Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci…

Miałam dziś napisać właśnie o tym, że czasami trzeba zrobić coś pozornie wbrew logice, żeby wygrać. Że w życiu chyba każdego wierzącego są takie momenty, w których musimy zaufać Bogu, nawet jeśli to, do czego nas On wzywa, jest sprzeczne z naszym doświadczeniem, wizją świata czy zdobytą wiedzą. I dziś o tym usłyszałam także homilię. To piękne, jak działa Pan Bóg, że niekiedy „potwierdza” nam nasze myśli, nasze spojrzenie na Słowo, wiedząc jak bardzo tego potrzebowałam. No to do pisania.

Na początek Ewangelia:

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. 

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. 

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. 

A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim„. (Łk 5, 1-11)

To, co zrobił Piotr było wbrew rozumowi. Wbrew jego doświadczeniu, wbrew dostępnej mu wiedzy o świecie, wbrew nauce. Piotr był rybakiem. Jezus cieślą. Piotr naprawdę wiedział, że ryb się w dzień nie łowi. Piotr wyraził Jezusowi swoje zdzwienie i zaskoczenie. To nie miało prawa się udać. Ale jednak zarzucił sieci. Tylko ze względu na autorytet Jezusa i zaufanie, jakim Go darzył. Nie było żadnego innego uzasadnienia. Żadnego. I wydarzył się cud.

W życiu chyba każdego z nas są takie momenty. Słowo Jezusa zdaje się nam za trudne. Za trudne nie z racji naszego lenistwa. Za trudne, bo znamy siebie i wiemy, że już tyle razy się nie udało. Za trudne, bo wiemy, że tak niewielu żyje zgodnie przykazaniami. Za trudne, bo wiele osób, autorytetów w takiej czy innej dziedzinie, mówi nam, że są obecnie inne czasy i że nasza wiedza o świecie i człowieku mocno poszła na przód, a zasady Ewangelii się nie zmieniły i przestrzeganie ich jest nielogiczne, przestarzałe. I na takim poziomie, musimy wybrać. Wybrać niekiedy wbrew rozumowi. W tym miejscu warto zauważyć dwie rzeczy – po pierwsze, właśnie tu dopiero zaczyna się wiara i zaufanie Bogu. Po drugie, że taki wybór tylko pozornie jest wbrew rozumowi.

Po pierwsze, właśnie dopiero tutaj zaczyna się wiara. Piotr jest mistrzem wiary. To on w imieniu uczniów wyznaje wiarę w to, że Jezus jest Mesjaszem (por. Mt 16, 16). To on mówi „Panie, dokogóż pójdziemy„?, wtedy gdy Jezus głosi trudną naukę i wielu odchodzi (por. J 6, 68). Podobnie zachowuje się w tym fragmencie Ewangelii – uznaje w Jezusie autorytet, ufa Mu i jest Mu posłuszny. Katechizm mówi tak o wierze: „Przez wiarę człowiek poddaje Bogu całkowicie swój rozum i swoją wolę. Całą swoją istotą człowiek wyraża przyzwolenie Bogu Objawicielowi” (KKK 142). „Być posłusznym (ob-audire) w wierze oznacza poddać się w sposób wolny usłyszanemu słowu, ponieważ jego prawda została zagwarantowana przez Boga, który jest samą Prawdą” (KKK 144). Przykładem takiej wiary jest Abraham, który wyszedł nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11, 8).  „Racją wiary nie jest fakt, że prawdy objawione okazują się prawdziwe i zrozumiałe w świetle naszego rozumu naturalnego. Wierzymy z powodu autorytetu samego objawiającego się Boga, który nie może ani sam się mylić, ani nas okłamać” (KKK 156). Oczywiście, gros prawda wiary, zasad moralnych i wskazań Jezusa jest jak najbardziej zgodna także z naszym ludzkim poznaniem, z najgłębszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Mamy je wypisane bardzo głęboko w sercach (por. Jr 31, 33) i możemy tam odkryć, jeśli naprawdę uczciwie spotkamy się z samymi sobą w sanktuarium naszego sumienia. Ale jeśli z jakimś Bożym słowem, czy wskazaniem w danej chwili mamy problem, nie rozumiemy go, wydaje się nam nielogiczne, wtedy mamy iść wbrew rozumowi. Mamy zarzucić sieci w morze w biały dzień, czy uwierzyć, że zostaniemy rodzicami, gdy jesteśmy niepłodni i podeszli w latach jak Abraham i Sara, czy Elżbieta i Zachariasz. To jest istota wiary! Mam świadomość, że osoby niewierzące, wrogo ustawione do chrześcijaństwa, mogą to wyśmiać. Cóż, nasza wiara opiera się na zmartwychwstaniu Jezusa. Z tego faktu wynika Jego autorytet i nasze przekonanie o Jego Boskości. A Bóg jest więcej niż człowiekiem i jest mądrzejszy, dlatego poddajemy Mu nawet nasz rozum, gdy jakaś rzeczywistość wiary go przekracza. 

Z tego powodu, to tylko pozory, że wybór posłuszeństwa Bożemu Słowu jest wbrew rozumowi, jeśli nie zgadza się z naszą wiedzą na temat świata czy doświadczeniem. Jeśli wierzymy w Boga, który jest najmądrzejszy, to z tej wiary wynika, że On wie lepiej od nas, co jest dobre, a co złe i jak funkcjonuje ten świat. To On jest Stwórcą, a my stworzeniem. My poznajemy tylko po części (por. 1 Kor 13, 12). Zarówno Boga, jak i świat poznajemy tylko po części. Jeszcze kilka wieków temu, nie wiedzieliśmy połowy rzeczy, które wiemy dziś. Prawdopodobnie dziś także nie wiemy jeszcze wszystkiego, ciągle coś odkrywamy. A Bóg? On wie wszystko. My takie poznanie świata, we wszystkich jego aspektach – także duchowym – otrzymamy dopiero po Paruzji. Jest więc jak najbardziej zgodne z rozumem, gdy czegoś nie wiemy lub nie jesteśmy pewni, zaufać temu, kto jest od nas mądrzejszy. Podobnie jak uczeń ufa nauczycielowi. To jest właśnie najbardziej logicznym, zgodnym z rozumem i najmądrzejszym zachowaniem.

Myślę, że w moim życiu duchowym, coraz bardziej rozumiem ;), to czego do niedawna nie pojmowałam, mianowicie że wejście w ciemność niepewności, zaufania, zawierzenia jest niekiedy odnalezieniem światła. Że nie musi być tak, że moja wiara i relacja z Bogiem będzie nieustannie odkrywaniem i rozważaniem prawd wiary, ułożonym wykładem, który mogę rozrysować na wykresie. Owszem, moja wiara ma w sobie mocny element racjonalności, taka też była moja droga. Przez zmartwychwstanie Jezusa, które jest podstawą i naprawdę opiera się także racjonalnie takie wyjaśnienie faktu pustego grobu opiera się na mocnych przesłankach (o tym już pisałam, odwołując się do McDowella), choć oczywiście ostatecznie wymaga aktu wiary. Ale dopiero od całkiem niedawna odkrywam to, że są w życiu sytuacje, kiedy jeśli chcę być uczennicą Jezusa, muszę Mu zaufać i zawierzyć. Muszę wejść w nieznane, w niepewność, w ciemność, aby doświadczać Jego mocy. Że wiara nie jest w pełni wiarą, dopóki jest zrozumiała w 100%. Że dopóki mogę wszystko wyjaśnić i uzasadnić co do joty, dotąd jeszcze nie zrobiłam skoku wiary. Bo Bóg nie może się zmieścić w moim rozumie. Jeśli bym powiedziała, że Boga rozumiem w 100%, to znaczy, że wierzę, ale w jakiegoś bożka, którego sobie stworzyłam we własnej głowie.

