Jezus się gniewał, dzień i noc oraz never give up

W tym tygodniu miałam szczerze dosyć siedzenia przed komputerem (witamy w grudniu w księgowości!), a i czasu niewiele, by coś napisać. Siadam więc teraz, żeby podzielić się z Wami kilkoma myślami, pewnie znów nieuczesanymi. Ale tak to już jest. Te posty rodzą się w miarę na bieżąco. Część jest owocem długich przemyśleń, część inspiracji Słowem Bożym z dnia na dzień.

1.  Na początek sprawa, z którą chodzę już co najmniej 2-3 lata. W sumie temat na długi artykuł, ale postaram się tylko go dotknąć i zainspirować Was do sięgnięcia po Słowo Boże i przemyślenie. Jakiś czas temu w szczególny sposób odkryłam uczuciowy świat Jezusa. Jest tego dosłownie pełno w Ewangelii. Odkrycie tej rzeczywistości, rzuciło nowe światło na moje przeżywanie wiary, na własną duchowość i wiele różnych spraw. Część z nas ma takie przekonania, że po pierwsze psychologii z wiarą się nie da pogodzić (bzdura aż boli; pogodzić się nie da powierzchownej psychologii rodem z dawnych lat z powierzchownym, wypaczonym rozumieniem chrześcijaństwa), a po drugie, że uczucia to zasadniczo jest coś podejrzanego i przynajmniej po części grzesznego. No bo taki gniew, czy zazdrość, to przecież grzechy główne! Spokojnie… Przeczytajcie sobie punkty Katechizmu Kościoła Katolickiego, które mówią o uczuciach (od 1762 do 1770). Grzechem nie jest uczucie gniewu, ani uczucie zazdrości. Grzech pojawia się wtedy, gdy za stanem emocjonalnym (moralnie obojętnym) podąża nasza wola i dokonujemy wyboru. Z gniewu komuś ubliżamy albo z zazdrości jesteśmy złośliwi lub niszczymy komuś jego dobro itp. Jezus się gniewał, a Boga Biblia określa mianem zazdrosnego (por. Iz 9, 6). Nie wierzycie? Popatrzcie: „Wszedł znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Stań tu na środku!». A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?» Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić„. (Mk 3, 1-6). Ileż uczuć Jezusa jest w tym tekście! Zarówno tych wyrażonych (gniew i smutek), jak i niewyrażonych, które musiały Nim kierować, gdy zobaczył człowieka o uschłej ręce (troska, żal, litość, współczucie, zmartwienie…). Ten fragment to w ogóle piękny przykład tego, jak uczucie samo w sobie może prowadzić ku dwóm drogom. Od nas zależy, którą wybierzemy. Jezus pod wpływem gniewu i smutku, czyni dobro. Faryzeusze pod wpływem gniewu na Jezusa i zazdrości, planują zemstę aż do zabójstwa. Jezusowi nieobca była tęksnota: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami, zanim będę cierpiał„. (Łk 22, 15). Doświadcza On w Ogrodzie Oliwnym lęku tak silnego, że aż objawiającego się fizycznie. Czuje się opuszczony i samotny, gdy uczniowie śpią, nie potrafiąc z Nim czuwać. Odczuwa odrzucenie, o którym wprost mówi (por. Mk 8, 31). Jezus smuci się i płacze nad Jerozolimą (Łk 19,41-44). Na pamiątkę tych łez wzniesiono kościół Dominus Flevit (Pan zapłakał). Nie jedyny to moment, gdy Jezus zapłakał. Tak też się stało przed grobem Łazarza (por. J 11, 35). Jezus raduje się w Duchu Świętym(Łk 10, 21), ale też uczestnicząc w takich wydarzeniach jak wesele w Kanie, czy nawrócenia ludzi (skoro sam powiedział, że kobieta, która znajdzie zgubioną drahmę cieszy się tak, jak i aniołowie w niebie, gdy grzesznik się nawraca). Myślę, że wręcz niemożliwe jest głębokie życie duchowe, bez włączenia do niego naszych uczuć. One oczywiście nie mogą być, podobnie jak i w życiu, sterem. Sterem musi być nasza wola i rozum. Uczucia są jednak kontrolkami, które wskazują, co się dzieje, co jest dla nas ważne, a co trudne. Cieszy mnie, że mówi się o tym coraz więcej. Warto rozważać człowieczeństwo Jezusa. Będzie ku temu wiele okazji w okresie Bożego Narodzenia. Polecam posłuchać wiele tłumaczące rozważanie ks. Grzywocza w temacie uczuć i wiary: https://www.youtube.com/watch?v=_5mNeRmMSMg

2. Teraz podzielę się z Wami swoim doświadczeniem z poprzedniego tygodnia. Czasami mamy takie chwile, że jesteśmy załamani sobą w naszej relacji do Boga, myślimy, że Bóg powinien już z nas zrezygnować. Takie uczucie zniechęcenia, lęku, smutku, rezygnacji, pod którym jednak tli się wiara, że to niemożliwe, by Pan się nami zniechęcił, mimo tego że odstawiamy lipę, że aż boli o tym myśleć. Serce i dusza krzyczy „Panie, z jednej strony mam wrażenie, że w końcu naprawdę już dasz sobie spokój z Twoją miłością wobec mnie… ale błagam Cię, nie rób tak, pomóż mi… ja chcę, chcę być przy Tobie, chcę wypełniać Twoją wolę”… Unikam szukania odpowiedzi w Piśmie Świętym, otwierając je na chybił trafił. Zasadniczo tak nie robię, bo uważam, że Boga nie można wystawiać na próbę. Znacznie częściej odpowie On swoim Słowem w liturgii lub w cytacie, który pozornie „znikąd” sam się przypomina. Uwierzyłam Bożej miłości, a On poczekał z odpowiedzią do wieczora. Przypomniał mi się cytat z niedawno czytanego Słowa z Apokalipsy św. Jana: „«Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida” (Ap 5, 5). Odrośl Dawida okazała się kluczowa. Wróciłam do domu i zrobiłam coś, czego zwykle nie robię, czyli otwarłam Biblię tak po prostu, ale też bez przekonania, że znajdę tam jakąkolwiek sugestię do moich przeżyć. Trafiłam na Jr 33. Przeczytałam cały ten rozdział. Dotyczy On odnowienia Jerozolimy, przywrócenia jej chwały i świetności, co już było słowami otuchy i pocieszenia od Pana. Ale co ciekawe w tekście pada słowo „W tym czasie sprawię, że wyrośnie Dawidowi odrośl sprawiedliwa” (por. Jr 33, 15). Czytam dalej i natrafiam na Słowa o przymierzu Pana trwałym jak następstwo nocy i dni: „To mówi Pan: Jeżeli możecie złamać moje przymierze z dniem i moje przymierze z nocą, tak że nie nastąpi ani dzień, ani noc w swoim właściwym czasie, to może być także zerwane moje przymierze z moim sługą Dawidem” (Jr 33, 20-21). Siadłam i popłakałam się. Są takie chwile, kiedy rozumie się więcej. Rozumiem Piotra, który powiedział: «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny» (Łk 5, 8). Ale jest w tych słowach Piotra jakiś paradoks. Kiedy mówi je, przypada Jezusowi do nóg, tuli się do Niego. Jest lęk, ten sam lęk, który sprawia, że Eliasz zakrywa twarz (por. 1 Krl 19, 13), ale jednocześnie jest zachwyt i miłość, która sprawia, że obejmujesz nogi Mistrza i mówisz: Nie opuszczaj mnie, choć jestem człowiek grzeszny.

