Jezus Przewodnik i uczłowieczanie świętych

Od wczoraj Słowo Boże pracuje we mnie z tematem Jezusa Przewodnika. Sięgnijmy do wczorajszego i dzisiejszego czytania, żeby nie pisać w próżni.

Nie aniołom Bóg poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to gdzieś potwierdził uroczyście, mówiąc: «Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Wszystko poddałeś pod jego stopy». Ponieważ zaś poddał Mu wszystko, nic nie zostawił, co by nie było Mu poddane. Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, aby wszystko było Mu poddane. Widzimy natomiast Jezusa, który mało co od aniołów był mniejszy, chwałą i czcią uwieńczonego za mękę śmierci, iż z łaski Bożej zaznał śmierci za każdego człowieka. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko istnieje, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienia. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, od Jednego wszyscy pochodzą. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazywać ich braćmi swymi, mówiąc: «Oznajmię imię Twoje braciom moim, pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał». (Hbr 2, 5-12)

Ponieważ dzieci mają udział we krwi i w ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy otrzymał w nich udział, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem w tym, co się odnosi do Boga – dla przebłagania za grzechy ludu. Przez to bowiem, co sam wycierpiał poddany próbie, może przyjść z pomocą tym, którzy jej podlegają„. (Hbr 2, 14-18)

Nie będę ukrywać, że do dzisiejszego wpisu inspiruje mnie samo Słowo Boże, jak i homilia, którą wczoraj słyszałam w krakowskiej kolegiacie św. Anny. Do tego oczywiście dodaję własne życiowe doświadczenie.

Zacytowane fragmenty są mocne. Dotykają pytania, dlaczego Jezus w ogóle przyjął ludzkie ciało. Przecież Bóg jest wszechmocny i mógł nas zbawić w sposób dużo prostszy i bez Jezusowego cierpienia. To prawda. A jednak wybrał taką drogę. Wiele jest teologicznych uzasadnień, dlaczego tak zrobił. Jedno z nich omawia autor listu do Hebrajczyków. Jezus był (i na zawsze już jest) człowiekiem po to, aby przejść naszą ludzką drogę, nasze trudności, doświadczyć naszych pokus, naszego cierpienia w każdym z jego wymiarów (fizycznym, psychicznym i duchowym), w ogóle wszystkiego, co wiąże się z człowieczeństwem i ludzkim życiem, z wyjątkiem grzechu, aby móc być dla nas przewodnikiem. Nie dlatego, że Bóg stwórca nie wiedział, jak to jest. On wie wszystko. Ale czy my potrafilibyśmy zaufać komuś, kto nie był nigdy w takiej sytuacji jakiej doświadczamy? Czy ktoś może być przewodnikiem górskim, jeżeli wpierw nie zejdzie danego pasma górskiego wzdłuż i wszerz? Kiedy spotka mnie życiowa tragedia, do kogo pójdę wpierw? Czy nie do tego, o kim wiem, że kiedyś przeszedł przez to samo?
Jezus jest właśnie taką Osobą. Był embrionem, płodem, noworodkiem, niemowlakiem, dzieckiem, młodzieńcem, dorosłym. Uczył się jeść i pić, czytać i pisać. Nawiązywał przyjaźnie z rówieśnikami. Miał relacje rodzinne. Pracował. Doświadczył całkowicie ukrytego, skromnego życia, jak i bycia w centrum uwagi. Męczył się i potrzebował odpoczynku. Wiedział co to głód i pragnienie. Doświadczył ludzkich emocji, tych pięknych, miłych, jak i bardzo trudnych. Był kuszony. Zaznał cierpienia we wszystkich wymiarach. Nie ma takiej rzeczywistości, w której nie mógłby być przewodnikiem. Nie ma takiego doświadczenia, z którym nie mogę przyjść do Niego i prosić o pomoc, wsparcie, radę. Zaznał wszystkiego, z wyjątkiem grzechu, choć doświadczył jak okropny jest grzech i jego skutków, bo na krzyżu Ojciec uczynił Go grzechem i dał Mu w jakimś, niepojętym dla nas sensie (bo cały czas Jezus był z Ojcem zjednoczony) odczuć, co znaczy poczucie opuszczenia przez Boga (por. 2 Kor 5, 21 i Mk 15, 34).

Druga kwestia, która mnie porusza w tym fragmentach Słowa Bożego, to podkreślenie, że nie aniołom Bóg poddał świat i nie aniołów przygarnął, ale potomstwo Abrahama. Ludzi. Bóg przyszedł do ludzi i przyjął ludzką naturę, by być przewodnikiem po Jego drogach dla ludzi. Często mówi się o świętych, że oni powinni być dla nas przewodnikami, wzorami, mistrzami życia duchowego. I są. Naprawdę są. Ale właśnie wtedy i tylko wtedy, gdy poznajemy ich prawdziwe życie. A bardzo często niestety możemy natrafić na takie opisy ich życia, które skutecznie uniemożliwiają nam podążanie za nimi. Niektórzy hagiografowie opisali ich tak, jakby byli… aniołami. Kompletnie ich odczłowieczyli. Oni nawet nie mają ludzkich emocji, zawsze poważni i stateczni. Nie dajcie się na to nabrać! Święci tacy nie byli.