Jezus, żywe Słowo Ojca, druga Osoba Trójcy, dokonuje aktu posłuszeństwa Ojcu. Szczyt tego posłuszeństwa jest na krzyżu, ale wcześniej Jezus klęczy w Ogrójcu. W środku nocy, w przeddzień kluczowego wydarzenia, dla którego przyszedł na ten świat, czuje silne pokusy, by porzucić swoją drogę. Pokusy pozornie racjonalne. Mógłbyś przecież zupełnie inaczej zbawić ludzi. Bez tego cierpienia, przed którym Twoje ciało się wzdryga, a Ty boisz się tak, że płynie po Tobie krwawy pot. A poza tym – niektórzy mogą odrzucić Twoje zbawienie. Po co się tak męczyć? Ojcze, tak po ludzku nie chcę, Ojcze boję się, Ojcze chce stąd uciec, Ojcze nie dam rady… Anioł przychodzi Go umacniać (Łk 22, 43). Jezus w pełni Bóg, ale i w pełni człowiek. Jego ciało jest prawdziwym ludzkim ciałem. Jezus boi się, że cieleśnie nie podoła, nie wytrzyma. Przychodzi anioł – duch- aby umocnić Jego cielesność. Niesamowite doświadczenie… Ludzka psychika i ludzka dusza Jezusa przechodzi największą katorgę. Ojcze, ale jeśli taka jest Twoja wola, niech się stanie, niech się wypełni. Ojcze, idę za Twoją wolą, choć wszystko czym jestem w moim człowieczeństwie, buntuje się. Kielich wypity do dna.

„Kielich mój pić będziecie” (Mt 20, 23). Nie ominą nas w życiu takie wybory, jakich musiał dokonywać Jezus. Bo uczeń nie jest większy od swojego nauczyciela (por. J 15, 20). Będziemy musieli wypić kielich posłuszeństwa. Tak obumiera ziarno, by wydać plon (por. J 12, 26) – dzisiejsze CNN o. Szustaka o tym także https://www.youtube.com/watch?v=vbi6Ayvs4Uc&t=2s. I zawsze będzie ta sama rajska pokusa. Pokusa najbardziej pierwotna – powiedzieć, że wiem lepiej od Boga. To jest istota grzechu pierworodnego – nieposłuszeństwo. Bóg nie jest jednak tyranem, który ma zaburzenia osobowości i napawa się naszym posłuszeństwem. Nie. W ogóle bardzo skrzywiamy obraz Boga przez doświadczenie naszych rodziców, zwłaszcza gdy było ono trudne, w jakimś sensie patologiczne czy dysfunkcyjne. Bóg nie jest dysfunkcyjnym rodzicem. Posłuszeństwo Jemu jest po prostu naturalnym porządkiem świata i rzeczy. Wypowiadając Mu posłuszeństwo, próbujemy stać się psem, który miauczy albo fasolą, która rodzi jabłka. A przecież pies też mógłby powiedzieć – dlaczego ja nie mogę miauczeć? Dlaczego jestem ograniczony? Wypowiedzenie posłuszeństwa Bogu musi stworzyć chaos. To świat, który staje na głowie. I od pierwszej takiej decyzji, tak się stało. Wiele rzeczy pogrążyło się w chaosie. I pokusa trwa nadal – będziecie jak Bóg. Piotr odpowiada: Na Twoje, Jezu, słowo zarzucę sieci. Nie jestem Bogiem. Obym zawsze odpowiadała jak Piotr… Obym…

Naczynie ufności

Jezus mówił ludowi:«Czy po to wnosi się światło, by je umieścić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, żeby je umieścić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» I mówił im: «Baczcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dodane; a kto nie ma, pozbawią go nawet tego, co ma» (Mk 4, 21-25)”.

Wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jaką rzeczywistość obserwował Jezus, że powiedział, iż kto ma, temu będzie dodane. No bo, wczorajsza przypowieść o siewcy, do której jeszcze wrócę, to wiadomo: typowy wiejski obrazek. A tu? Dziś natknęłam się w Biblii w tłumaczeniu paulistów na taki komentarz: „Jezus posługuje się tutaj obrazem mierzenia i ważenia towarów na rynku, aby wyjaśnić, od czego zależy owocność słowa, którego słuchają Jego uczniowie”. Szybki skan pamięci, czy coś podobnego mi się nie przypomina. Eureka, jest! Rzeczywiście, jak pójdę do warzywniaka lub innego sklepu, gdzie sprzedają towary na wagę, to czy zostanie mi zaokrąglone w górę, czy w dół, czasami zależy od tego, czy proszę o dużo, czy mało. Albo jeszcze lepiej mówiąc, to czy zostanie mi troszkę więcej dosypane, czy też co do grama tyle, ile poprosiłam. Kiedy poprosimy o dużo towaru, albo podamy liczbę z magicznym „około” a ekspedientce nasypie się nieco więcej niż podana przez nas waga, bardzo prawdopodobne, że zapyta: zostawić? Natomiast kiedy podamy taką ściśle określoną liczbę, np. 250 albo 255 gramów, bardziej prawdopodobne, że gdy się jej sypnie 260 lub 300 g, zapyta: odjąć? Rzecz jasna, że nie jest to ścisła reguła, ale faktycznie coś jest na rzeczy.

Jezus chce nam powiedzieć, że Bóg lubi, kiedy prosimy Go o dużo. Kiedy nie stawiamy granic Jego łasce, ważąc ją co do setnych części grama na wadze elektronicznej. On jest hojny. On lubi nam dorzucić. Lubi dać więcej. I to za darmo, nie jak ja na targu ;). A kiedy z uporem maniaka powtarzamy, że chcemy tyle i tylko tyle… No cóż. Z tej hojności, z tej puli większej niż ta, o którą prosiliśmy, ale już nam przeznaczonej w Bożej hojności(!), musi odjąć i dać tylko tyle, ile chcemy. Ze smutkiem. Bóg lubi, gdy prosimy Go jak małe dziecko z szelmowskim uśmiechem: Tatusiu, daj cukierka. A ten dorzuca: weź 2, kochanie.

Przypomniał mi się fragment Dzienniczka św. Siostry Faustyny: Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniają swe serca (Dz. 1578).

Otóż to! Nie ważmy potrzebnej nam łaski Bożej co do miligrama. Bądźmy trochę szaleni w proszeniu. Mówmy Bogu  o wszystkim, czego potrzebujemy. On naprawdę jest hojny. On naprawdę chce nam dać o wiele więcej niż się spodziewamy. Czasami tylko nie od razu, albo nie dokładnie tak. Ale finalnie o wiele więcej i o wiele lepszych rzeczy. On wie, czego nam potrzeba wpierw zanim Go poprosimy (por. Mt 6, 8). Pozwólmy Mu się obdarować. W tym miejscu otwierają się ogromne horyzonty na temat pokory, uznania własnej nędzy i tak dalej, ale to już na innego posta.