Jestem absolutnie pewna, że Bóg tak może działać przez swoje Słowo wobec każdego chrześcijanina. Absolutnie każdego. Wystarczy tylko otworzyć na Niego swoje serce. Nie jest to absolutnie niczym niezwykłym, ale to jest codzienność każdego, kto stara się iść z Nim za rękę, nawet gdy czasami tą rękę puszcza i zalicza glebę. Ale chwyta ją z powrotem i idzie za Nim, idzie z Nim. Znam wiele osób, które w taki sposób, normalnie na codzień, doświadczają Bożego działania. Uważam to za coś całkowicie normalnego, nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Wystarczy tylko słuchać uważnie Słowa w liturgii, czytać Biblię, otwierać się na działanie Ducha Świętego w codzienności.  Jak poznać, czy takie zwyczajne sytuacje są od Boga? Myślę, że po owocach. Po prostu. Jeżeli one owocują nawróceniem, są od Pana. A Pan odpowiada na autentyczne wołanie naszej duszy, na pragnienie świętości, która często wydaje się tak odległa. I przychodzi z konkretnymi pomocami i łaskami. Odysłam do poprzedniego posta – Adwent to naprawdę czas, by wydać owoce nawrócenia, może małe ale konkretne działania, które zbliżą nas do wierności Bożemu Prawu.

3. Never give up! Myślę, że na koniec warto przypomnieć o tym, że nigdy nie wolno się nam poddawać. Musimy zawsze powstawać. Zawsze. A wiecie dlaczego? Bo właśnie wtedy kiedy przychodzi zniechęcenie i myśli: skoro już tyle raz się nie udało, to może nie warto, stoimy o krok od spełnienia się tej przepowiedni, a przecież jej nie chcemy! Bo jeśli nie wstaniemy, to rzeczywiście już się nie uda. A jeśli wstajemy, dajemy sobie szansę. Kto z nas wie, czy właśnie to powstanie nie będzie jakimś ostatnim, po którym w tym czym innym obszarze, już nie zaliczymy gleby? No właśnie. A nawet jeśli nie (tego nigdy nie wiemy), to czasami Bóg dopuszcza, abyśmy nauczyli się pokory. Abyśmy zobaczyli, że sami jesteśmy naprawdę nędzni i słabi, że tylko dzięki Niemu mamy siłę duchową i że wszystko, co dobre jest Jego darem. Jeśli żołnierz ranny w bitwie, pozostanie na ziemi, może już nigdy z niej nie powstać. A przecież kilka kilometrów dalej może już być ziemia odbita wrogowi! Taką Ziemią na zawsze odbitą wrogowi jest Niepokalanie Poczęta, Maryja! Niech Ona nam pomaga, abyśmy rzeczywiście mieli udział w Jej zwycięstwie i zmiażdżeniu głowy węża. Co z tego, że będziemy mieć zmiażdżoną piętę? Deus vicit!

Zacheusz, Adwent, niedorastanie,piryt i kilka innych myśli nieuczesanych

W ostatnich dniach miałam kilka wydarzeń, które skłoniły mnie do kilku refleksji (ale bełkot :D). No ale dokładnie tak jest. I tak w punktach będzie.

1. Długo zastanawiałam się nad opowiadaniem o Zacheuszu. Jak to się mówi, „Zacheusz za mną chodził” od dłuższego czasu. Chyba od ostatniej niedzieli października, niedzieli poświęcenia kościoła, kiedy się o nim czytało. Podziwiałam zawsze tego gościa, który miał w sobie tak dużą determinację i taką obojętność na opinię innych, że jako potentat w mieście, chcąc zobaczyć Jezusa, zaryzykował zrobienie z siebie durnia, wyłążąc na sykomorę. To musiało być śmieszne. Wyłażąc na tę sykomorę, nie dość że znalazł się w centrum uwagi tłumu (niezłe musiało być to wdrapywanie się), to jeszcze na światło dzienne wyjawił własną słabość (niski wzrost). Oczywiście wszyscy wiedzieli, że jest niski. Może i czasem usłyszał za swoimi uszami jakiś komentarz z tego tytułu. No ale teraz to już przesadził, cały tłum zobaczył, że jest TAK NISKI, że nie może zobaczyć Jezusa i musi wyjść na sykomorę. To musiało ująć Jezusa. Zacheusz mimo całej swojej grzeszności, złodziejstwa itd, miał jakiś ogromny dystans do siebie. Dystans tym bardziej poruszający, że tak rzadki u osób, które mają lub mogą mieć świadomość swoich wad, słabości lub… kompleksów. W sumie chyba to jest istotne – Zacheusz wiedział, że jest niski. Ale nie miał z tego tytułu kompleksów.

Najbardziej jednak zawsze zastanawiała mnie kolejność wydarzeń z tego opowiadania. Zacheusz wyłazi na sykomorę, robi z siebie durnia, ale właśnie tym pokazuje Jezusowi, że mu bardzo na Nim zależy. Jezus nie pozostaje obojętny. Nie robi też zbędnych ceregieli. „Zacheuszu, zejdź PRĘDKO, albowiem DZIŚ muszę się zatrzymać w Twoim domu”. (Łk 19, 5). Zacheusz wysyła sygnał. Jezus odpowiada w sposób niewyobrażalny. Przypomina mi to przypowieść o Synu marnotrawnym. Ojciec wychodzi na jego spotkanie, gdy syn jest jeszcze daleko. A potem robi ucztę, daje gościowy pierścień na rękę, sandały na nogi. Kosmos. Jezus idzie ucztować z Zacheuszem, który zdążył naspraszać w międzyczasie całą bandę sobie podobnych z okolicy*. „Jezus będzie dziś wieczorem u mnie w domu” – pewnie tak biegał po kumplach rozradowany. Pamiętacie kobietę samarytańską, która biegnie do miasta „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” (por. J 4, 39). Jezus przychodzi do Zacheusza przy szemraniu otoczenia. I co się dzieje? Zacheusz mówi o konkretach, które podejmuje w swoim życiu. O przemianie serca, którą sprawiło to spotkanie. «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie» (Łk 19, 8). Zawsze mnie to zastanawiało – ej, a czy on nie powinien tego powiedzieć najpierw, zanim Jezus go odwiedził? No ale teraz obczaiłam, o co chodzić może. 😀