W mojej życiowej drodze nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale wiem, że w przeszłości są takie punkty, takie spotkania, osoby, środowiska, które wywarły na mnie duży wpływ i na pewno wpłynęły na całokształt moich poglądów. W wielu z tych miejsc nigdy się w 100% nie odnalazłam, ale na pewno wiele z nich zaczerpnęłam. I na pewno między innymi ważnym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z duchowością św. Josemarii Escrivy. Do dziś mocno korzystam z pewnych wątków dla swojego życia duchowego. To, co było dla mnie zaskakujące u św. Josemarii to (mimo że powszechnie jest postrzegany jako bardzo surowy święty i…owszem, jest w tym też prawda, że był bardzo wymagający od siebie i od innych), że podkreślał, iż świętym się nie rodzi, ale się nim staje. To właśnie on powiedział: „Nie zapominajcie mi, że świętym nie jest ten, kto nigdy nie upada, ale ten, kto zawsze się podnosi, z pokorą i świętym uporem” (Przyjaciele Boga, pkt. 131). W jego Drodze, Bruździe i Kuźni możemy znaleźć wiele fragmentów, w których mówi on o także swoich zmaganiach z pokusami, z grzechami, o własnych upadkach i nieustannym powstawaniu. O codziennym wspinaniu się szczebelek wyżej po drabinie, a nie o podróży windą do nieba. On też zwrócił uwagę na to, jak bardzo oderwane od rzeczywistości bywają niekiedy życiorysy świętych: „Kiepską przysługę oddali katechezie – prawdopodobnie niechcący – ci biografowie świętych, którzy za wszelką cenę starali się odnaleźć u sług Bożych zdarzenia nadzwyczajne, już od ich pierwszego niemowlęcego krzyku. niektórych opowiadają o niektórych z nich, że jako niemowlęta nie płakali, że dla umartwienia nie ssali w piatki piersi matki… I ty, i ja urodziliśmy się, płacząc, jak Pan Bóg przykazał; sięgaliśmy też do piersi swojej matki, nie martwiąc się o Wielki Post czy inne czasy zakazane… (To Chrystus przechodzi, pkt. 9)”. Inspirowany jego duchowością Jesus Urteaga w swojej książce „Wady świętych” napisał:

Musimy zdać sobie sprawę, że ci, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, nie byli ani z wosku, ani z jakiegoś sztucznego tworzywa. Tak jak wszyscy byli śmiertelnikami, z krwi i kości, odczuwali ból i mieli wady; byli zwykłymi ludźmi, którzy podczas choroby musieli brać lekarstwa, cierpieli na bezsenność i potrzebowali od czasu do czasu małego wstrząsu, by przestać rozpraszać się podczas modlitwy. Niektóre książki tak dalece oddaliły od nas kanonizowanych, że możemy ich jedynie podziwiać. A czasami nawet i to przychodzi nam z trudem. O jednym mówią, że dla umartwienia nigdy nie spojrzał na sufit swojej celi; o innym – że pragnąc zachować czystość, nigdy nie odważył się spojrzeć na swoją matkę. Dochodzimy więc do wniosków, że pierwszy był małostkowy, a drugi pełen kompleksów. Bo my, choć jesteśmy entuzjastami czystości, obsypalibyśmy naszą matkę pocałunkami.

Świętych stawia się tak wysoko, tak daleko od nas, wydają się tak obcy naszym sprawom, że nie sposób ich naśladować. Pisze się o nich, że kiedy są w drodze, nie zatrzymują się; kiedy pną się w górę, nie upa­dają; kiedy pracują, nie odpoczywają; gdy się modlą, nic ich nie roz­prasza. A my często się zatrzymujemy, a czasami nawet cofamy! Roz­praszamy się na modlitwie (i w pracy) i odczuwamy ciężar zmęczenia! „W wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3, 2) ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: «Odpuść nam nasze winy!» (Mt 6,12)”‚. Czy w takim razie świętość nie jest dla nas?”

Święci też mieli wady. Święci też grzeszyli i upadali. Ale zawsze powstawali i zawsze się poprawiali. Kiedy pod ich śmierci spojrzymy na ich życiorys, widzimy ogromny postęp. Niektórzy z nich osiągnęli wręcz absolutne wyżyny ludzkiego ducha. Ale nie od razu. I właśnie dlatego, że używając sformułowania Kochanowskiego, naprawdę nosili ludzkie ciężary, oni także mogą być naszymi przewodnikami.

Czasami szukamy wokół siebie kogoś, kto może nam doradzić. Pytamy. Nieraz wręcz zazdrościmy, pytamy samym siebie – skąd on/a to ma? Najczęściej ten człowiek, który dziś może Tobie czy mnie doradzić, jak pokonać konkretną pokusę, albo jak dobrze przygotować się do spowiedzi, wie to dlatego, że sam/a doświadczył/a tej samej pokusy i wielokrotnie klękał/a u kratek konfesjonału. Jak powiedziała Elizabeth Kübler-Ross:  „Najpiękniejsi ludzie, których znam to ci, którzy znają smak porażki, poznali cierpienie, walkę, stratę, poznali swoją drogę na wyjście z otchłani. Ci ludzie mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełniają ich współczuciem, łagodnością i głęboką, kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd.

