawet jeśli, na którejś z nich zrobię wielkiego kleksa, mogę wziąć do ręki korektor. Gdy nabazgram mogę wziąć gumkę do mazania. To też zależy ode mnie. Budzę się z białą kartką. Czy zasnę z pięknie zapisaną lub po prostu wymazaną i na powrót białą, to też mój wybór. Każda spowiedź to użycie korektora/gumki do mazania. Jeśli będzie kleks lub bazgroły, trzeba jej użyć. Najszybciej. Aby kleks nie przesiąkł na kolejne strony i nie zniszczył jeszcze więcej. Trzeba go usunąć.

365 dni to 365 szans. Obym 31.12.2019 patrząc wstecz i przeglądając już zużyte kartki kalendarza, mogła z radością zauważyć, że żadna z nich nie pozostała z kleksem lub bazgrołami. I tego Wam wszystkim także życzę!

Fundament, Wigilia i wartości

Dobra, siadam i piszę. To jest dobry dzień na właśnie ten wpis. Miałam wprawdzie go napisać jakiś tydzień temu. Ale widocznie miał się pojawić w Boże Narodzenie.

 

Jakiś tydzień temu właśnie Internety obiegł bulwers i protest z powodu tego, że część rodziców żąda w szkołach Wigilii bez kolęd i bez jakichkolwiek akcentów religijnych. Trend ten zawitał też do miejsc pracy. Chrześcijanie ze słusznym oburzeniem, mówili, że to przecież oksymoron – jak można świętować Boże Narodzenie… bez Boga? Rozumiem to oburzenie, ale… uważam, że po części za takie pomysły odpowiadamy właśnie my – chrześcijanie. Wiecie dlaczego? Bo przez lata próbowaliśmy nauczać chrześcijaństwa od dachu, okien albo chociażby ścian, zamiast od fundamentu. A fundament jest jeden – Chrystus. Już św. Paweł to powiedział: „Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest” (1 Kor 3, 10-13).  Ja się nie dziwię, że cały budynek wiary legł w gruzach w sercach wielu ludzi, którzy przeszli katechizację, wyszli z chrześcijańskich rodzin i odwiedzali nasze kościoły. Dom bez fundamentu, choćby był zbudowany z najszczerszego złota i marmurów, musi się zawalić. Nie dziwię się też, że skoro ci ludzie nie dostali fundamentu, ba, czasami w ogóle o Nim nie słyszeli, robią zdziwioną minę, kiedy się im mówi, że my nie świętujemy wcale tych cegieł, złota i marmurów, tylko coś innego.

Co to ma wspólnego z tą całą wigilijną aferą? Już spieszę z wyjaśnieniem. Zacytuję wpierw Franciszka, który cytuje Benedykta: „Niezmordowanie będę powtarzał słowa Benedykta XVI, wprowadzające nas w serce Ewangelii: «U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie. Jedynie dzięki temu spotkaniu – lub ponownemu spotkaniu -z miłością Bożą, które przemienia się w pełną szczęścia przyjaźń, jesteśmy oswobodzeni z wyobcowanego sumienia i skoncentrowania się na sobie. Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty. W tym tkwi źródło działalności ewangelizacyjnej. Jeśli bowiem ktoś przyjął tę miłość przywracającą mu sens życia, czyż może powstrzymać pragnienie przekazania jej innym?» (Evangelii Gaudium,  pkt. 7-8).

 

A co myśmy usilnie robili przez lata? Zamiast powtarzać prawdę, że chrześcijaństwo to Osoba Jezusa, z której wynika wszystko inne: zasady etyczne i moralne, wartości, tradycje, postawy, mówiliśmy: świętujcie z nami, przecież chodzi o wartości: rodzina, ciepło, bliskość, miłość, troska o bliźnich, pokój, braterstwo. Mówiliśmy na okrągło o wartościach chrześcijańskich. I tak mamy pokolenie ludzi, którzy mówią: my chcemy świętować takie wartości jak rodzina, ciepło, bliskosć, miłość, troska o bliźnich, pokój i braterstwo bez Jezusa… To są wartości ogólnoludzkie. Wszystkie one zawarte są w chrześcijaństwie, podobnie jak wszystkie kwadraty mieszczą się w zbiorze prostokątów. Ale te wartości same w sobie nie są chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo to coś więcej. O wiele więcej. Wspomniane wyżej wartości bardzo często możemy znaleźć – niekiedy zupełnie lub częściowo inaczej rozumiane w innych religiach i systemach filozoficznych. One są właśnie tymi ziarnami prawdy, rozrzuconymi tam pośród błędu. Są prekatechumenatem dla nieochrzczonych. Ścieżką, która może pomóc im wejść na Drogę.  Scieżką wartą szacunku, uwagi i troski, podobnie jak to wobec tychże ziaren prawdy obecnych w kulturze greckiej czy rzymskiej czynili apostołowie. Ale nie są Drogą. Drogą jest Chrystus.

Dzisiaj nie świętujemy rodziny. Nie świętujemy bliskości. Światła, ciepła, pokoju, braterstwa i serdeczności. Świętujemy narodzenie się w konkretnym miejscu i czasie, konkretnego Człowieka, który jednocześnie jest Bogiem – Jezusa. Chrześcijaństwo jest wyborem pójścia drogą, którą On wskazuje. Ze względu na Niego. Ten wybór nie niszczy niczego, co dobre i szlachetne w naszej naturze, w naszych naturalnych ludzkich kulturowych wartościach. Ba, w końcu to On przez swojego Ducha to wszystko posiał. Ale choćbyśmy wyznawali wszystkie wartości chrześcijańskie i nimi żyli, nie oznacza to jeszcze, że jesteśmy chrześcijanami. I nawet jeżeli z racji na życie zgodne z sumieniem i niezawinione niepoznanie Jezusa lub (także niezawinione) nie uznanie w Nim Zbawiciela, mamy w takiej sytuacji szansę na zbawienie, to zbawieni będziemy przez Niego i na mocy Jego Krwi. To On jest sensem i istotą chrześcijaństwa.

 

Wróćmy do tego, o co prosi nas papież Franciszek i papież Benedykt XVI, a jeszcze wcześniej papież Jan Paweł II i wszyscy ich poprzednicy od apostołów – głośmy Jezusa.

 

„U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą”. Wszystko inne wynika z tego spotkania. To jest właściwa kolejność. Najpierw kładźmy fundament. Potem budujmy resztę. Fundament wręcz krzyczy o resztę. Reszta jest naturalną konsekwencją położenia fundamentu.