2. Do ważności spowiedzi potrzeba żalu z postanowieniem poprawy (czyli postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości). Chodzi o uznanie, że grzech to zło (z różnych powodów) oraz no właśnie – postanowienie, że nie chcę tego robić w przyszłości. Że bardzo bym chciała wybrać inaczej w przyszłości. Oczywiście nikt nie jest w stanie zagwarantować, że na pewno nie zgrzeszy w przyszłości. Nie chodzi o gwarancję, a o postanowienie niegrzeszenia w przyszłości. Tak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. No i tyle do ważności spowiedzi jest konieczne. Warto jeszcze dodać, że są sytuacje, kiedy ktoś w sposób stały żyje w bliskiej okazji do grzechu i wówczas do ważności spowiedzi konieczne jest też zmienienie tej sytuacji. Jakie to są przypadki poza zamieszkiwaniem z kimś bez ślubu albo byciem w związku z osobą, która w związku być nie może, to już musicie zapytać teologa moralnego, bo wszystkich przypadków tak szczegółowo nie znam. Warto w razie wątpliwość pytać na spowiedzi. Ale… czasami jest tak, że takie postanowienie mamy, że walczymy ze swoimi słabościami i grzechami. Jednak brakuje nam analizy i zastanowienia się – ok, ale w jakich okolicznościach najczęściej popełniam grzechy i co mogę konkretnie zrobić, żeby ograniczyć ich ryzyko w przyszłości. Tak rozumiem Zacheuszowe „oddaję połowę mojego majątku”. Oczywiście ma to też wymiar zadośćuczynienia za swoje winy. Jest w tym jednak w moim odczuciu także taka postawa – pieniądze przewróciły mi w głowie. Dobrze mi zrobi, jeżeli się od nich oderwę. Jeśli będę miał mniej. Jeśli poćwiczę sobie pozostawanie na tym, co naprawdę potrzebne.

 

I wiecie co? Tak sobie myślę, że Adwent to jest dobra okazja, żeby się zastanowić nad tym co konkretnie mogę zrobić, żeby w moim życiu realnie znikł lub zmniejszył się grzech. Nie chcę go popełniać, ale co zrobić, żeby oprócz WOLI, zapewnić sobie pomoc dla woli. Kilka przykładów może od czapy, ale przynajmniej obrazowo: jeśli w 99,99% odwiedziny lub spotkanie z jakąś osobą kończy się karczemną awanturą, może naprawdę warto przynajmniej na jakiś czas ograniczyć kontakt do minimum (zwłaszcza jeśli nie mam moralnego obowiązku kontaktu z tym człowiekiem) i zastanowić się z czego to wynika. Może to moja wada, może po prostu nie trawię tego człowieka, jest dla mnie za trudny z racji na moją wadę i słabości (i wtedy nie mam zrywać kontaktu, tylko zacząć pracę nad tymi swoimi wadami, czy słabościami). A może to jest jakiś wyjątek w moim życiu, nie mam problemów z ludźmi i to raczej wina po drugiej stronie i tej osobie muszę postawić realne konkretne granice. Jeśli wiem, że jak pójdę do konkretnego kolegi, czy koleżanki, w jakieś miejsce, to mogę z prawie 100% pewnością stwierdzić, że to się skończy libacją i kacem, to może nie ma sensu mówić sobie – tym razem dam rady, tylko po prostu ograniczyć te odwiedziny albo zupełnie z nich rezygnować? Jeśli mam problem z pornografią, to może zamiast mówić sobie, że tym razem mnie nie skusi albo tym razem nie ulegnę, po prostu zainstalować sobie jakieś (nawet płatne, bo nasza dusza jest bezcenna) filtry na komputer czy smartfona i to tak, żeby nie były one łatwe do złamania i ominięcia. Jeśli mam problem z uczciwością w pracy, to może warto pomyśleć nad jej zmianą. Bo niekażda praca w taki sam sposób sprzyja oszustwom czy kradzieży. Jeśli często opuszczam Mszę świętą w niedzielę, to może zamiast mówić sobie w sobotę wieczorem, że jakoś się ta niedziela ułoży i znajdę chwilę, by iść na Mszę- zaplanować sobie konkretną godzinę Mszy i iść na nią choćby nie wiem co, albo iść na Mszę przedpołudniem czy w sobotę wieczorem. Jeśli mam problem z obgadywaniem innych, to może zamiast umawiać się na kolejną herbatkę z myślą, że tym razem będę uważać na to, co mówię, po prostu ograniczyć okazję. I na przykład herbatce wyznaczyć limit czasowy. Godzinka, czy półtorej, a nie 3 peplania o wszystkich wokół. Pomyślcie o tym w Adwencie. I niech Zacheusz nam pomoże w tych konkretach. Pamiętajcie, że one się pojawią na modlitwie, po spotkaniu z Chrystusem.

3. Jeśli poprzedni punkt zabrzmiał trochę jak ucieczka (że namawiam do uciekania, a nie do dzielnego walczenia 😉 ), to powiem Wam, że męstwo czasami znaczy stanąć oko w oko z zagrożeniem, a czasami uciekać. Kiedy tzw. lapsis, czyli osoby, które w czasie prześladowań zaparły się wiary, były wysłuchiwane, zadano im pytanie: a czemuście nie uciekali? Przecież mogliście uciekać, dopóki była taka możliwość. No właśnie. https://www.youtube.com/watch?v=rQhRw8o_smA tutaj o tym jest trochę. Wiecie, to wynika ze znajomości samego siebie. Jeżeli wiem, że nie mam dość siły, by oddać życie za wiarę, to uciekam przed prześladowaniami, nie narażam się w głupi sposób na zaparcie się Pana. Jeśli wiem, że nie mam dość siły, by w jakiejś sytuacji pozostać wierną Panu Bogu, to unikam tej sytuacji.

4. Niedorastanie. Tak sobie też pomyślałam, że w naszym życiu pojawia się czasami pokusa, by porzucić głoszenie Ewangelii, kiedy konfrontujemy się z własnym grzechem. Doświadczamy tego, że nie dorastamy do Ewangelii. Ale każdy z nas nie dorasta. Każdy papież, biskup, kapłan, każdy ewangelizator, każdy święty nie dorasta do Ewangelii, bo każdy z nas jest grzesznikiem. Myślę, że jest to po prostu pokusa. I że możemy się z nią rozprawić na 2 sposoby: 1. To, że nie dorastam jest dla mnie motywacją, by mniej nie dorastać. Czyli by wzrastać. By stawać się lepszym. By świadczyć i słowem, i czynem. 2. To, że nie dorastam powinno mi uświadamiać, że Ewangelia, którą głoszę nie jest moja. Że ja tylko przekazuję to, co otrzymałam (por. 1 Kor 15, 3). Ewangelia nie jest moja. To jest depozyt i moim obowiązkiem jest przekazywać ją dalej. Konfrontuje się z nią, czasami boleśnie, także w moim życiu. Ale to nie znaczy, że mam się wymigać od obowiązku. Bo zdam sprawę zarówno z tego, jak moje życie wyglądało wobec jej nakazów, jak i czy przekazałam ją innym, do czego zobowiązuje mnie mój chrzest i bierzmowanie.