O tym, by nie wozić gruzu Rolls-Royce’m i nie zasypywać rzek, czyli o darach trudnych

Dary trudne. Ostatnio w kontekście różnych swoich rozważań o życiu, dostrzegłam nowy wątek w przypowieści o talentach. Ten, który zakopał talent, nie zrobił tego z lenistwa. Zrobił to ze strachu. Wiedział, że Dawca jest osobą surową. A co jeśli źle wykorzysta dar, jeśli coś pójdzie nie tak? Nie lepiej zakopać, uciec? Dary trudne. Tak, są dary trudne. Można je wykorzystać pięknie, a można źle. Bóg jednak nie pochwala wyrzucania/chowania daru, którym nas obdarzył, nawet gdy jest on trudny i nawet jeśli zrobimy tak z bojaźni. Wiele mamy darów trudnych. Najczęściej są one też naszymi ważnymi cechami. Pokażę to na 3 przykładach, ale można wybrać dowolne inne. Towarzyskość może przerodzić się w całkowite lekkoduchostwo i pijaństwo. Seksualność może służyć rozwiązłości. Mądrość pysze itd. Ale to nie znaczy, że mamy walczyć ze swoją ekstrawertycznością, seksualnością, czy mądrością. Przecież mogą one posłużyć dobru- relacjom, przyjaźni, pomocy innym a nawet ewangelizacji- towarzyskość, zbudowaniu pięknego małżeństwa i rodziny- seksualność, służbie innym i postępowi cywilizacji- mądrość. Trzeba te dary zainwestować i odebrać z zyskiem. Zebrać ich dobre owoce. Może po drodze będą wahania kursu w banku, może zdarzą się potknięcia. Ale jeśli będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, ufając Bogu, aby uczynić z trudnych darów dobry użytek, łaska Boża nas wesprze. Gorzej jest wyrzucić prezent, tylko dlatego, że przecież ktoś może go ukraść lub źle wykorzystać. Myślę, że to ważne także dla rodziców. Często zamiast pomóc wykorzystać i wzrosnąć w tych darach, dostrzegając je u swoich dzieci, postanawiają je „ściąć”. To rzeczywiście jest gnuśność. Bo praca nad sobą i nad rozwojem tych darów, wymaga wysiłku. Ścięcie ich- to łatwizna. Bóg jej nie błogosławi. Często kończy się problemami psychicznymi. Bo nie jesteśmy tym, kim mamy być, kim Bóg chce, byśmy byli. Dary trudne. Dar i zadanie. Wyzwanie. Pole wzrastania i pracy nad sobą. Będzie nagrodzone tu i w wieczności.

Dary trudne. Są jak rzeki. Rzeki czasami wylewają. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie zasypuje rzek, aby zapobiec ich wylaniu. Rzeki się reguluje, buduje wały, tamy i wzmocnienia. Oczyszcza z mułu. W skrócie – pracuje się nad nimi, aby nie doprowadzały do katastrofy.

Dary trudne są jak Rollce Royce. Można nim pojechać na ślub. A można załadować w niego gruz i wozić go z budowy na wysypisko. Ale nikt, komu nie brakuje piątej klepki, nie wozi gruzu z budowy Rollce Roycem.

Dary trudne. Grzechem jest te rzeki zasypać, zamiast wyregulować. Grzechem jest tymi rollce roycami wozić gruz z budowy.

Dary trudne. Wymagają pracy. I właśnie dlatego są szczególną przestrzenią usprawiedliwania naszych grzechów. Bo wobec nich najprostsze rozwiązania bardzo często są chybione. Jakże często dorabiamy ideologię do tego, że się nam nie chce regulować przywołanych jako przykłady: towarzyskości, seksualności czy elokwencji. Czyż nie można wozić Rollce Roycem gruzu? A, pewnie, że można. Samochód to czy nie? Ano tak. Jest miejsce? Ano tak. Dowozimy do celu? Ano tak. No to nie mów mi, że Rollce Royce nie do tego służy. A jednak nie do tego. I choćbyśmy nie wiem, jaką ideologię do tego dorobili, nie do tego służy. Jak się uprzemy, możemy jeść, wkładając sobie pokarm nożem do ust. Możemy. Możemy też chodzić na rękach zamiast na nogach. Ale nie próbujmy mówić, że korzystamy wtedy z noża i z rąk, zgodnie z tym, do czego powinny one służyć. Dary trudne musimy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Prawdziwym przeznaczeniem.

Dary trudne to dary piękne. Są jak diamenty, które trzeba oszlifować. Mają podwójną wartość. I z samych siebie i z pracy, którą w nie włożymy.

 

Żyzna pustynia

Długo nie pisałam, ale również długo zastanawiałam się nad tym, jak dzisiejszy post zatytuować. Było to dla mnie trudne, bo zamierzam poruszyć kilka wątków, kilka tematów, jakie chodziły ze mną przez te dni, gdy rozważałam Słowo Boże.

Najpierw będzie trochę myśli o pustyni, potem o łasce i szybkich decyzjach powrotów do Pana, a na końcu o dzisiejszym święcie Chrztu Pańskiego. No to zaczynamy.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy słowa proroka Izajasza: „Drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga„! (Iz 40, 3).