I na końcu wspomniana wczorajsza Ewangelia. Zwróciło moją uwagę to, że żyzna gleba może być zarówno, gdy wyda plon trzydziestokrotny, jak i sześćdziesięciokrotny. Nie tylko stokrotny. „Wreszcie zasiani na ziemię żyzną są ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny» (Mk 4, 20). Nie chcę przez to powiedzieć, żeby nie mierzyć wysoko, żeby nie chcieć wydać stokrotnego plonu, żeby zadowalać się „byle czym”, „spocząć na laurach” i cały ten misz masz, który może teraz przyjdzie komuś do głowy. Nie! To oczywiste, że powinniśmy starać się wydać jak najobfitszy plon. Ale czasami nie jesteśmy w stanie wydać tego stokrotnego. Nie że udajemy, że nam się nie chce, że idziemy na kompromisy z własnym grzechem i lenistwem, ale naprawdę. Bo mamy taką a nie inną historię życia, talenty, miejsce urodzenia, zranienia i dziesiątki innych uwarunkowań. I zamiast cieszyć się Bożą radością i uwielbiać Pana, że wydaliśmy ten trzydziestokrotny lub sześćdziesięciokrotny plon, chodzimy ze wzrokiem wbitym w ziemię i jedną myślą: czemu nie stokrotny? To jest jakaś forma niewdzięczności wobec Boga i chorego, niskiego poczucia własnej wartości. Bóg cieszy się, że jesteś żyzną glebą!! Uciesz się tym. 3/4 gleby nie wydało żadnego plonu! Uwielbiaj Pana! Kiedyś na kazaniu w krakowskim kościele dominikanów usłyszałam taką myśl: Bóg wie, jak każdy z nas jest wyposażony. Wie też o wszystkich trudnościach, ograniczeniach i zranieniach, które utrudniają nam przynoszenie owoców. Bóg sądzi nie według liczb bezwzględnych, ale sprawiedliwie, tj. proporcjonalnie do naszego uposażenia. Nie ma sensu się porównywać z innymi. Bóg nie porównuje nas z innymi.

Bóg wie doskonale, która ziemia, jaki plon może dać. Które ziarno, jaki plon może dać. Daj z siebie wszystko, co jesteś w stanie, hojnie (patrz wyżej), prosząc go o łaskę i pomoc. I ciesz się tym. Tak często robimy na odwrót. Bardzo ograniczamy się w proszeniu Go o łaskę, jednocześnie wymagając od siebie przynoszenia wielkich owoców. A to zapomnienie, że bez Niego nic nie możemy uczynić (por. J 15, 5) i po prostu pycha! Uwielbiaj Go za dobro w swoim życiu! Nie pielęgnuj latami smutku z zazdrości innym. Ciesz się swoimi plonami i plonami innych. Ubogacaj innych sobą i przyjmuj to, co inni mogą Ci dać. Poczujesz ulgę.

Panie, do kogóż pójdziemy?

Jutrzejsze czytanie z księgi Nehemiasza (Ne 8, 2-4a. 5-6. 8-10) mówi o słuchaniu Słowa Bożego. O słuchaniu go ze wzruszeniem i płaczem, ale także (do czego zachęca prorok) z radością i w atmosferze świętowania. Słowo Boga, słowo życia wiecznego… Słowa Twe, Panie, są duchem i życiem – zaśpiewamy jutro w psalmie responsoryjnym.

W moich myślach łączy się to z ostatnio rozważanym przeze mnie fragmentem Ewangelii (J 6, 60-69): „A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą». Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są , co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca». Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?»Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga».

Słowo Boga jest słowem życia wiecznego. Słowo Boga jest mądrością. Ale jest także wyzwaniem. W życiu chyba każdego z nas pojawiają się takie okresy lub poznajemy takie fragmenty Bożego Słowa, że konfrontowani z nim, mówimy: Trudna jest ta mowa. Słowo Boga jest też trudne. Ono stanowi dla każdego z nas wyzwanie. W pewnym sensie każdy w jakiś sposób nie dorasta do Ewangelii. Słowo prowadzi nas ku pełni człowieczeństwa, a ten proces trwa. Niekiedy całe życie. Przyznając, że Słowo Boże jest dla nas niejednokrotnie zadaniem, wyzwaniem i zaproszeniem do zmagania, mamy dwa rozwiązania. Odejść jak wielu słuchających Jezusa, gdy chodził po ziemi palestyńskiej albo odpowiedzieć jak Piotr: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. 

Piotr nie zaprzecza temu, że słowa Jezusa są trudne, są wyzwaniem. Piotr podaje tylko i aż inne rozwiązanie. Postanawia mimo tego pozostać przy Jezusie, co więcej prowadzić życie tak, by ciągle wzrastać, dorastać do Ewangelii. Jak wiemy z kart Pisma Świętego, zajmie mu to sporo czasu. Ale nie zrezygnuje. I ostatecznie osiągnie życie wieczne.

Słowo Jezusa konfrontuje nas z naszym egoizmem, wygodnictwem. Wymaga spojrzenia dalej, na cel, który niekiedy znika nam sprzed oczu, ukrywa się jak górski szczyt we mgle. Droga za Jezusem rzeczywiście może być porównana do górskiej wędrówki. Lubię chodzenie po górach i wielokrotnie doświadczyłam tego momentu, gdy po pierwszym entuzjazmie, wraz z pokonywaniem coraz wyższych terenów, przychodzi zniechęcenie. Nagle odzywają się przeróżne argumenty za tym, by pozostać gdzieś na szlaku lub zejść na dół. I nie okłamujmy się – naprawdę zejście na dół wiąże się z ulgą, z chwilowym zadowoleniem, z uniknięciem zmęczenia i ryzyka. Ale jeżeli zejdę na dół, zrezygnuję, to nigdy nie dotrę na szczyt. Muszę wybrać. Podobnie jest w drodze za Jezusem. To prawda, że patrząc krótkofalowo, tu i teraz, bardzo często łatwiej jest oszczędzić sobie wysiłku i żyć w kontrze do Bożych przykazań. Tylko, że jeżeli wybiorę taką drogę, nie osiągnę szczytu, który chciałam zdobyć – pełni człowieczeństwa i wiecznego szczęścia.

Piotr podaje powód, dla którego decyduje się iść za Jezusem mimo, że Jego słowa są trudne. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga. Jak to się dokonało? Te słowa wypowiada Piotr jeszcze przed zmartwychwstaniem. Jezus powiedział kiedyś, że wiara uczniów opiera się na zobaczeniu znaków i cudów (por. J 4, 48). Początek wiary uczniów to cud w Kanie Galilejskiej, o którym słyszeliśmy w poprzednią niedzielę. „Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2, 11)”.

Największym znakiem, jaki uczynił Jezus było Jego zmartwychwstanie. To ono w ostateczny sposób potwierdziło Jego boskość. To właśnie na nim możemy opierać naszą wiarę i zaufanie słowu Jezusa. My, uczniowie Pana, którzy wiemy już o Jego zmartwychwstaniu, skonfrontowani z trudnym Słowem, do którego nie dorastamy, możemy powiedzieć: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty powstałeś z martwych i dlatego wierzymy temu, co mówisz, nawet jeśli tego nie rozumiemy lub jest to dla naszego życia ogromnym wyzwaniem.

Tak, dlatego z taką siłą wielokrotnie podkreślam, że kerygmat powinien być głoszeniem pierwszym, pierwotnym. Uprzednim do wszelkiej nauki, w tym do nauczania moralności. Moralność chrześcijańska chociaż  naprawdę może być pięknie wyjaśniona, wytłumaczona i uzasadniona jako prowadząca do pełni człowieczeństwa, to jednak w praktyce jest trudna. Spotkanie ze zmartwychwstałym, może być tym, co pozwoli wybrać drogę Piotra, a nie odejść, kiedy napotkamy trudności, kiedy zobaczymy własną słabość. Takie jest doświadczenie bardzo wielu chrześcijan. Pamięć o tym szczycie – zmartwychwstaniu, które ma być naszym udziałem, jeśli będziemy trwali w miłości Chrystusa- pozwoli nam nie zawrócić, kiedy wspinaczka okaże się trudna. Będziemy wiedzieli, że rezygnacja to porzucenie nadziei na zmartwychwstanie życia. A droga za Jezusem, z Jezusem, trzymając Go za rękę, nawet jeśli będzie trwała długo, jeśli w jej trakcie wielokrotnie upadniemy i nabawimy się wielu kontuzji, finalnie doprowadzi nas na samą górę.