5. Piryt. Jakiś czas temu miałam napisać o tombaku, albo o wyrobach czekoladopodobnych. Ale jednak piryt jest jeszcze lepszy. Generalnie, że grzech to jest taki piryt. Piryt to odmiana żelaza. Tyle, że się błyszczy. Często w dawnych czasach nabierali się na niego poszukiwacze złota. Ale wiecie, jak sprawdzało się czy dana bryłka to piryt czy złoto? Nagryzało się zębami. Tylko jest jeden problem – jak nagryziesz złoto, to wgnieciesz je, ale jak nagryziesz piryt, to złamiesz sobie zęba. Piryt dlatego bywa nazywany „złotem głupców”. Myślę, że grzech można porównać właśnie do pirytu. Świeci się to, ulegam jego ułudzie. Myślię, że złoto. Biorę, żeby sprawdzić. A tu łamię zęba Nie warto. A tym bardziej nie warto, kiedy mam wybór między złotem a pirytem, wybierać pirytu. Zdecydowanie nie jest to opłacalne. A tak robimy. Mamy złoto łaski uświęcającej, oraz złoto możliwości realizacji zgodnie z Bożym prawem tej wartości, za którą tęsknimy tak naprawdę, wybierając grzech ale błyszczy nam ten piryt i myślimy będzie złoto, ale fajnie. A tu lipa.

 

No to w sumie by było na tyle na dziś.

* Oczywiście to Mateusz a nie Zacheusz pospraszał kumpli na kolację po swoim powołaniu. Pomylili mi się. Ale nie sądzę, by wizyta Jezusa u Zacheusza nie była również impreza ze sporą liczbą gości. Wiadomo, że znajomych Zacheusza. Ale sama Biblia o tym nie wspomina.

Wszystko się rypło, usprawiedliwienie i stare herezje

Krótka instrukcja: ten wpis trzeba albo przeczytać cały, albo początek, a potem wnioski końcowe, a następnie wrócić do środkowej części. 😉 Mam nadzieję, że tym samym przeciwdziałam niechęci do przeczytania go z racji na kulturę Internetu, czyli słowa krótkiego. 😉

Dzisiejszy wpis będzie wyjaśnieniem kilku spraw. Inspiracją do niego jest dla mnie przede wszystkim punkt 407 Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Nauka o grzechu pierworodnym – związana z nauką o Odkupieniu przez Chrystusa – daje jasne spojrzenie na sytuację człowieka i jego działanie w świecie. Przez grzech pierwszych rodziców diabeł uzyskał pewnego rodzaju panowanie nad człowiekiem, chociaż człowiek pozostaje wolny. Grzech pierworodny pociąga za sobą „niewolę pod panowaniem tego, który ma władzę śmierci, to jest diabła” (Sobór Trydencki: DS 1511; por. Hbr 2, 14). Nieuwzględnianie tego, że człowiek ma naturę zranioną, skłonną do zła, jest powodem wielkich błędów w dziedzinie wychowania, polityki, działalności społecznej (Por. Jan Paweł II, enc. Centesimus annus, 25. i obyczajów”.  No dobra, ale co trzeba uwzględniać? Znajdujemy to w kolejnych punktach i w innych dokumentach Kościoła, np. w punkcie 400:

„Ustalona dzięki pierwotnej sprawiedliwości harmonia, w której żyli, została zniszczona; zostało zerwane panowanie duchowych władz duszy nad ciałem (Rdz 3, 7.; jedność mężczyzny i kobiety została poddana napięciom (Rdz 3, 11-13.; ich relacje będą naznaczone pożądaniem i chęcią panowania (Rdz 3, 16). Została zerwana harmonia ze stworzeniem; stworzenie widzialne stało się wrogie i obce człowiekowi (Rdz 3, 17. 19). Z powodu człowieka stworzenie „zostało poddane marności” (Rz 8, 20). Na koniec zrealizuje się wyraźnie zapowiedziana konsekwencja nieposłuszeństwa (Rdz 2, 17.: człowiek „wróci do ziemi, z której został wzięty” (Rdz 3, 19). Śmierć weszła w historię ludzkości (Rz 5, 12)”.

Mówi też o tym Sobór Watykański II: „W ciągu bowiem całej historii ludzkiej toczy się ciężka walka przeciw mocom ciemności; walka ta zaczęta ongiś u początku świata trwać będzie do ostatniego dnia, według słowa Pana. Wplątany w nią człowiek wciąż musi się trudzić, aby trwać w dobrym, i nie będzie mu dane bez wielkiej pracy oraz pomocy łaski Bożej osiągnąć jedności w samym sobie (Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 37)”

I jeszcze raz Katechizm w punkcie 418: Na skutek grzechu pierworodnego natura ludzka została osłabiona w swoich władzach, poddana niewiedzy, cierpieniu i panowaniu śmierci; jest ona skłonna do grzechu (tę skłonność nazywa się „pożądliwością”).

Oczywiście sytuacja nie jest przegrana, bo mamy Zbawiciela, mamy łaskę, a i nasza natura nie została zniszczona, lecz jedynie zraniona. Ale musimy pamiętać o tym, że mówiąc potocznie „wszystko się rypło” i nasza natura choć jest tą samą, nie jest już taką samą jak przed grzechem pierworodnym i dotyczy to właśnie człowieka, a nie innych stworzeń (które tylko pośrednio są dotknięte nieporządkiem, jaki człowiek, który miał nad nimi panować, wprowadził w świat, a co więcej one z racji braku takich władz jak pełny rozum i wolna wola, nie ponoszą odpowiedzialności moralnej za swoje czyny i cokolwiek czynią zgodnie ze swoimi naturalnymi skłonnościami, czynią zgodnie z wolą Bożą). Pisałam już o tym we wcześniejszych postach.

Zanim przejdę do puenty, by swoistą klamrą zamknąć ten tekst, wracając do kwestii wychowania, zacytuję jeszcze kilka fragmentów Dekretu o usprawiedliwieniu Soboru Trydenckiego:

Kan. 1: Jeśli by ktoś twierdził, że człowiek może być usprawiedliwiony przed Bogiem przez swoje czyny dokonywane albo siłami ludzkiej natury, albo dzięki nauce Prawa, lecz bez łaski Bożej poprzez Jezusa Chrystusa, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Myślę, że tu nie trzeba komentarza. Nie ma czegoś takiego jako samozbawienie lub zbawienie tylko na podstawie prawego życia, bez skorzystania z owoców męki Chrystusa, bo był grzech pierworodny.

Kan. 2. Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będziewyłączony ze społeczności wiernych.

Błędny jest pogląd, że ktoś może tylko swoją wolną wolą bez łaski Bożej (nawet zakładając wielki wysiłek) żyć sprawiedliwie i jednocześnie zasłużyć na życie wieczne sam.

Kan. 16: Jeśliby ktoś twierdził z bezwzględną i nieomylną pewnością a bez specjalnego
objawienia, że na pewno uzyska ten wielki dar wytrwania aż do końca – niech będzie
wyłączony ze społeczności wiernych. 

Czyli tak jak w Biblii: Kto stoi, niech baczy, aby nie upadł (por. 1 Kor 10, 12). Nikt nie może być pewny, że się mu noga nie podwinie.

Kan. 18: Jeśliby ktoś twierdził, że przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. 

Czyli błędne jest przekonanie, że przykazania Boże z pomocą łaski Bożej są niemożliwe do zachowania.

Kan. 22. Jeśliby ktoś twierdził, że usprawiedliwiony albo może wytrwać w otrzymanej
sprawiedliwości bez specjalnej pomocy Bożej, albo że z nią nie może wytrwać – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Odrzucenie błędu z punktu 18 ale i błędu odwrotnego czyli przekonania, że bez pomocy łaski Bożej można wytrwać w świętości, wiernie zachowywać Boże przykazania, tak po prostu samemu z siebie.