Kiedy wczoraj przeczytałam te słowa, skojarzyły mi się z Ewangelią z ubiegłej środy. Jezus poszedł się modlić, a uczniowie zmagali się z burzą na jeziorze. Nie było Go z nimi. Co więcej, kiedy już idzie do nich, chce ich minąć (por. Mk 6, 48). A kiedy już się z nimi spotyka, to zapewnia ich o swojej obecności: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!” (Mk 6, 50). Jeszcze lepiej to według mnie brzmi w wersji paulistów: „Uspokójcie się! Ja jestem. Nie bójcie się„! Są właśnie takie momenty, kiedy może się nam wydawać, że Pan Bóg nas zostawia w naszym cierpieniu, trudnościach, osamotnieniu, lęku, smutku. Co więcej, że przechodzi obok, ale nie tak jak obok Eliasza (por. 1 Krl 19, 1-21) albo obok Mojżesza (por. Wj 34, 6), ale obojętnie. Przechodzi i mija. Chce się krzyknąć: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy” (por. Mk 4, 38)? Ale to nie tak. On jest, nigdy nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem (por. Ps 121, 4). To my potrzebujemy tego pozornego opuszczenia. Potrzebujemy tej pustyni. To właśnie to doświadczenie może się okazać niezmiernie owocujące, żyzne. Ono jest czasem przygotowania naszych serc na łaskę lub oczyszczania, formowania, przemiany. Jest jak pozornie bezproduktywny i stracony czas snu, podczas którego tak wiele koniecznych procesów zachodzi w naszym mózgu. Może kiepskie porównanie, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Czasami coś jest tylko pozornie bez sensu. A w tym czasie dokonuje się naprawdę wiele i jest to czas niezbędny.

Druga kwestia, o której chcę napisać, to częsty temat na moim blogu – łaska. Walka o łaskę i powracanie do łaski, jeśli ją stracimy. Do tego tematu znów zainspirowało mnie Słowo Boże. Najpierw sobotnie czytanie i fragment 1 J 5, 18.: Wiemy, że każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, lecz Narodzony z Boga strzeże go, a Zły go nie dotyka„. Do tego fragmentu znalazłam taki komentarz w tłumaczeniu paulistów: „Szatan nie ma dostępu do człowieka, bo chrześcijanin, współpracując z łaską wysłużoną przez Jezusa Chrystusa, może nie ulec wpływom złego ducha”. Otóż to. Nie chodzi o to, że kto jest ochrzczony i oddał swoje życie Jezusowi na pewno nigdy już nie zgrzeszy. Ale że łaska Boża może nas od grzechu zachować. Że Bóg jeśli dopuszcza pokusę, daje też łaskę wystarczającą, by jej nie ulec – „Bóg, który jest wierny, nie pozwoli, byście byli kuszeni ponad siły, lecz dopuszczając pokusę, wskaże sposób jej przezwyciężenia” (1 Kor 10, 13). Oczywiście nasza ludzka kondycja pokazuje mi i każdemu z nas, że często z tego sposobu nie skorzystamy lub go wręcz nie dostrzeżemy. Ale skoro i tak bywa, to tym bardziej powinniśmy pamiętać, że to łaska Boża i tylko ona, może nam pomóc pokonać pokusy. To Bóg jest naszą siłą, nie my sami. Nie jest więc rozsądne świadomie wystawiać się na walkę, będąc bez pomocy łaski uświęcającej. Jeśli mamy nieszczęście ją utracić, powinniśmy jak najszybciej do niej wrócić. O Zacheuszu już pisałam. Trędowaty, o którym słyszeliśmy w piątkowym czytaniu też nam przypomina, że z problemem idzie się do Jezusa i nie zważa na nic. Na wstyd, na zasady może i słuszne (trędowatemu nie było wolno wejść w tłum), ale warto zaryzykować, nawet je łamiąc, byle wrócić do Pana, byle On nas oczyścił. Trędowaty nie stoi gdzieś tam z boku, daleko od tłumu, co nakazywało mu prawo. Przedziera się przez tłum, który całą sytuacją jest zapewne zgorszony, przerażony i obrzydzony i pada Jezusowi do nóg. Wykrzykuje swoją wiarę wymieszaną z bezradnością: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Mk 1, 40)”.  I Jezus chce i oczyszcza go. On zawsze chce. On chce tak bardzo, że wystarczy Mu to minimum, nawet tak pełne wątpliwości, jak w przypadku epileptyka. Nie dosyć, że uzdrowiony przez wiarę jego ojca to jeszcze… no właśnie – czy przez wiarę? Ojciec mówi: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!» Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Natychmiast ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» (Mk 9, 22-24). Absolutne minimum, które wystarczyło Jezusowi. Ale idźmy dalej. Ewangelia o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. To nie ona sama przychodzi do Jezusa. To ją przyprowadzają. Co więcej, przyprowadzają nie po to, aby Jezus ją podźwignął i uleczył, oczyścił i przebaczył, ale żeby ją oskarżyć, odrzucić i zabić. Ale Jezus ją kocha i pragnie ją uleczyć. On chce, by była wolna. On chce ją ocalić i dać jej Boże przebaczenie. On jako jedyny zna jej serce. On wie, że nie jest „dziwką” jak chcą niektórzy, ale kobietą głęboko poranioną, która na dnie swojego serca pragnie miłości, akceptacji i bliskości, tylko szuka nie tam, gdzie powinna… Jezus wykorzystuje zły zamiar tych, którzy ją przyprowadzili, by spotkać się z nią w cztery oczy, a naprawdę serce w serce, by ją uzdrowić. By okazać jej miłość, szacunek i przebaczenie, którego może nigdy nie otrzymała. Jest w tej Ewangelii słowo, któremu na pewno poświęcę kiedyś dłuższy post. Jeszcze nie spotkałam się z tym, by ktoś je rozważał, choć założę się, że na pewno zrobiono to już. To słowo to „dopiero co”. „Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego:«Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie.„. (J 8, 3-4). Dopiero [co]. Przeczytaj proszę kilka razy to zdanie. I zadaj sobie pytanie, dlaczego kiedy zgrzeszysz i stracisz łaskę Bożą, nie idziesz od razu do spowiedzi? Czy o mnie i o Tobie można powiedzieć, że „dopiero co” utracisz łaskę, a idziesz prosić Pana, aby Ci przebaczył? Jak chcesz nie grzeszyć, oprzeć się kolejnym pokusom, jeśli nie masz Jego łaski, a już tym bardziej jak chcesz się zbawić bez Jego łaski (Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. kan. 2 Sobór Trydencki, dekret o usprawiedliwieniu)? Skoro potrafisz ją utracić, nie wykorzystać sposobu przezwyciężenia pokusy, mimo że towarzyszy Ci łaska, czy naprawdę wierzysz, że poprawisz się bez łaski? Spowiedź zakłada konieczność postanowienia poprawy. Postanowienia. A nie udowodnienia sobie (swojej pysze) i Bogu (bez pomocy, którego nie jesteś w stanie nawet nabrać oddechu), że już się poprawiłeś. A nawet jeśli uda Ci się dzięki łasce uczynkowej od Niego otrzymanej jakoś poprawić, to i tak Twoje uczynki, nie mają wartości nadprzyrodzonej przed Bogiem, dopóki nie otrzymasz łaski uświęcającej. Dlaczego nie chcesz iść do lekarza, który sam mówi, że potrzebują go chorzy (por. Mt 9, 12), wtedy gdy jesteś chory? Dlaczego nie chcesz do niego iść od razu, gdy „dopiero co” zachorowałeś, ale narażasz się na powikłania? Może odczuwasz wstyd, ale to jest dokładnie tak samo jak z lekarzem. Idziemy do niego jak najszybciej, gdy tylko zobaczymy początek choroby, a nie odkładamy na póżniej.