Św. Paweł, którego nawrócenie wczoraj wspominaliśmy, napisał: A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. (…)  jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania. Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli (1 Kor 15.17-20). Rzeczywiście, jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, jesteśmy pożałowania godni. Trudzimy się, czyniąc wysiłki, by dostosować nasze życie do trudnej nauki, ale czynimy to na próżno. Szczytu nie ma. Syzyfowa praca.
Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał. Ten, kto bez cienia wątpliwości, udowodoniłby, że zmartwychwstania nie było, obaliłby całe chrześcijaństwo. Jak dotąd jednak taka osoba się nie znalazła. I chociaż uznanie zmartwychwstania wymaga w pewnym momencie aktu wiary, to jednak ta wiara opiera się na logicznych przesłankach. Polecam lekturę „Sprawa zmartwychwstania” Josha McDowella. Tekst można znaleźć na Internecie pod tym linkiem: https://przyjaznawiedza.files.wordpress.com/2013/10/josh-mcdowell-sprawa-zmartwychwstania.pdf Josh McDowell jest protestantem, ale to opracowanie jest godne uwagi wszystkich chrześcijan. W moim życiu było jedną z najważniejszych lektur, po którym dalej drążyłam temat. Skoro chrześcijaństwo, to która jego gałąź jest tą najpierwotniejszą, najbliższą apostołom. I tak jestem katoliczką (choć ochrzczona i tak wychowana, był to w pewnym momencie mój osobisty wybór).

Zauważmy na koniec, że Jezus nie gani Piotra za takie uzasadnienie pozostania przy Nim. Gani go za wiele, raz Piotrowi się obrywa nawet, że jest szatanem (por. Mk 8, 33). Ale nie za te słowa. Tak naprawdę są one najczystszym wyrazem uznania boskości Jezusa. Jesteś Bogiem, a ja człowiekiem. Ja mogę nie rozumieć, ja mogę mieć problemy z kroczeniem Twoją drogą. Ale to Ty jesteś Bogiem. To Ty wiesz lepiej ode mnie, co jest dobre, a co złe. Ja mogę się mylić. Mogę błądzić. Ale uznaję Twój autorytet. Nie muszę rozumieć. Idę za Tobą, bo wiem, że Ty znasz drogę. Jak w górach. Nieraz, gdy nie znamy drogi, możemy pobłądzić, idąc właśnie tą pozornie najkrótszą lub najbardziej prawdopodobną. Ty jesteś Przewodnikiem i znasz drogę. Nieraz chciałabym powiedzieć- patrz, tędy chyba też można. Ale ufam Tobie. Wiesz więcej ode mnie.

Dziś, czyli Boży mindfulness

Wczorajsze czytanie z listu do Hebrajczyków, skłoniło mnie, żeby napisać trochę na temat „dzisiaj”. O koncentracji na tym co tu i teraz, i jak bardzo Biblia nas zachęca do takiego dobrze rozumianego mindfulness. W sumie może trochę lipa, że nie napisałam o tym wczoraj, ale migrena niekoniecznie bywa posłuszna środkom przeciwbólowym. 😉

Na początek cytat:

Postępujcie, jak mówi Duch Święty: «Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku». Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną„. (Hbr 3, 7-14)

Myślę, że ten fragment Bożego Słowa jest bardzo ciekawy. Nieraz zdarza się nam mieć spore problemy z koncentracją na tu i teraz, nie tylko w takim znaczeniu, w jakim używa go psychologia. Ten aspekt też mam na myśli, kiedy o tym piszę. Wyraźnie wspomina też i o nim Jezus w kazaniu na górze: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Chcę jednak szczególnie podkreślić koncetrację na tu i teraz, na „dziś” w naszej walce duchowej, w codziennych zmaganiach, w staraniach o to, by być lepszymi.

Kiedyś zaskoczyło mnie, gdy pewien pobożny i bardzo od siebie wymagający kapłan, powiedział tak: „Dziś jestem księdzem. I chcę nim być jutro. Ale czy będę nim jutro, nie wiem. To wie tylko Bóg. I wierzę, że On da mi łaskę, bym jutro też był księdzem”. Paradoskalnie właśnie taka postawa jest bardzo katolicka. Wcale nie oznacza wątpienia w swoje powołanie. Oznacza radykalne zaufanie Bogu, zdanie się na Niego. Łaska działa bowiem w rzeczywistości, w teraźniejszości. Łaska nie działa ani w naszej przeszłości (tę możemy już tylko oddać Bożemu miłosierdziu), ani w przyszłości – w naszych marzeniach i wyobrażeniach (te możemy tylko zawierzyć Bożej Opatrzności). Łaska działa tu i teraz. Dziś nie dostanę łaski na to, co czeka mnie jutro. Pan obdarzy mnie ją dopiero jutro, które wówczas stanie się dziś. Bóg jest. Dla Niego w jakimś sensie istnieje tylko czas teraźniejszy, chociaż postanowił w swojej Drugiej Osobie wejść w czas. Niebo jest wiecznym dzisiaj, teraz. Nasza duchowa droga może być już tu na ziemi takim treningiem życia w teraźniejszości. Przygotowaniem na wieczne „dziś”, którego oczekujemy. Myślę, że wielu z nas boi się podejmować życiowe decyzje typu wybór konkretnego powołania, właśnie dlatego, że bardziej żyjemy wyobrażeniami i obecnymi w nich lękami. To prawda, że nikt, kto decyduje się na małżeństwo nie wie, jak to będzie, gdy zdrowa żona czy mąż, nagle trafią na wózek inwalidzki. I żaden zakonnik nie wie, jak będzie, gdy przełożeni wyślą go do Afryki. Ale na ten lęk, nie otrzymamy łaski. O ile naprawdę dobrze rozeznaliśmy nasze powołanie, możemy zaufać Bogu, że jeśli takie sytuacje będą miały miejsce, Pan Bóg da nam potrzebne łaski, aby im podołać. Myślę, że każdy z nas może przytoczyć wiele sytuacji ze swojej przeszłości, w których czuliśmy się kompletnie bezradni, załamani, zrozpaczeni. Konfrontowani z nimi, myśleliśmy, że to już koniec. A jednak przeżyliśmy je. Dziś są tylko wspomnieniem. Z każdym rokiem coraz mniej wyraźnym i mniej tragicznym w odbiorze. Starczyło nam łaski od Boga. Może potrzebowaliśmy takiego czy innego wsparcia od ludzi, ale możliwość skorzystania z niego i przejście przez ten czas, także było łaską i Bożą pomocą!

Chrześcijanin jest człowiekiem adwentu. I wcale nie oznacza to, że jest człowiekiem marzeń i myślenia o przyszłości. Bycie człowiekiem adwentu to radykalne życie tu i teraz. Bo nie znamy dnia, w którym Pan przyjdzie i zakołacze (por. Łk 12, 36). Chrześcijanin to człowiek, który chce być gotowy na przyjście Pana zawsze. A jedyne co ma to teraz. Jeśli więc chce żyć radykalnie Ewangelią, musi żyć radykalnie teraźniejszością. Brać, chwytać chwilę (takie chrześcijańskie carpe diem jest możliwe!), chwytać łaskę, którą ma na dziś, nie marnować jej. Wyciskać ją jak cytrynę do ostatniej kropli. Dzięki życiu tu i teraz, jak piękna stanie się nasza przeszłość i jak bardzo dobrze ukształtujemy naszą przyszłość.