Kan. 23. Jeśliby ktoś twierdził, że człowiek raz usprawiedliwiony nie może już więcej
grzeszyć ani też utracić łaski i że dlatego ten, kto upada i grzeszy, nigdy nie był prawdziwieusprawiedliwiony, albo przeciwnie – że sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich, jeżeli nie łączy się to ze specjalnym przywilejem Bożym, jak to Kościół utrzymuje o świętej Dziewicy – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Czyli nie ma na tym świecie nikogo poza Maryją i oczywiście Jezusem, który by od chrztu świętego aż do swojej śmierci nie popełniał przynajmniej lekkich grzechów. Po prostu. Tak jest.

Kan. 27. Jeśliby ktoś twierdził, że nie istnieje żaden grzech śmiertelny poza grzechem
niewiary i że przez żaden, choćby najcięższy grzech, z wyjątkiem grzechu niewiary, nie
można utracić raz otrzymanej łaski – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

A podobno opcja fundamentalna, to nowinka teologiczna. Jak widać raczej jedna z gałęzi złego drzewa, o którym mowa w tym punkcie 4 wieki wcześniej. 😉

Kan. 29. Jeśliby ktoś twierdził, że ten, kto upadł w grzech po chrzcie, nie może przy łasce
Bożej powstać, albo że może odzyskać utraconą sprawiedliwość przez samą wiarę bez sakramentu pokuty (wbrew temu), jak dotąd wyznawał, zachowywał i uczył święty, rzymski i powszechny Kościół, pouczony przez Chrystusa Pana i Jego Apostołów – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Odrzucenie Judaszowej rozpaczy. Odnośnie wzmianki o sakramencie pokuty i mogącego się pojawić pytania o żal doskonały. W sensie ścisłym mowa tu o wierze, a nie o żalu, to po pierwsze. Po drugie, żal doskonały gładzi grzechy ciężkie, ale kiedy połączony jest z pragnieniem spowiedzi, gdy tylko będzie ona fizycznie możliwa.

No dobra, to teraz WNIOSKI KOŃCOWE.

Tym, co niezmiennie fascynuje mnie w katolickiej wersji chrześcijaństwa jest to, że jest to wersja „i i”, a nie „albo albo”. Stąd też, gdy mamy wątpliwości, co jest poglądem katolickim, a co nie, w wielu przypadkach nie są nimi postawy skrajne. Przykład: Jezus nie jest ani tylko człowiekiem, ani tylko Bogiem, ale i Bogiem, i człowiekiem. Dobrze to też pokazują przytoczone przez mnie kanony Soboru Trydenckiego (byłoby to jeszcze wyraźniejsze, gdybym też przytoczyła te o uczynkach, ale wówczas ten post byłby jeszcze dłuższy, a ja muszę iść spać :D). Zresztą tematem „jak się do tego mają uczynki?” na pewno się jeszcze zajmę. Zasada „i i” ma też swoje zastosowanie w ocenie wielu poglądów filozoficznych względem doktryny katolickiej (czy są koszer, czy nie 😉 ).

Zarówno pogląd, że natura ludzka jest kompletnie zepsuta i że człowiek nie jest w stanie zachowywać przykazań Bożych, nawet z łaską Bożą, jest niekatolicki, jak i drugi, że człowiek ze swojej natury sam w sobie, bez Bożej pomocy może osiągnąć harmonię w samym sobie, zdobyć wszystkie cnoty itp. Oba błędy są dziś powszechne w podejściu do siebie, do drugiego człowieka i w wychowaniu. Oba opierają się o…naturalizm, czyli odrzucenie wszelkiego innego porządku w świecie i założenie, że natura ludzka jest swoistym bogiem (w przypadku pierwszym takim złym bogiem, a w przypadku drugim dobrym). Pierwszy pogląd będzie prowadził do przekonania, że praca nad sobą w ogóle nie ma sensu i w sumie… róbta co chceta, bo i tak lepiej z nami nie będzie. No i Pan Bóg i tak wszystko nam przebaczy i to z automatu, bo przecież nie da się w ogóle żyć moralnie. Przyjęcie takiego poglądu ma oczywiście opłakane skutki. Co ciekawe takie przekonanie żywiło część gnostyków. Druga część była bliska drugiemu przekonaniu, dziś o wiele częściej będzie można spotkać wśród osób wierzących. Herezja bywa często dwugłową hydrą i tak jest w tym przypadku. To pogląd skrajnych ascetów, chcących nie tyle być wiernymi Bożemu prawu, ile nie mieć w ogóle pokus przeciw temu Prawu (nie mam na myśli katolickiego ascetyzmu, a sekciarski potępiany wielokroć przez Kościół) ale i tych „mistrzów” wychowania, którzy oczekują od dziecka, wychowanka, podopiecznego, owieczki itp., natychmiastowej zmiany z punktu A (grzeszność) do punkt Z (doskonała świętość) z pominięciem łaski Bożej (taki skrajny pogląd niektórych nurtów psychologicznych i duchowościowych – sam jesteś w stanie mocą tylko swojej natury dojść do harmonii i doskonałości, ba, jest ona już w tobie, tylko musisz ją odkryć). Musisz się bardziej starać, jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. A jak ci nie wyszło, to jesteś trąba. I jesteś w ogóle beznadziejny, bo masz być perfekcyjny. Najlepiej natychmiast. Bo nasza natura jest bardziej skłonna do dobra niż do zła (jest na odwrót, ale to nie znaczy, że dobro nas nie pociąga i że wielu kwestii moralnych nie możemy odkryć w sobie jako dążność najgłębszej części nas samych). Obie postawy to ewangelia rozpaczy. Jedna jest skokiem w przepaść. Druga próbą zdobycia Mount Everestu bez przygotowania i maski tlenowej. A katolicyzm ma odpowiedź tak bardzo chroniącą od rozpaczy, zdrową dla naszej psychiki i rozwijającą nas w ciągłej wędrówce i wzroście w cnotach.

Dzięki Ci, Boże, za Jezusa Chrystusa, Jego zbawienie, krzyż i zmartwychwstanie, dzięki którym możemy iść stopniowo, trzymając Cię za rękę na Mount Everest, z linami, hakami, w rakach i z tlenem. Dzięki Ci za Twoją łaskę, za sakramenty i wszystkie inne pomoce. Jesteś dobry, nie wymagasz niemożliwego, dajesz łaskę dla zachowania Twoich przykazań, ale i wiesz, jaka jest nasza natura i dlatego dałeś nam sakrament pokuty.

Miłosierdzie rodzi miłosierdzie

W ostatnim czasie dużo myślałam o tym, że z doświadczenia miłosierdzia Bożego i dobroci innych, rodzi się w naturalny sposób potrzeba świadczenia miłosierdzia.