I na końcu już – dzisiejsze święto Chrztu Pańskiego. Jezus zanurza się w rzece Jordan i tym samym bierze na siebie każdy mój grzech, aby zanieść go na krzyż za murami Jerozolimy. Rzeka Jordan wprawdzie nie płynie przez Jerozolimę, ale miejsce chrztu Jezusa znajdowało się bardziej na północ niż Jerozolima (bo Jordan uchodzi do Morza Martwego, którego brzegi zaczynają się mniej więcej na przechodzącym przez Jerozolimę równoleżniku). A zatem w pewnym sensie ta woda płynie właśnie ku Jeruzalem. Chcę dziś wrzucić do Jordanu wszystkie moje grzechy. Nie dlatego, by wody tej rzeki mogły je zmyć, ale dlatego, że Pan się zanurza w niej i bierze je na siebie. Wrzucam je tam, byś wziął je, Jezu i zaniósł na krzyż. Zróbcie to samo w swojej modlitwie. Rzućcie tam swoje grzechy, by Jezus je wziął i poniósł na krzyż. To prawda, że On już to uczynił. Ale w ten sposób powiedzmy Mu, że chcemy skorzystać z owoców Jego męki. Że nie chcemy ich odrzucić (bo przecież jesteśmy wolni). Nie ma innej drogi zbawienia jak Twój krzyż i Twoja ofiara i zmartwychwstanie. Jesteś moim Zbawicielem, oddaję Ci wszystkie moje grzechy i przyjmuję Twoją ofiarę za mnie na krzyżu i Twoje zmartywchwstanie. Chcę z nich skorzystać.  Dziękuję Ci!

Mistyka 365 białych kartek kalendarza

Nowy Rok… Jest coś mistycznego w bieli kartek kalendarza. Jest w nich tajemnica brzemienna nadzieją, jak i niepewnością z lękiem. Czy każdą z tych 365 kartek będzie mi dane obrócić? Nie wiem. Czy każda z nich będzie w przestrzeni mojego życia zapisana jedynie tym co piękne i dobre? Nie wiem. Ile z nich pokryją bazgroły, albo – nie daj Boże- czarne plamy i kleksy? Nie wiem.

Ale nadzieja zwycięża nad obawami. I dlatego lubię brać do ręki taki nietknięty jeszcze kalendarz. 365 dni to 365 szans. Kalendarz jest w moich rękach, jak i moje życie. To ode mnie zależy, co zrobię z tymi dniami. Zapewne wydarzą się w tym roku także sytuacje ode mnie niezależne, ale i w ich przypadku, ode mnie zależy, co z nimi zrobię. Ktoś przyjdzie, ktoś odejdzie, czyjaś świeca rozbłyśnie płomieniem, a czyjaś zgaśnie, gdzieś zakończy się wojna, a gdzieś wybuchnie, ktoś pochwali a ktoś zgani. Jak je wykorzystam? Obrócę w szansę, wyzwanie, zadanie, lekcję, nauczkę, czy uderzę nimi w siebie lub innych, przygnębię i pognębię. Mogę wytrwale szukać sensu w tym, co zewnętrznie zdaje się bezsensem. Mogę się zatrzymać, zrobić kilka kroków dalej lub wstecz, by zobaczyć właściwą perspektywę, w której to, co z bliska stanowi chaos, z daleka tworzy pejzaż. To mój wybór. Moja decyzja.

365 dni to 365 szans. Na to, by wygrało to, co dobre z tym, co złe. Każdy poranek daje mi nową białą niezapisaną kartkę. Nawet jeśli, na którejś z nich zrobię wielkiego kleksa, mogę wziąć do ręki korektor. Gdy nabazgram mogę wziąć gumkę do mazania. To też zależy ode mnie. Budzę się z białą kartką. Czy zasnę z pięknie zapisaną lub po prostu wymazaną i na powrót białą, to też mój wybór. Każda spowiedź to użycie korektora/gumki do mazania. Jeśli będzie kleks lub bazgroły, trzeba jej użyć. Najszybciej. Aby kleks nie przesiąkł na kolejne strony i nie zniszczył jeszcze więcej. Trzeba go usunąć.