Ale ten chrześcijański mindfulness ma jeszcze jeden ważny aspekt. Nieraz spotykam się ze słowami ludzi, którzy zachęcani do spowiedzi, mówią: ale to przecież nic nie zmieni, bo minie kilka dni, czy tygodni i znów popełnię to samo zło. Jaki to ma sens? Przecież nie jestem w stanie Bogu obiecać, że już nie zgrzeszę, bo tyle raz obiecywałem i co? I znowu upadałem. Miałam moment, kiedy też, klękając u kratek konfesjonału, zastanawiałam się intensywnie nad tym, co znaczy postanowienie poprawy. Na szczęście trafiłam na mądrych i znających życie duchowe spowiedników. Postanowienie poprawy oznacza postanowienie, by się poprawić. Postanowienie, by już więcej grzechów nie popełniać. Wolę zerwania z grzechem. Ono często będzie się objawiać na przykład w podjęciu jakichś konkretnych kroków, by unikać okazji do grzechu. Myślę, że to jest też zbyt rzadko podkreślany aspekt, a to właśnie miejsce na zdrowy rozsądek i na przezorność, bo życie tu i teraz to nie naiwna beztroska (zachęcam w tym kontekście do jednego z moich adwentowych wpisów na blogu). Postanowienie poprawy nie jest jednak obietnicą, ani przysięgą, ani ślubem, że już nigdy więcej nie zgrzeszę. Ba, gdzieś przeczytałam, że wręcz tego typu śluby, są uważane z gruntu za nieważne. A zatem, kiedy klękasz u kratek konfesjonału, masz mieć postanowienie poprawy. A jak je zrealizować? Nie myśląc po odejściu od konfesjonału o tym, co będzie jutro, za tydzień, czy 2 miesiące. Ale o DZIŚ. Dziś Bóg da Ci łaskę na dziś. Jutro da Ci łaskę na jutro. Nie martw się o to, czy unikniesz jakiegoś grzechu jutro. O ile nie zamierzasz sobie stworzyć ewidentnej do niego okazji i nie planujesz ani nie postanawiasz grzechu (takie postawy już byłyby grzechem), nie martw się i oddaj Bogu jutro. Żyj tu i teraz. Dziś.

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. W tej prośbie chrześcijanie zawsze widzieli 2 elementy. Prośbę o zwyczajny chleb, o zabezpieczenie ich potrzeb materialnych, ale także prośbę o Eucharystię. Zwłaszcza, uczestnicząc codziennie w Mszy świętej, można doświadczać realności tej prośby. Dziś zachowaj mnie, Panie, w swojej łasce. Daj mi dziś móc przyjąć Twoje Ciało i Krew. Dziś. Ta prośba skłania też do tego, aby jeżeli się nie uda zachować stanu łaski, to właśnie DZIŚ (o ile to fizycznie możliwe), a nie jutro, pojutrze czy za tydzień, przystąpić do spowiedzi. Dziś. Autor listu do Hebrajczyków pisze: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych (…) lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu”. Jeśli dziś sumienie wyrzuca Ci grzech, dziś pojednaj się z Panem. „Póki twa to co zwie się dziś”, by Twoje serce nie zostało w grzechu, nie stwardniało. Warto zauważyć, że bardzo często prośba o to, aby „dziś” wytrwać przy Bogu, czynić dobro, zachować łaskę, być bez grzechu itp., pojawia się w oficjalnej modlitwie Kościoła – w jutrzni. W ogóle cała liturgia godzin jest skupieniem na tu i teraz, jest no właśnie… liturgią godzin, czasu. Teraźniejszości.

Marek Hłasko powiedział: „Czyste sumienie jest najlepszą poduszką do spania„. To prawda. Wprawdzie są ludzie o czystym sumieniu, którzy cierpią na bezsenność, niemniej pomijając tę czy inną chorobę, często w zaśnięciu przeszkadza nam ciężar na duszy. Świadomość, że jesteśmy pojednani z Bogiem, pomaga w pokoju zamknąć oczy. Może to będzie dla nas kolejną motywacją, by żyć teraźniejszością w naszym życiu duchowym. Ostatecznie największym lękiem człowieka jest lęk egzystencjalny, lęk przed śmiercią. Mam świadomość, że wiele rzeczy jeszcze bym chciała zrobić i wiele spraw załatwić. Może i wiele złego wynagrodzić, czy z niektórymi osobami porozmawiać i wyjaśnić różne niesnaski. Niemniej gdy wiem, że najprawdopodobniej (na 100% wie to tylko Bóg ;)). jestem w stanie łaski, to zamykam oczy w pokoju, nawet gdybym miała ich więcej nie otworzyć. Co gorszego od wiecznego oddzielenia od Boga może mi się przydarzyć? A jeśli ono mi nie grozi dzięki Krwi Chrystusa, nawet jeśli miałabym do końca świata być w czyśćcu, mogę być spokojna. Ileż mądrości niesie w sobie zakończenie komplety: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą, niech nam da Bóg wszechmogący…”

Trudne to do zrealizowania w praktyce, ale gdyby się udało… niesamowity pokój daje koncentracja na tym, co tu i teraz. Planowanie ale bez życia w marzeniach. W zamian za to, realizowanie ich. Pamięć ale bez życia we wspomnieniach. W zamian za to, wyciąganie z nich wniosków. Na teraz. Przeżywanie smutku w chwili smutku, radości w chwili radości. Smakowanie kawy, gdy ją pijemy. Oglądanie płatków śniegu, gdy spadają z nieba. I radosna troska o to, by mieć serce wolne i spokojne, gotowe na spotkanie z Panem… Starajmy się. I tego trzeba się na pewno długo uczyć. Ja jestem dopiero na samym początku tej drogi… ale już wiem, że warto.

Jezus Przewodnik i uczłowieczanie świętych

Od wczoraj Słowo Boże pracuje we mnie z tematem Jezusa Przewodnika. Sięgnijmy do wczorajszego i dzisiejszego czytania, żeby nie pisać w próżni.

Nie aniołom Bóg poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to gdzieś potwierdził uroczyście, mówiąc: «Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Wszystko poddałeś pod jego stopy». Ponieważ zaś poddał Mu wszystko, nic nie zostawił, co by nie było Mu poddane. Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, aby wszystko było Mu poddane. Widzimy natomiast Jezusa, który mało co od aniołów był mniejszy, chwałą i czcią uwieńczonego za mękę śmierci, iż z łaski Bożej zaznał śmierci za każdego człowieka. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko istnieje, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienia. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, od Jednego wszyscy pochodzą. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazywać ich braćmi swymi, mówiąc: «Oznajmię imię Twoje braciom moim, pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał». (Hbr 2, 5-12)

Ponieważ dzieci mają udział we krwi i w ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy otrzymał w nich udział, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem w tym, co się odnosi do Boga – dla przebłagania za grzechy ludu. Przez to bowiem, co sam wycierpiał poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają„. (Hbr 2, 14-18)

Nie będę ukrywać, że do dzisiejszego wpisu inspiruje mnie samo Słowo Boże, jak i homilia, którą wczoraj słyszałam w krakowskiej kolegiacie św. Anny. Do tego oczywiście dodaję własne życiowe doświadczenie.