Niekiedy uczymy się od razu, czasami zabiera to długie lata, że oprócz bycia biorcą miłosierdzia (co będzie naszym udziałem do końca życia), powinniśmy stawać się też jego dawcami. Ale finalnie tak właśnie się dzieje. Wielu świętych, którzy życie poświęcili posługom miłosierdzia, doświadczyło wpierw w szczególny sposób tego, że są dłużnikami miłosierdzia Bożego. Pozwolę sobie przytoczyć fragment o św. bracie Albercie:

Adam rzuca wszystko i wstępuje do jezuitów w Starej Wsi. Ale wtedy naprawdę nie chodziło o Pana Boga. Religia broni go przed tym, co dzieje się z innymi kolegami malarzami, którzy się staczają. Jego ta religia chroni, bo mu tego wszystkiego zakazuje. Ale tu nie chodzi o Pana Boga, tylko o siebie samego. Adam ratuje się przed zgubą.
Więc uciekł. Znalazł się wreszcie w świecie, gdzie z tymi swoimi ideałami się zmieści. Teraz postawi sobie poprzeczkę i będzie do niej doskakiwał. Świat już go nie będzie niszczył. Już nie będzie oglądał tych artystów, których sztuka sponiewierała…

Ten jeden niedopałek
Aż do… jednego niedopałka, który znalazł w ogrodzie. Obiecał Panu Bogu, że się bezwzględnie wyrzeknie palenia tytoniu. To był jego problem. Ale on – nie da rady?! Więc złożył ślub. A jednak kiedyś go skusiło. Zobaczywszy niespodzianie niedopałek, podniósł go gorączkowo i niemal w jednej chwili w siebie wchłonął. Wówczas odezwał się silny wyrzut – coś ty zrobił? Tak dotrzymujesz obietnicy Panu Bogu? Załamał się, wpadł w depresję. Trzeba go było zawieźć do Lwowa na leczenie.
Miał bardzo wysoko postawiony ideał, kim może być jako człowiek, i zrobił dla tego ideału wiele. Ale to jest taki czas w jego życiu, o którym ks. Konstanty Michalski mówi, że w Adamie „góruje natura nad łaską”. Wszystko było jego własne: sam, sam, sam. Naraz ideały runęły. Zrobił dla nich wszystko – odszedł ze świata, w którym czuł się świetnie, do którego aspirował; chciał być wśród malarzy, tam miał przyjaciół, to była jego rzeczywistość. Zostawił to. Poszedł do klasztoru, myśląc: będę kimś. Zerwę kajdany, mnie sztuka nie skorumpuje, nie będę bałwochwalcą. I rozbił się… o papierosa.

Noc miłosierdzia
Nastały bolesne miesiące. Sam o nich mówi: „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów (nie chodzi o chorobę psychiczną – G.R.), ale przechodziłem okropne męki i skrupuły i katusze najstraszniejsze”. Po tych miesiącach przyjechał do jego brata, gdzie Adam wówczas mieszkał, ks. Leopold Pogorzelski, proboszcz z sąsiedztwa. Gdy Adam siedział na ganku, ksiądz z bratem w pokoju obok rozmawiali o Bożym miłosierdziu. Na tyle głośno, że Adam w nocy siadł na konia i pojechał do księdza na plebanię. Po kilku godzinach wrócił jako zupełnie inny człowiek.
To jest nawrócenie Adamowe. Nawrócenie nie z tego, że był niegodziwy, bo był więcej niż godziwy. Robił w życiu więcej, niż niejeden uważa, że warto. Dawał z siebie więcej niż wszyscy jego koledzy artyści razem wzięci. Ale robił to wszystko sam. Tej jednej nocy odkrył, co to znaczy miłosierdzie Boga. Gdyby tego nie przeszedł, to jak by się wyzbył osądów wobec świata? Człowiek, który nie mógł ścierpieć kolegów malarzy, miałby później służyć pijakom, bezdomnym, bez osądu i potępiania? Bez podejrzliwości? Ze zrozumieniem dla słabości? Jak taki moralizator i krytykant miałby wejść w charyzmat „albertyński”, gdyby nie odkrył, czym jest łaska? (źródło: https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2015/Przewodnik-Katolicki-47-2015/Wiara-i-Kosciol/Umarl-Adam-narodzil-sie-Brat-Albert?fbclid=IwAR0zLhyggcijYGffLa0y1mYZP8LQBPKi5MMCVCfiikgy076MdUXYpBjIeME)

 

Bóg chociaż nie chciał tego upadku i psychicznego załamania Alberta, dopuścił go, wiedząc, że wyprowadzi z niego jeszcze większe dobro. Czasami nasza pycha jest tak duża, że jedynym sposobem, by nas z niej wyleczyć, jest pozwolić nam doświadczyć własnej słabości, czy grzeszności. Bóg bowiem zła nie chce nigdy, ale jeżeli je dopuszcza, to tylko dlatego, że jest możliwe, że obróci się ono ku naszemu zbawieniu. Oczywiście, czy tak się stanie, zależy od nas, od naszej woli – czy to zło i grzech Bogu oddamy.

Św. Paweł napisał: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga”.

2 Kor 1, 3-4

To dzięki Niemu mamy siłę pocieszać braci prawdziwym nie przelotnym pocieszeniem. Nie dzięki nam samym. To nie z nas. Jesteśmy tylko i aż Jego narzędziami (wolę mówić sługami, bo narzędzie brzmi nieosobowo). To nasz obowiązek a nie zasługa. Jezus opowiadając przypowieść o nielitościwym dłużniku, przestrzega nas przed korzystaniem z miłosierdzia Bożego i nie okazywaniem współczucia bliźnim (por. Mt 18, 23-35).

Myślę, że mamy codziennie dziesiątki możliwości świadczenia miłosierdzia innym. Uśmiech, życzliwe słowo, usłużenie w kuchni, otwarcie drzwi, ustąpienie pierwszeństwa, przebaczenie zniewagi (co nie oznacza jej przemilczenia – powiedzenie: jest mi przykro, boli mnie to, tak naprawdę może otworzyć drogę do głębokiego pojednania i nawrócenia bliźniego), rozmowa z tym, kto jej potrzebuje; zainteresowanie się samotnymi, chorymi i ubogimi wokół nas, wolontariat. Kto zacznie to czynić, szybko przekonuje się, że nawet zmęczenie wskutek służby innym, jest pełne radości i satysfakcji, bo „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Wielokrotnie tracimy czas, ale także radość, nie angażując się w pomoc innym. Czynienie miłosierdzia jest jednak o wiele łatwiejsze właśnie wtedy, gdy mamy poczucie, że my także otrzymujemy miłosierdzie od Boga i od innych. Dopóki tego nie doświadczymy, dotąd będziemy myśleli, że się spalamy dla innych, a nie że robimy coś naturalnego, co Bóg i inni czynią także wobec nas. Może właśnie dlatego święci po doświadczeniu Bożego miłosierdzia nie tylko czynią miłosierdzie, ale robią to bez wypominania, z radością. Trudno bowiem dawać i nie wypominać, jeśli wpierw nie umie się brać.

Służba innym może wiele radości, szczęścia, satysfakcji, poczucia spełnienia, rozwijania siebie i własnych zdolności, talentów. Czasami uśmiech i łzy wzruszenia w oczach drugiego człowieka, są o wiele większą nagrodą, niż pieniądze, gdybyśmy wykonywali daną posługę jako źródło zarobków.