365 dni to 365 szans. Obym 31.12.2019 patrząc wstecz i przeglądając już zużyte kartki kalendarza, mogła z radością zauważyć, że żadna z nich nie pozostała z kleksem lub bazgrołami. I tego Wam wszystkim także życzę!

Fundament, Wigilia i wartości

Dobra, siadam i piszę. To jest dobry dzień na właśnie ten wpis. Miałam wprawdzie go napisać jakiś tydzień temu. Ale widocznie miał się pojawić w Boże Narodzenie.

 

Jakiś tydzień temu właśnie Internety obiegł bulwers i protest z powodu tego, że część rodziców żąda w szkołach Wigilii bez kolęd i bez jakichkolwiek akcentów religijnych. Trend ten zawitał też do miejsc pracy. Chrześcijanie ze słusznym oburzeniem, mówili, że to przecież oksymoron – jak można świętować Boże Narodzenie… bez Boga? Rozumiem to oburzenie, ale… uważam, że po części za takie pomysły odpowiadamy właśnie my – chrześcijanie. Wiecie dlaczego? Bo przez lata próbowaliśmy nauczać chrześcijaństwa od dachu, okien albo chociażby ścian, zamiast od fundamentu. A fundament jest jeden – Chrystus. Już św. Paweł to powiedział: „Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest” (1 Kor 3, 10-13).  Ja się nie dziwię, że cały budynek wiary legł w gruzach w sercach wielu ludzi, którzy przeszli katechizację, wyszli z chrześcijańskich rodzin i odwiedzali nasze kościoły. Dom bez fundamentu, choćby był zbudowany z najszczerszego złota i marmurów, musi się zawalić. Nie dziwię się też, że skoro ci ludzie nie dostali fundamentu, ba, czasami w ogóle o Nim nie słyszeli, robią zdziwioną minę, kiedy się im mówi, że my nie świętujemy wcale tych cegieł, złota i marmurów, tylko coś innego.

Co to ma wspólnego z tą całą wigilijną aferą? Już spieszę z wyjaśnieniem. Zacytuję wpierw Franciszka, który cytuje Benedykta: „Niezmordowanie będę powtarzał słowa Benedykta XVI, wprowadzające nas w serce Ewangelii: «U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie. Jedynie dzięki temu spotkaniu – lub ponownemu spotkaniu -z miłością Bożą, które przemienia się w pełną szczęścia przyjaźń, jesteśmy oswobodzeni z wyobcowanego sumienia i skoncentrowania się na sobie. Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty. W tym tkwi źródło działalności ewangelizacyjnej. Jeśli bowiem ktoś przyjął tę miłość przywracającą mu sens życia, czyż może powstrzymać pragnienie przekazania jej innym?» (Evangelii Gaudium,  pkt. 7-8).

 

A co myśmy usilnie robili przez lata? Zamiast powtarzać prawdę, że chrześcijaństwo to Osoba Jezusa, z której wynika wszystko inne: zasady etyczne i moralne, wartości, tradycje, postawy, mówiliśmy: świętujcie z nami, przecież chodzi o wartości: rodzina, ciepło, bliskość, miłość, troska o bliźnich, pokój, braterstwo. Mówiliśmy na okrągło o wartościach chrześcijańskich. I tak mamy pokolenie ludzi, którzy mówią: my chcemy świętować takie wartości jak rodzina, ciepło, bliskosć, miłość, troska o bliźnich, pokój i braterstwo bez Jezusa… To są wartości ogólnoludzkie. Wszystkie one zawarte są w chrześcijaństwie, podobnie jak wszystkie kwadraty mieszczą się w zbiorze prostokątów. Ale te wartości same w sobie nie są chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo to coś więcej. O wiele więcej. Wspomniane wyżej wartości bardzo często możemy znaleźć – niekiedy zupełnie lub częściowo inaczej rozumiane w innych religiach i systemach filozoficznych. One są właśnie tymi ziarnami prawdy, rozrzuconymi tam pośród błędu. Są prekatechumenatem dla nieochrzczonych. Ścieżką, która może pomóc im wejść na Drogę.  Scieżką wartą szacunku, uwagi i troski, podobnie jak to wobec tychże ziaren prawdy obecnych w kulturze greckiej czy rzymskiej czynili apostołowie. Ale nie są Drogą. Drogą jest Chrystus.

Dzisiaj nie świętujemy rodziny. Nie świętujemy bliskości. Światła, ciepła, pokoju, braterstwa i serdeczności. Świętujemy narodzenie się w konkretnym miejscu i czasie, konkretnego Człowieka, który jednocześnie jest Bogiem – Jezusa. Chrześcijaństwo jest wyborem pójścia drogą, którą On wskazuje. Ze względu na Niego. Ten wybór nie niszczy niczego, co dobre i szlachetne w naszej naturze, w naszych naturalnych ludzkich kulturowych wartościach. Ba, w końcu to On przez swojego Ducha to wszystko posiał. Ale choćbyśmy wyznawali wszystkie wartości chrześcijańskie i nimi żyli, nie oznacza to jeszcze, że jesteśmy chrześcijanami. I nawet jeżeli z racji na życie zgodne z sumieniem i niezawinione niepoznanie Jezusa lub (także niezawinione) nie uznanie w Nim Zbawiciela, mamy w takiej sytuacji szansę na zbawienie, to zbawieni będziemy przez Niego i na mocy Jego Krwi. To On jest sensem i istotą chrześcijaństwa.