Zacytowane fragmenty są mocne. Dotykają pytania, dlaczego Jezus w ogóle przyjął ludzkie ciało. Przecież Bóg jest wszechmocny i mógł nas zbawić w sposób dużo prostszy i bez Jezusowego cierpienia. To prawda. A jednak wybrał taką drogę. Wiele jest teologicznych uzasadnień, dlaczego tak zrobił. Jedno z nich omawia autor listu do Hebrajczyków. Jezus był (i na zawsze już jest) człowiekiem po to, aby przejść naszą ludzką drogę, nasze trudności, doświadczyć naszych pokus, naszego cierpienia w każdym z jego wymiarów (fizycznym, psychicznym i duchowym), w ogóle wszystkiego, co wiąże się z człowieczeństwem i ludzkim życiem, z wyjątkiem grzechu, aby móc być dla nas przewodnikiem. Nie dlatego, że Bóg stwórca nie wiedział, jak to jest. On wie wszystko. Ale czy my potrafilibyśmy zaufać komuś, kto nie był nigdy w takiej sytuacji jakiej doświadczamy? Czy ktoś może być przewodnikiem górskim, jeżeli wpierw nie zejdzie danego pasma górskiego wzdłuż i wszerz? Kiedy spotka mnie życiowa tragedia, do kogo pójdę wpierw? Czy nie do tego, o kim wiem, że kiedyś przeszedł przez to samo?
Jezus jest właśnie taką Osobą. Był embrionem, płodem, noworodkiem, niemowlakiem, dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym. Uczył się jeść i pić, czytać i pisać. Nawiązywał przyjaźnie z rówieśnikami. Miał relacje rodzinne. Pracował. Doświadczył całkowicie ukrytego, skromnego życia, jak i bycia w centrum uwagi. Męczył się i potrzebował odpoczynku. Wiedział co to głód i pragnienie. Doświadczył ludzkich emocji, tych pięknych, miłych, jak i bardzo trudnych. Był kuszony. Zaznał cierpienia we wszystkich wymiarach. Nie ma takiej rzeczywistości, w której nie mógłby być przewodnikiem. Nie ma takiego doświadczenia, z którym nie mogę przyjść do Niego i prosić o pomoc, wsparcie, radę. Zaznał wszystkiego, z wyjątkiem grzechu, choć doświadczył jak okropny jest grzech i jego skutków, bo na krzyżu Ojciec uczynił Go grzechem i dał Mu w jakimś, niepojętym dla nas sensie (bo cały czas Jezus był z Ojcem zjednoczony) odczuć, co znaczy poczucie opuszczenia przez Boga (por. 2 Kor 5, 21 i Mk 15, 34).

Druga kwestia, która mnie porusza w tym fragmentach Słowa Bożego, to podkreślenie, że nie aniołom Bóg poddał świat i nie aniołów przygarnął, ale potomstwo Abrahama. Ludzi. Bóg przyszedł do ludzi i przyjął ludzką naturę, by być przewodnikiem po Jego drogach dla ludzi. Często mówi się o świętych, że oni powinni być dla nas przewodnikami, wzorami, mistrzami życia duchowego. I są. Naprawdę są. Ale właśnie wtedy i tylko wtedy, gdy poznajemy ich prawdziwe życie. A bardzo często niestety możemy natrafić na takie opisy ich życia, które skutecznie uniemożliwiają nam podążanie za nimi. Niektórzy hagiografowie opisali ich tak, jakby byli… aniołami. Kompletnie ich odczłowieczyli. Oni nawet nie mają ludzkich emocji, zawsze poważni i stateczni. Nie dajcie się na to nabrać! Święci tacy nie byli.

W mojej życiowej drodze nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale wiem, że w przeszłości są takie punkty, takie spotkania, osoby, środowiska, które wywarły na mnie duży wpływ i na pewno wpłynęły na całokształt moich poglądów. W wielu z tych miejsc nigdy się w 100% nie odnalazłam, ale na pewno wiele z nich zaczerpnęłam. I na pewno między innymi ważnym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z duchowością św. Josemarii Escrivy. Do dziś mocno korzystam z pewnych wątków dla swojego życia duchowego. To, co było dla mnie zaskakujące u św. Josemarii to (mimo że powszechnie jest postrzegany jako bardzo surowy święty i…owszem, jest w tym też prawda, że był bardzo wymagający od siebie i od innych), że podkreślał, iż świętym się nie rodzi, ale się nim staje. To właśnie on powiedział: „Nie zapominajcie mi, że świętym nie jest ten, kto nigdy nie upada, ale ten, kto zawsze się podnosi, z pokorą i świętym uporem” (Przyjaciele Boga, pkt. 131). W jego Drodze, Bruździe i Kuźni możemy znaleźć wiele fragmentów, w których mówi on o także swoich zmaganiach z pokusami, z grzechami, o własnych upadkach i nieustannym powstawaniu. O codziennym wspinaniu się szczebelek wyżej po drabinie, a nie o podróży windą do nieba. On też zwrócił uwagę na to, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywają niekiedy życiorysy świętych: „Kiepską przysługę oddali katechezie – prawdopodobnie niechcący – ci biografowie świętych, którzy za wszelką cenę starali się odnaleźć u sług Bożych zdarzenia nadzwyczajne, już od ich pierwszego niemowlęcego krzyku. niektórych opowiadają o niektórych z nich, że jako niemowlęta nie płakali, że dla umartwienia nie ssali w piatki piersi matki… I ty, i ja urodziliśmy się, płacząc, jak Pan Bóg przykazał; sięgaliśmy też do piersi swojej matki, nie martwiąc się o Wielki Post czy inne czasy zakazane… (To Chrystus przechodzi, pkt. 9)”. Inspirowany jego duchowością Jesus Urteaga w swojej książce „Wady świętych” napisał:

Musimy zdać sobie sprawę, że ci, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, nie byli ani z wosku, ani z jakiegoś sztucznego tworzywa. Tak jak wszyscy byli śmiertelnikami, z krwi i kości, odczuwali ból i mieli wady; byli zwykłymi ludźmi, którzy podczas choroby musieli brać lekarstwa, cierpieli na bezsenność i potrzebowali od czasu do czasu małego wstrząsu, by przestać rozpraszać się podczas modlitwy. Niektóre książki tak dalece oddaliły od nas kanonizowanych, że możemy ich jedynie podziwiać. A czasami nawet i to przychodzi nam z trudem. O jednym mówią, że dla umartwienia nigdy nie spojrzał na sufit swojej celi; o innym – że pragnąc zachować czystość, nigdy nie odważył się spojrzeć na swoją matkę. Dochodzimy więc do wniosków, że pierwszy był małostkowy, a drugi pełen kompleksów. Bo my, choć jesteśmy entuzjastami czystości, obsypalibyśmy naszą matkę pocałunkami.

Świętych stawia się tak wysoko, tak daleko od nas, wydają się tak obcy naszym sprawom, że nie sposób ich naśladować. Pisze się o nich, że kiedy są w drodze, nie zatrzymują się; kiedy pną się w górę, nie upa­dają; kiedy pracują, nie odpoczywają; gdy się modlą, nic ich nie roz­prasza. A my często się zatrzymujemy, a czasami nawet cofamy! Roz­praszamy się na modlitwie (i w pracy) i odczuwamy ciężar zmęczenia! „W wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3, 2) ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: «Odpuść nam nasze winy!» (Mt 6,12)”‚. Czy w takim razie świętość nie jest dla nas?”

Święci też mieli wady. Święci też grzeszyli i upadali. Ale zawsze powstawali i zawsze się poprawiali. Kiedy pod ich śmierci spojrzymy na ich życiorys, widzimy ogromny postęp. Niektórzy z nich osiągnęli wręcz absolutne wyżyny ludzkiego ducha. Ale nie od razu. I właśnie dlatego, że używając sformułowania Kochanowskiego, naprawdę nosili ludzkie ciężary, oni także mogą być naszymi przewodnikami.