 

 

Augustyn, Escriva i składanie

Dzisiejsze Słowo jest zbyt obfite, by je komentować na szybko i jeszcze do tego wrócę. Ale czasami wrzucać będę też pewne skojarzenia ze Słowem, które dla mnie są tym bardziej cenne, im bardziej okazuje się, że pewne wątki występują u różnych autorów duchowych.

 

Dziś słuchając filmiku o. Szustaka, który cytuje św. Augustyna (obejrzycie sobie po prostu): https://www.youtube.com/watch?v=ik5vCXu8TqA&t=

przypomniało mi się, że ten motyw – rozbicia i poskładania przez Boga, był też u św. Josemarii, w którego nauczanie kiedyś się mocno wczytywałam i wiele z niego pamiętam. No i znalazłam, posłuchajcie: https://opusdei.org/pl-pl/video/film-jestem-rozbity-ale-suze-dalej/

Kurczę, pięknie mi to koresponduje z wczorajszym wpisem… Chwała Bogu, chwała Duchowi Świętemu!

Pamiętajcie- nie ma takiego rozbicia, którego Bóg nie mógłby z powrotem złożyć, choćbyście się kiedyś w pył roztłukli. Zresztą… przecież On nas wskrzesi z prochu ziemi, kompletnie rozłożonych na pył… Dajcie się Mu poskładać i posklejać! Tylko tyle trzeba – naszej zgody, naszej woli.

Do wkrótce. 😉

 

 

 

 

Krew Jezusa i bramy Jeruzalem

Ostatnie kilka dni nie bardzo miałam czas i nastrój, by pisać. Ale cieszę się z tego, bo mój ostatni wpis dłużej „powisiał”. Koleżanka po przeczytniu mojego wpisu, powiedziała mi, że nigdy nie słyszała dotąd, że zbawienie jest dziełem miłosierdzia a nie sprawiedliwości. To razem z poniżej przytoczonym ostatnio częstym motywem w Słowie w liturgii, odczytuję w jednym kluczu – Pan Bóg chce, aby głosić Jego zbawienie, aby głosić kerygmat.

W ostatnim wpisie wybrzmiał kerygmat. A Słowo aż dwukrotnie w międzyczasie (jeśli ktoś był na Mszy z formularza o Matce Bożej Miłosierdzia) przypomniało: „Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela naszego, Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego”. (Tt 3,5-7). Wczorajsze Słowo z Listu do Hebrajczyków wprawdzie kończy się na wersecie 18, ale warto przytoczyć werset 19: „Mamy więc pewność, bracia, że wejdziemy do miejsca świętego dzięki Krwi Jezusa”. (Hbr 10, 19).

 

 

Jeśli mamy szaty obmyte w Jego Krwi (we chrzcie i w sakramencie pokuty), wejdziemy. Choćby nas oskarżyciel dniem i nocą oskarżał. Wejdziemy do miejsca świętego, dzięki Krwi Jezusa.

„Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała 
i aby bramami wchodzili do Miasta”. (Ap 22, 14)

A dzisiaj w liturgii zaczynamy czytać Księgę Apokalipsy.

Może pobądźmy jeszcze z tym Słowem nadziei. To prawda, że w dzisiejszym świecie wielu jest ludzi, którzy Bogiem się nie przejmuje, a nawet o Nim nie myśli, a miłosierdzie Boże traktuje jak coś, co się im po prostu należy. Ale jest też bardzo wielu złamanych na duchu, skreślających samych siebie, zrozpaczonych, nie widzących światła w tunelu. Przybitych nie tylko zewnętrznymi okolicznościami, ale także własną słabością i grzechem. Przeklinających siebie, czujących do siebie obrzydzenie. Załamanych własną bezsilnością i bezradnością. Może niektórzy ateiści i sceptycy powiedzą: oto owoc wiary, moralności. Nie jest to prawdą. Ileż po tym świecie chodzi ludzi wewnętrznie przetrąconych, zranionych, załamanych, którzy nie są chrześcijanami albo dawno temu odeszli od praktykowania wiary. Jeśli ktoś myśli, że wyrzuty sumienia, że ból i smutek, który człowiek czuje z racji swoich życiowych błędów, jest doświadczeniem tylko wierzących, niewiele wie o człowieku. Zabójstwo boli każdego, zdrada, oszczerstwo, łajdactwo sprawiają, że nawet niereligijny człowiek zmaga się z poczuciem winy. Tylko, że świat doczesny i jego sposoby nie dają ostatecznej odpowiedzi na to poczucie winy. Nie są w stanie zdjąć z ludzkich barków ciężaru przeszłości. Do tych wszystkich, tych daleko i tych blisko (chrześcijan i tych, którzy z chrześcijaństwem niewiele mają wspólnego) przychodzi Jezus i mówi: bramy mojego miłosierdzia są otwarte, im bardziej jesteś chory, tym szybciej do mnie przyjdź! Nie przyszedłem do sprawiedliwych, ale do grzeszników (por. Mk 2, 17). Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale chorzy! Przyjdź do Jezusa wtedy, gdy jesteś chory, gdy jesteś grzeszny. Wielu z nas mówi: ok, teraz jestem chory, to się najpierw tak choć trochę poprawię i potem przyjdę do Jezusa i powiem Mu: no tak, tydzień temu byłem bardzo chory, ale teraz ten tydzień to już nie miałem nawet katarku. Czekamy ze spowiedzią, „aż się poprawimy”. Podczas gdy Jezus, chce nam dać leki, opatrunki i siłę do poprawy w sakramencie pokuty.

Ten post jest do tych wszystkich, którzy się źle mają i którzy nie widzą już sensu. Przyjdźcie i opłuczcie swoje szaty we Krwi Baranka, a wejdziecie do Niebieskiego Jeruzalem. Kto odda Jezusowi swój grzech, może być pewny, że grzech ten jest już skreślony, zmazany („skreślił zapis dłużny” por. Kol 2, 14). Możesz być pewny, że będziesz zbawiony, dzięki Krwi Chrystusa. Tylko z Niej skorzystaj! Nie ma takiego dołu, takiej nędzy, takiego grzechu i takiego zła, do którego nie mogłaby dotrzeć moc krzyża i zmartwychwstania Jezusa! Nie pozwól sobie wmówić czegoś innego. Jeśli jesteś wśród tych, których szatan kusi rozpaczą, przyjdź do Jezusa i oddaj Mu to, co Cię od Niego oddala i gnębi. Niechaj się nie lęka do Mnie zbliżyć dusza słaba, grzeszna, a choćby miała więcej grzechów niż piasku na ziemi, utonie wszystko w otchłani miłosierdzia Mojego” (Dz 1059)

 

Kelner, miłość, jajko i skorpion…

Dzisiejsze Słowo (Łk 17, 7-10):

Jezus powiedział:

«Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”».
Wczoraj koleżanka podesłała mi wywiad z Agnieszką Chylińską, w którym mówi ona w poruszający sposób o swoim życiu, o swoim żalu, tęsknocie, bólu, cierpieniu, nawróceniu i byciu w zupełnej szczerości przed Bogiem. O dojrzeniu do tej szczerości, zrzuceniu maski, spotkaniu z Nim taka, jaka jest. O RELACJI z Bogiem.