 

Wróćmy do tego, o co prosi nas papież Franciszek i papież Benedykt XVI, a jeszcze wcześniej papież Jan Paweł II i wszyscy ich poprzednicy od apostołów – głośmy Jezusa.

 

„U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą”. Wszystko inne wynika z tego spotkania. To jest właściwa kolejność. Najpierw kładźmy fundament. Potem budujmy resztę. Fundament wręcz krzyczy o resztę. Reszta jest naturalną konsekwencją położenia fundamentu.

Świątecznie

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, życzę Wam wszystkim, czytającym mojego bloga, dużo radości z przyjścia na świat Mesjasza. Niech Światło płynące ze Żłóbka, dotrze do wszystkich obszarów Waszego życia, które są spowite mrokiem i ciemnością „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło” (Mt 4, 16). Zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

 

Od dłuższego czasu zbieram się do napisania dosyć istotnego dla mnie posta, dotyczącego bardzo właśnie tego wydarzenia – Bożego Narodzenia. Niestety jednak ciągle coś mi to zadanie utrudnia – a to obowiązki w pracy i zmęczenie, które dało mi się we znaki w ostatnim czasie, a to świąteczne sprawunki. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wreszcie napisać podczas tych Świąt. Może jednak też tak właśnie miało być.

 

Pozdrawiam Was serdecznie i jeszcze raz życzę Wam, aby Jezus narodził się w Waszych sercach na nowo. Niech to będzie czas, gdy klękając przy żłóbku, powiecie Mu – jesteś moim Mesjaszem i moim Panem, chcę przyjąć zbawienie, które mi przyniosłeś. Jesteś Zbawicielem Świata, Mesjaszem Izraela, Odkupicielem ludzkości, ale dla mnie ważniejsze jest to, że jesteś MOIM Zbawicielem,  MOIM Mesjaszem i MOIM Odkupicielem. Powiedzcie Mu to, proszę. 🙂

Sprawiedliwość Boża, ogórki, melony, pory, cebula i czosnek oraz tu i teraz

Dzisiaj kilka słów do czytań z tej niedzieli.

 

W pierwszym czytaniu z księgi proroka Barucha, uderzyło mnie zdanie: „Przyoblecz się w płaszcz sprawiedliwości pochodzącej od Boga„. (Ba 5, 2). Mamy sprawiedliwość od Boga, nam samym brak zasług, które mogłyby orędować za nami (dzisiejsza mszalna kolekta). Jesteśmy zbawieni z łaski, którą nie tylko przyoblekliśmy się, lecz która zmienia nas samych tak, że stajemy się nowym stworzeniem. Dla chrześcijan, którzy poznali nauczanie Jezusa, być może nie brzmi to jakoś szokująco. Ale to są słowa wypowiedziane przez Jezusem. Słowa starotestamentalnego proroka, który już widzi, że zbawi nas Boża sprawiedliwość. Że to będzie Jego dzieło, że sami nie damy rady wysłużyć sobie takiej sprawiedliwości, która po grzechu pierworodnym, otwarłaby nam niebo… Pragnąć łaski, przyjąć łaskę, trwać w łasce, bo tylko ona sprawia, że ocieniać nas będą lasy i drzewa pachnące (por. Ba 5, 8).

 

Kolejny fragment Słowa, na który chcę zwrócić uwagę to pierwsze wersety dzisiejszej Ewangelii. Pozornie mogłoby się wydawać, że są one tylko wstępem do następującego po nich streszczenia działalności Jana Chrzciciela. Niemniej to właśnie ten wstęp przykuł moją uwagę. „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i Trachonitydy, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni” (Łk 3, 1-2). Dla mnie jest to jeden z tych fragmentów Biblii, który objawia Imię Boga – JA JESTEM. Tu i teraz, w konkretnym czasie i miejscu, Bóg kieruje swoje słowo do Jana. On Jest. Działa w rzeczywistości. To nie demiurg, który stworzył ziemię i już więcej Go ona nie obchodzi. Bóg chrześcijan to Bóg, który wkracza w historię. Działa. Mówi. Tak jak mówił tam i wtedy, tak mówi tu i teraz. Codziennie kieruje swoje Słowo do Ciebie i do mnie. Nie będziemy drugimi Janami Chrzcicielami. Mamy inną misję i inne powołanie.  Ale Bóg mówi do nas. Uczestniczy w naszym życiu. Nie zawsze spektakularnie. Bardzo często zwyczajnie, tak zwyczajnie, że możemy nie zauważyć Jego działania. Ale ono jest. Wszystko zależy od nas, czy otworzymy nasze oczy i nasze uszy na Emmanuela – Boga z nami, czy będziemy mieć oczy, które nie widzą i uszy, które nie słyszą (por. Mt 13, 15). Warto sięgnąć do tego fragmentu Ewangelii Mateusza. To nie Bóg zamyka oczy i uszy, jak mogłoby się wydawać przy pobieżnej jego lekturze. Niedostrzeganie Bożego działania to skutek twardego serca. To skutek ludzkiego wyboru, zamknięcia.