Czasami szukamy wokół siebie kogoś, kto może nam doradzić. Pytamy. Nieraz wręcz zazdrościmy, pytamy samym siebie – skąd on/a to ma? Najczęściej ten człowiek, który dziś może Tobie czy mnie doradzić, jak pokonać konkretną pokusę, albo jak dobrze przygotować się do spowiedzi, wie to dlatego, że sam/a doświadczył/a tej samej pokusy i wielokrotnie klękał/a u kratek konfesjonału. Jak powiedziała Elizabeth Kübler-Ross:  „Najpiękniejsi ludzie, których znam to ci, którzy znają smak porażki, poznali cierpienie, walkę, stratę, poznali swoją drogę na wyjście z otchłani. Ci ludzie mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełniają ich współczuciem, łagodnością i głęboką, kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd.

O tym, by nie wozić gruzu Rolls-Royce’m i nie zasypywać rzek, czyli o darach trudnych

Dary trudne. Ostatnio w kontekście różnych swoich rozważań o życiu, dostrzegłam nowy wątek w przypowieści o talentach. Ten, który zakopał talent, nie zrobił tego z lenistwa. Zrobił to ze strachu. Wiedział, że Dawca jest osobą surową. A co jeśli źle wykorzysta dar, jeśli coś pójdzie nie tak? Nie lepiej zakopać, uciec? Dary trudne. Tak, są dary trudne. Można je wykorzystać pięknie, a można źle. Bóg jednak nie pochwala wyrzucania/chowania daru, którym nas obdarzył, nawet gdy jest on trudny i nawet jeśli zrobimy tak z bojaźni. Wiele mamy darów trudnych. Najczęściej są one też naszymi ważnymi cechami. Pokażę to na 3 przykładach, ale można wybrać dowolne inne. Towarzyskość może przerodzić się w całkowite lekkoduchostwo i pijaństwo. Seksualność może służyć rozwiązłości. Mądrość pysze itd. Ale to nie znaczy, że mamy walczyć ze swoją ekstrawertycznością, seksualnością, czy mądrością. Przecież mogą one posłużyć dobru- relacjom, przyjaźni, pomocy innym a nawet ewangelizacji- towarzyskość, zbudowaniu pięknego małżeństwa i rodziny- seksualność, służbie innym i postępowi cywilizacji- mądrość. Trzeba te dary zainwestować i odebrać z zyskiem. Zebrać ich dobre owoce. Może po drodze będą wahania kursu w banku, może zdarzą się potknięcia. Ale jeśli będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, ufając Bogu, aby uczynić z trudnych darów dobry użytek, łaska Boża nas wesprze. Gorzej jest wyrzucić prezent, tylko dlatego, że przecież ktoś może go ukraść lub źle wykorzystać. Myślę, że to ważne także dla rodziców. Często zamiast pomóc wykorzystać i wzrosnąć w tych darach, dostrzegając je u swoich dzieci, postanawiają je „ściąć”. To rzeczywiście jest gnuśność. Bo praca nad sobą i nad rozwojem tych darów, wymaga wysiłku. Ścięcie ich- to łatwizna. Bóg jej nie błogosławi. Często kończy się problemami psychicznymi. Bo nie jesteśmy tym, kim mamy być, kim Bóg chce, byśmy byli. Dary trudne. Dar i zadanie. Wyzwanie. Pole wzrastania i pracy nad sobą. Będzie nagrodzone tu i w wieczności.

Dary trudne. Są jak rzeki. Rzeki czasami wylewają. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie zasypuje rzek, aby zapobiec ich wylaniu. Rzeki się reguluje, buduje wały, tamy i wzmocnienia. Oczyszcza z mułu. W skrócie – pracuje się nad nimi, aby nie doprowadzały do katastrofy.

Dary trudne są jak Rollce Royce. Można nim pojechać na ślub. A można załadować w niego gruz i wozić go z budowy na wysypisko. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie wozi gruzu z budowy Rollce Roycem.

Dary trudne. Grzechem jest te rzeki zasypać, zamiast wyregulować. Grzechem jest tymi rollce roycami wozić gruz z budowy.

Dary trudne. Wymagają pracy. I właśnie dlatego są szczególną przestrzenią usprawiedliwania naszych grzechów. Bo wobec nich najprostsze rozwiązania bardzo często są chybione. Jakże często dorabiamy ideologię do tego, że się nam nie chce regulować przywołanych jako przykłady: towarzyskości, seksualności czy elokwencji. Czyż nie można wozić Rollce Roycem gruzu? A, pewnie, że można. Samochód to czy nie? Ano tak. Jest miejsce? Ano tak. Dowozimy do celu? Ano tak. No to nie mów mi, że Rollce Royce nie do tego służy. A jednak nie do tego. I choćbyśmy nie wiem, jaką ideologię do tego dorobili, nie do tego służy. Jak się uprzemy, możemy jeść, wkładając sobie pokarm nożem do ust. Możemy. Możemy też chodzić na rękach zamiast na nogach. Ale nie próbujmy mówić, że korzystamy wtedy z noża i z rąk, zgodnie z tym, do czego powinny one służyć. Dary trudne musimy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Prawdziwym przeznaczeniem.

Dary trudne to dary piękne. Są jak diamenty, które trzeba oszlifować. Mają podwójną wartość. I z samych siebie i z pracy, którą w nie włożymy.

 

Żyzna pustynia

Długo nie pisałam, ale również długo zastanawiałam się nad tym, jak dzisiejszy post zatytuować. Było to dla mnie trudne, bo zamierzam poruszyć kilka wątków, kilka tematów, jakie chodziły ze mną przez te dni, gdy rozważałam Słowo Boże.

Najpierw będzie trochę myśli o pustyni, potem o łasce i szybkich decyzjach powrotów do Pana, a na końcu o dzisiejszym święcie Chrztu Pańskiego. No to zaczynamy.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy słowa proroka Izajasza: „Drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga„! (Iz 40, 3).

Kiedy wczoraj przeczytałam te słowa, skojarzyły mi się z Ewangelią z ubiegłej środy. Jezus poszedł się modlić, a uczniowie zmagali się z burzą na jeziorze. Nie było Go z nimi. Co więcej, kiedy już idzie do nich, chce ich minąć (por. Mk 6, 48). A kiedy już się z nimi spotyka, to zapewnia ich o swojej obecności: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!” (Mk 6, 50). Jeszcze lepiej to według mnie brzmi w wersji paulistów: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się„! Są właśnie takie momenty, kiedy może się nam wydawać, że Pan Bóg nas zostawia w naszym cierpieniu, trudnościach, osamotnieniu, lęku, smutku. Co więcej, że przechodzi obok, ale nie tak jak obok Eliasza (por. 1 Krl 19, 1-21) albo obok Mojżesza (por. Wj 34, 6), ale obojętnie. Przechodzi i mija. Chce się krzyknąć: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy” (por. Mk 4, 38)? Ale to nie tak. On jest, nigdy nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem (por. Ps 121, 4). To my potrzebujemy tego pozornego opuszczenia. Potrzebujemy tej pustyni. To właśnie to doświadczenie może się okazać niezmiernie owocujące, żyzne. Ono jest czasem przygotowania naszych serc na łaskę lub oczyszczania, formowania, przemiany. Jest jak pozornie bezproduktywny i stracony czas snu, podczas którego tak wiele koniecznych procesów zachodzi w naszym mózgu. Może kiepskie porównanie, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Czasami coś jest tylko pozornie bez sensu. A w tym czasie dokonuje się naprawdę wiele i jest to czas niezbędny.