Kiedyś usłyszałam przepiękne zdanie: Zbawienie jest dziełem miłosierdzia, a nie sprawiedliwości. Rzadko kiedy o tym myślimy. Za rzadko. Diabeł ma 2 strategie jak nam zbawienie utrudnić. Albo przedstawia nam obraz zbawienia jako coś, co się nam należy, jak psu buda i chulaj dusza, piekła nie ma. Albo mówi nam, że musimy na zbawienie zasłużyć. I że nad nami stoi Pan Bóg z bejsbolowym kijem i tylko czeka aż nam się noga podwinie, żeby nam wtedy pokazać, kto tu jest silniejszy. A że się noga w końcu podwinie, to w sumie po co się starać – i tak się nie uda, niebo nie dla Ciebie… A Bóg ani taki, ani taki. Ani On ciepłe kluchy ani żandarm. Ale o tym to sobie jeszcze kiedyś pogadamy. 😉

To Słowo jest dziś dla mnie Słowem właśnie o tym – zbawienie jest dziełem miłosierdzia a nie sprawiedliwości. Jeśli wypełniasz dobre uczynki, żyjesz zgodnie z Jego Prawem, to wypełniasz swój OBOWIĄZEK. Jesteś kelnerem i robisz swoją robotę profesjonalnie. Nie tłuczesz talerzy i nie mylisz stolików. Naprawdę nie należą Ci się famfary. Ani zbawienie. Zbawienie możesz dostać dlatego, że Jemu się tak podobało – przyjść na ziemię, objawić nam Ojca, umrzeć za nas na krzyżu, zmartwychwstać i posłać nam Ducha. Wcale nie musiał. Chciał. Z miłosierdzia. Nie stawaj do modlitwy z wyliczanką o swoich postach i jałmużnach. Nie rób tej komedii. Proś Go o miłosierdzie. On Cię może zbawić. Z miłosierdzia. Człowieka i Boga po grzechu pierworodnym dzieli PRZEPAŚĆ. On przerzucił most nad tą przepaścią. Bo chciał. Tym mostem jest krzyż. Wejdź na ten most. Idź. Proś Go, żebyś przeszedł do końca. Wiesz, że sprawiedliwy Hiob, Abraham, Noe, prorocy Starego Testamentu i sama Maryja, oglądają Boga twarzą w twarz, TYLKO DLATEGO, ŻE ON ICH ODKUPIŁ, tylko ze względu na Jego mękę i zmartwychwstanie? Jezus umarł nawet za Maryję. Ona została zachowana od grzechu pierworodnego, dzięki krzyżowi Jezusa. „Mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego” Tak brzmi ten dogmat. Wiesz o tym, że żaden z najsprawiedliwszych ludzi na ziemi po grzechu pierworodnym, nie mógłby oglądać Boga tylko ze względu na to, że żył dobrze? Tyle o tej drugiej pokusie zasługiwania.

Została jeszcze pierwsza – zbawienie mi się należy. Nie wdając się w szczegóły, powiem Ci tak. Wiesz, że będziemy sądzeni z miłości do Boga i do bliźniego, prawda? Tak mówi św. Jan od Krzyża. Nikt nie wejdzie do nieba, kto nie będzie trwał w chwili śmierci w stanie miłości do Boga (łasce), nawet gdyby nie wiem jak żył sprawiedliwie. Musi mieć łaskę, udzieloną przez Boga czy to sakramentalnie czy pozasakramentalnie, ale jednak. I nie jest to żadna niesprawiedliwość, bo zbawienie nie jest dziełem sprawiedliwości. Ale…

Pamiętasz tą historię, gdy Jezus mówi, że żaden ojciec nie da synowi skorpiona, gdy ten prosi go o jajko (Łk 11, 11-12)? Jeśli ktoś, kogo kocham, mówi mi: proszę Cię, nie rób tak w mojej obecności, bo tego nie lubię; nie dawaj mi tej kanapki z serem, jak wiesz, że nie lubię itd,, to będziemy mu to robić? Nie że się zapomnimy, ale tak celowo? No nie. I nie ma znaczenia, czy byłaby kara, czy nie. Bo kochacie. Jeśli kochasz Boga i On Ci podaje listę rzeczy, które Mu sprawiają przykrość i mówi: proszę, nie rób tego. Bo mnie boli, jak tak robisz. Może dzisiaj nie rozumiesz, dlaczego, zrozumiesz kiedyś, ale proszę, nie rób tak. Będziesz robić wbrew Jego prośbie? No nie. Może czasami się zapomnisz, albo Cię diabeł zaślepi i mu ulegniesz, omami Cię tym, jakie to super cacko zakazane, ale tak złośliwie Mu tego robić nie będziesz. Bo Go kochasz.

Niektórzy święci mówili, że przychodzi taki moment w życiu duchowym, że wierzysz w to, że jest piekło, przestrzegasz przed nim ludzi, ale mówisz, że w sumie jest ci to obojętne dla Twojego życia duchowego. W jakim sensie? Chcesz żyć moralnie, nie chcesz Mu sprawiać przykrości, bo Go to boli. A jak Mu tę przykrość sprawisz, to chcesz jak najszybciej Go przeprosić. Pewnie, by w pełni do takiej Miłości dojść, trzeba przejść bardzo długą drogę. Obym miała kiedyś, Panie, taką miłość do Ciebie…
Widzisz teraz różnicę między tym, kto grzeszy i nawraca się w chwili śmierci a tym, kto grzeszy zuchwale do śmierci? Ten pierwszy kocha, poznaje ogrom zła i bólu, który zadał ukochanej Osobie i żałuje. I Miłość mu otworzy bramę raju. Jakże inny jest stan tego, kto robił Bogu przykrości zuchwale (i tak mi przebaczy) i tak stwardniało jego serce, tak zziębło, że aż stało się kamieniem do dnia jego śmierci. Taki nie ma w sobie miłości i dlatego Miłość nie może mu otworzyć bramy raju, choć bardzo chce. I to jest właśnie grzech przeciw Duchowi Świętemu. Boże miłosierdzie jest wszechmocne wobec autentycznego żalu nawet w ostatniej sekundzie życia, ale tego, kto przynajmniej tęsknił za Miłością, kto spotykając się w chwili śmierci z Panem, chciał, żeby chociaż ostatnie drgnienie serca było dla Niego. Boże miłosierdzie jest bezradne wobec tego, kto nie ma w sobie miłości i nie chce jej mieć. Bo jaka to miłość, bić ukochanego po twarzy i mówić – i tak mi przebaczysz, uderzę cię jeszcze raz… To jest otchłań piekła…
Co ma do tego Chylińska? A no to właśnie. Ona żałuje. I miłuje. I ma z Bogiem relację. I tej relacji chce i pragnie. Wiele jej przebaczono, bo bardzo umiłowała. A ten, komu mało się wybacza, mało miłuje (por. Łk 7, 47). Bo miłość Bożego przebaczenia jest pierwsza. Bo umiłował nas, gdyśmy jeszcze byli grzesznikami(Rz 5, 8). Umiłował ją, jeszcze wtedy, gdy była taka, jak się określa.