 

Ostatni fragment, który mnie dziś dotyknął to psalm 126. Radosna pieśń wyzwolonych z niewoli babilońskiej. Dlaczego jest jednak tak, że naród wybrany, który już śpiewał podobną pieśń, przechodząc przez Morze Czerwone (por. Wj 15, 1-21), znowu popadł w niewolę? Dlaczego niewola egipska nie była ostatnią? O ile ta pierwsza można powiedzieć, że nie była zawiniona, o tyle ta druga była według nauczania proroków skutkiem grzechów Izraela. Myślę, że aby to zrozumieć, warto sięgnąć do psalmu 73. Jest to pieśń skargi na to, że ludziom grzesznym, żyjącym z dala od Boga się dobrze powodzi, mają wszystko. Jest to wyraz jakiejś tęsknoty za dobrami doczesnymi, zmysłowymi, z których psalmista rezygnuje w imię wierności Bogu. Psalmista mówi o tym wprost: „A moje stopy nieomal się nie potknęły, omal się nie zachwiały moje kroki. Zazdrościłem bowiem niegodziwym, widząc pomyślność grzeszników. Bo dla nich nie ma żadnych cierpień, ich ciało jest zdrowe, tłuste. Nie doznają ludzkich utrapień, ani z [innymi] ludźmi nie cierpią„. (Ps 73, 2-5). Coś takiego może się wydarzyć w sercu wierzącego. To właśnie stało się z Żydami, wychodzącymi z Egiptu i właśnie dlatego szli przez pustynię 40 lat, aby wymarło całe pokolenie znające niewolę. Człowiek potrafi bowiem stracić z oczu perspektywę, skupić się na tym, czego mu pozornie brakuje i poświęcić to, co najważniejsze w imię dóbr, o których za chwilę sam powie, że są wiele mniej ważne. Niestety. Taki był krzyk Izraelitów do Mojżesza: „Któż nam da mięsa, abyśmy jedli?Wspominamy ryby, któreśmy darmo jedli w Egipcie, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek. Tymczasem tu giniemy, pozbawieni tego wszystkiego. Oczy nasze nie widzą nic poza manną”. (Wj 11, 4-6) Dopiero co widzieli cuda Boże, wyszli z niewoli, idą do obiecanego kraju, który ma opływać mlekiem i miodem. Są w drodze. Wiedzą, że chociaż jest ona trudna, na końcu wędrówki czeka rzeczywistość przekraczająca nie tylko to, co było w Egipcie, ale także ich wyobrażenia. Ale w tej chwili cebula i czosnek znaczy więcej niż wolność. Ptak zamknięty w klatce nieraz woli w niej pozostać, niż cieszyć się wolnością i szczęściem, do których został stworzony. Wybiera karykaturę, namiastkę, rezygnując z pełni. Podobnie bywa z człowiekiem. Co zrobić, aby tak się nie stało? Z pomocą przychodzi nam psalm 137, bliźniaczy względem 126. Psalmista woła tam: „Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, niech uschnie moja prawica!” (Ps 137, 5). Jest zatem taka rzeczywistość, o której zapomnieć nie można, aby nie zachowywać się jak Izraelici na pustyni. Pamiętać o tym, jak wygląda wolne i szczęśliwe życie z Bogiem. W chwili takich pokus, o jakich mówi psalm 73, wracać myślą do szczęścia, którego kosztowaliśmy, będąc z Bogiem. Izraelitom pogrążonym w niewoli babilońskiej było łatwiej niż wychodzącym z Egiptu. Oni znali już smak świetności Jeruzalem. Wiedzieli, co znaczy być szczęśliwymi w pokoju z Bogiem.

Taką funkcję w naszym życiu pełnią wszelkie pocieszenia, które nam daje Bóg. Autorzy duchowi wiele pisali o tym, że zwłaszcza po pierwszym nawróceniu, ale i kolejnych, Bóg obdarza wieloma łaskami, radością, duchowym pokojem, którego nie da się porównać z niczym innym. Rzeczywiście odczuwając to, co nie jest żadnym niezwykłym doświadczeniem, żadnymi ekstazami, ale pocieszeniami typowymi na drodze początkujących, chce się powiedzieć słowa tego samego psalmu 73:  „Kiedy jestem z Tobą, nie cieszy mnie ziemia” (Ps 73, 25). Bóg daje czasami takie doświadczenia, dość często na początku rzeczywistego pójścia za Nim. One niekiedy pchają nas do wielkich działań, do ewangelizacji itp. Rzeczywiście, doświadczając „słodyczy Pana” (por. Ps 27, 4), zachwytu Bogiem niewysłowionym (ineffabilis Deus), przyjemości zmysłowe, stają się naprawdę błahostkami. Św. Paweł powie, że wszystko uznaje za śmieci, jeśli ma to porównać z poznaniem Chrystusa (por. Flp 3, 8). Ale nawet po takim doświadczeniu, a wręcz kiedyś na pewno, będą pokusy (zwłaszcza gdy mamy czas z mniejszą ilością duchowych pocieszeń, życiowe trudności, kłopoty), aby wyżej postawić egipskie mięso, ogórki, melony, cebulę i czosnek nad „ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win” (por. Iz 25, 6), którą Bóg nam przygotowuje i daje kosztować. Niech nas wtedy ratuje wspomnienie tej radości, która jest w Bogu. W przeciwnym razie, stracimy tę radość, tę sprawiedliwość Bożą, łaskę, o której mówił Baruch, za cenę nieporównywalnie mniejszej radości, po której będziemy siedzieć i płakać, wspominając Syjon i żałując własnej głupoty (por. Ps 137, 1).