Druga kwestia, o której chcę napisać, to częsty temat na moim blogu – łaska. Walka o łaskę i powracanie do łaski, jeśli ją stracimy. Do tego tematu znów zainspirowało mnie Słowo Boże. Najpierw sobotnie czytanie i fragment 1 J 5, 18.: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka„. Do tego fragmentu znalazłam taki komentarz w tłumaczeniu paulistów: „Szatan nie ma dostępu do człowieka, bo chrześcijanin, współpracując z łaską wysłużoną przez Jezusa Chrystusa, może nie ulec wpływom złego ducha”. Otóż to. Nie chodzi o to, że kto jest ochrzczony i oddał swoje życie Jezusowi na pewno nigdy już nie zgrzeszy. Ale że łaska Boża może nas od grzechu zachować. Że Bóg jeśli dopuszcza pokusę, daje też łaskę wystarczającą, by jej nie ulec – „Bóg, który jest wierny, nie pozwoli, byście byli kuszeni ponad siły, lecz dopuszczając pokusę, wskaże sposób jej przezwyciężenia” (1 Kor 10, 13). Oczywiście nasza ludzka kondycja pokazuje mi i każdemu z nas, że często z tego sposobu nie skorzystamy lub go wręcz nie dostrzeżemy. Ale skoro i tak bywa, to tym bardziej powinniśmy pamiętać, że to łaska Boża i tylko ona, może nam pomóc pokonać pokusy. To Bóg jest naszą siłą, nie my sami. Nie jest więc rozsądne świadomie wystawiać się na walkę, będąc bez pomocy łaski uświęcającej. Jeśli mamy nieszczęście ją utracić, powinniśmy jak najszybciej do niej wrócić. O Zacheuszu już pisałam. Trędowaty, o którym słyszeliśmy w piątkowym czytaniu też nam przypomina, że z problemem idzie się do Jezusa i nie zważa na nic. Na wstyd, na zasady może i słuszne (trędowatemu nie było wolno wejść w tłum), ale warto zaryzykować, nawet je łamiąc, byle wrócić do Pana, byle On nas oczyścił. Trędowaty nie stoi gdzieś tam z boku, daleko od tłumu, co nakazywało mu prawo. Przedziera się przez tłum, który całą sytuacją jest zapewne zgorszony, przerażony i obrzydzony i pada Jezusowi do nóg. Wykrzykuje swoją wiarę wymieszaną z bezradnością: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mk 1, 40)”.  I Jezus chce i oczyszcza go. On zawsze chce. On chce tak bardzo, że wystarczy Mu to minimum, nawet tak pełne wątpliwości, jak w przypadku epileptyka. Nie dosyć, że uzdrowiony przez wiarę jego ojca to jeszcze… no właśnie – czy przez wiarę? Ojciec mówi: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!» Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Natychmiast ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» (Mk 9, 22-24). Absolutne minimum, które wystarczyło Jezusowi. Ale idźmy dalej. Ewangelia o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. To nie ona sama przychodzi do Jezusa. To ją przyprowadzają. Co więcej, przyprowadzają nie po to, aby Jezus ją podźwignął i uleczył, oczyścił i przebaczył, ale żeby ją oskarżyć, odrzucić i zabić. Ale Jezus ją kocha i pragnie ją uleczyć. On chce, by była wolna. On chce ją ocalić i dać jej Boże przebaczenie. On jako jedyny zna jej serce. On wie, że nie jest „dziwką” jak chcą niektórzy, ale kobietą głęboko poranioną, która na dnie swojego serca pragnie miłości, akceptacji i bliskości, tylko szuka nie tam, gdzie powinna… Jezus wykorzystuje zły zamiar tych, którzy ją przyprowadzili, by spotkać się z nią w cztery oczy, a naprawdę serce w serce, by ją uzdrowić. By okazać jej miłość, szacunek i przebaczenie, którego może nigdy nie otrzymała. Jest w tej Ewangelii słowo, któremu na pewno poświęcę kiedyś dłuższy post. Jeszcze nie spotkałam się z tym, by ktoś je rozważał, choć założę się, że na pewno zrobiono to już. To słowo to „dopiero co”. „Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego:«Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie.„. (J 8, 3-4). Dopiero [co]. Przeczytaj proszę kilka razy to zdanie. I zadaj sobie pytanie, dlaczego kiedy zgrzeszysz i stracisz łaskę Bożą, nie idziesz od razu do spowiedzi? Czy o mnie i o Tobie można powiedzieć, że „dopiero co” utracisz łaskę, a idziesz prosić Pana, aby Ci przebaczył? Jak chcesz nie grzeszyć, oprzeć się kolejnym pokusom, jeśli nie masz Jego łaski, a już tym bardziej jak chcesz się zbawić bez Jego łaski (Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. kan. 2 Sobór Trydencki, dekret o usprawiedliwieniu)? Skoro potrafisz ją utracić, nie wykorzystać sposobu przezwyciężenia pokusy, mimo że towarzyszy Ci łaska, czy naprawdę wierzysz, że poprawisz się bez łaski? Spowiedź zakłada konieczność postanowienia poprawy. Postanowienia. A nie udowodnienia sobie (swojej pysze) i Bogu (bez pomocy, którego nie jesteś w stanie nawet nabrać oddechu), że już się poprawiłeś. A nawet jeśli uda Ci się dzięki łasce uczynkowej od Niego otrzymanej jakoś poprawić, to i tak Twoje uczynki, nie mają wartości nadprzyrodzonej przed Bogiem, dopóki nie otrzymasz łaski uświęcającej. Dlaczego nie chcesz iść do lekarza, który sam mówi, że potrzebują go chorzy (por. Mt 9, 12), wtedy gdy jesteś chory? Dlaczego nie chcesz do niego iść od razu, gdy „dopiero co” zachorowałeś, ale narażasz się na powikłania? Może odczuwasz wstyd, ale to jest dokładnie tak samo jak z lekarzem. Idziemy do niego jak najszybciej, gdy tylko zobaczymy początek choroby, a nie odkładamy na póżniej.

I na końcu już – dzisiejsze święto Chrztu Pańskiego. Jezus zanurza się w rzece Jordan i tym samym bierze na siebie każdy mój grzech, aby zanieść go na krzyż za murami Jerozolimy. Rzeka Jordan wprawdzie nie płynie przez Jerozolimę, ale miejsce chrztu Jezusa znajdowało się bardziej na północ niż Jerozolima (bo Jordan uchodzi do Morza Martwego, którego brzegi zaczynają się mniej więcej na przechodzącym przez Jerozolimę równoleżniku). A zatem w pewnym sensie ta woda płynie właśnie ku Jeruzalem. Chcę dziś wrzucić do Jordanu wszystkie moje grzechy. Nie dlatego, by wody tej rzeki mogły je zmyć, ale dlatego, że Pan się zanurza w niej i bierze je na siebie. Wrzucam je tam, byś wziął je, Jezu i zaniósł na krzyż. Zróbcie to samo w swojej modlitwie. Rzućcie tam swoje grzechy, by Jezus je wziął i poniósł na krzyż. To prawda, że On już to uczynił. Ale w ten sposób powiedzmy Mu, że chcemy skorzystać z owoców Jego męki. Że nie chcemy ich odrzucić (bo przecież jesteśmy wolni). Nie ma innej drogi zbawienia jak Twój krzyż i Twoja ofiara i zmartwychwstanie. Jesteś moim Zbawicielem, oddaję Ci wszystkie moje grzechy i przyjmuję Twoją ofiarę za mnie na krzyżu i Twoje zmartywchwstanie. Chcę z nich skorzystać.  Dziękuję Ci!