Mistyka 365 białych kartek kalendarza

Nowy Rok… Jest coś mistycznego w bieli kartek kalendarza. Jest w nich tajemnica brzemienna nadzieją, jak i niepewnością z lękiem. Czy każdą z tych 365 kartek będzie mi dane obrócić? Nie wiem. Czy każda z nich będzie w przestrzeni mojego życia zapisana jedynie tym co piękne i dobre? Nie wiem. Ile z nich pokryją bazgroły, albo – nie daj Boże- czarne plamy i kleksy? Nie wiem.

Ale nadzieja zwycięża nad obawami. I dlatego lubię brać do ręki taki nietknięty jeszcze kalendarz. 365 dni to 365 szans. Kalendarz jest w moich rękach, jak i moje życie. To ode mnie zależy, co zrobię z tymi dniami. Zapewne wydarzą się w tym roku także sytuacje ode mnie niezależne, ale i w ich przypadku, ode mnie zależy, co z nimi zrobię. Ktoś przyjdzie, ktoś odejdzie, czyjaś świeca rozbłyśnie płomieniem, a czyjaś zgaśnie, gdzieś zakończy się wojna, a gdzieś wybuchnie, ktoś pochwali a ktoś zgani. Jak je wykorzystam? Obrócę w szansę, wyzwanie, zadanie, lekcję, nauczkę, czy uderzę nimi w siebie lub innych, przygnębię i pognębię. Mogę wytrwale szukać sensu w tym, co zewnętrznie zdaje się bezsensem. Mogę się zatrzymać, zrobić kilka kroków dalej lub wstecz, by zobaczyć właściwą perspektywę, w której to, co z bliska stanowi chaos, z daleka tworzy pejzaż. To mój wybór. Moja decyzja.

365 dni to 365 szans. Na to, by wygrało to, co dobre z tym, co złe. Każdy poranek daje mi nową białą niezapisaną kartkę. Nawet jeśli, na którejś z nich zrobię wielkiego kleksa, mogę wziąć do ręki korektor. Gdy nabazgram mogę wziąć gumkę do mazania. To też zależy ode mnie. Budzę się z białą kartką. Czy zasnę z pięknie zapisaną lub po prostu wymazaną i na powrót białą, to też mój wybór. Każda spowiedź to użycie korektora/gumki do mazania. Jeśli będzie kleks lub bazgroły, trzeba jej użyć. Najszybciej. Aby kleks nie przesiąkł na kolejne strony i nie zniszczył jeszcze więcej. Trzeba go usunąć.

365 dni to 365 szans. Obym 31.12.2019 patrząc wstecz i przeglądając już zużyte kartki kalendarza, mogła z radością zauważyć, że żadna z nich nie pozostała z kleksem lub bazgrołami. I tego Wam wszystkim także życzę!

Fundament, Wigilia i wartości

Dobra, siadam i piszę. To jest dobry dzień na właśnie ten wpis. Miałam wprawdzie go napisać jakiś tydzień temu. Ale widocznie miał się pojawić w Boże Narodzenie.

 

Jakiś tydzień temu właśnie Internety obiegł bulwers i protest z powodu tego, że część rodziców żąda w szkołach Wigilii bez kolęd i bez jakichkolwiek akcentów religijnych. Trend ten zawitał też do miejsc pracy. Chrześcijanie ze słusznym oburzeniem, mówili, że to przecież oksymoron – jak można świętować Boże Narodzenie… bez Boga? Rozumiem to oburzenie, ale… uważam, że po części za takie pomysły odpowiadamy właśnie my – chrześcijanie. Wiecie dlaczego? Bo przez lata próbowaliśmy nauczać chrześcijaństwa od dachu, okien albo chociażby ścian, zamiast od fundamentu. A fundament jest jeden – Chrystus. Już św. Paweł to powiedział: „Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest” (1 Kor 3, 10-13).  Ja się nie dziwię, że cały budynek wiary legł w gruzach w sercach wielu ludzi, którzy przeszli katechizację, wyszli z chrześcijańskich rodzin i odwiedzali nasze kościoły. Dom bez fundamentu, choćby był zbudowany z najszczerszego złota i marmurów, musi się zawalić. Nie dziwię się też, że skoro ci ludzie nie dostali fundamentu, ba, czasami w ogóle o Nim nie słyszeli, robią zdziwioną minę, kiedy się im mówi, że my nie świętujemy wcale tych cegieł, złota i marmurów, tylko coś innego.

Co to ma wspólnego z tą całą wigilijną aferą? Już spieszę z wyjaśnieniem. Zacytuję wpierw Franciszka, który cytuje Benedykta: „Niezmordowanie będę powtarzał słowa Benedykta XVI, wprowadzające nas w serce Ewangelii: «U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie. Jedynie dzięki temu spotkaniu – lub ponownemu spotkaniu -z miłością Bożą, które przemienia się w pełną szczęścia przyjaźń, jesteśmy oswobodzeni z wyobcowanego sumienia i skoncentrowania się na sobie. Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty. W tym tkwi źródło działalności ewangelizacyjnej. Jeśli bowiem ktoś przyjął tę miłość przywracającą mu sens życia, czyż może powstrzymać pragnienie przekazania jej innym?» (Evangelii Gaudium,  pkt. 7-8).

 

A co myśmy usilnie robili przez lata? Zamiast powtarzać prawdę, że chrześcijaństwo to Osoba Jezusa, z której wynika wszystko inne: zasady etyczne i moralne, wartości, tradycje, postawy, mówiliśmy: świętujcie z nami, przecież chodzi o wartości: rodzina, ciepło, bliskość, miłość, troska o bliźnich, pokój, braterstwo. Mówiliśmy na okrągło o wartościach chrześcijańskich. I tak mamy pokolenie ludzi, którzy mówią: my chcemy świętować takie wartości jak rodzina, ciepło, bliskosć, miłość, troska o bliźnich, pokój i braterstwo bez Jezusa… To są wartości ogólnoludzkie. Wszystkie one zawarte są w chrześcijaństwie, podobnie jak wszystkie kwadraty mieszczą się w zbiorze prostokątów. Ale te wartości same w sobie nie są chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo to coś więcej. O wiele więcej. Wspomniane wyżej wartości bardzo często możemy znaleźć – niekiedy zupełnie lub częściowo inaczej rozumiane w innych religiach i systemach filozoficznych. One są właśnie tymi ziarnami prawdy, rozrzuconymi tam pośród błędu. Są prekatechumenatem dla nieochrzczonych. Ścieżką, która może pomóc im wejść na Drogę.  Scieżką wartą szacunku, uwagi i troski, podobnie jak to wobec tychże ziaren prawdy obecnych w kulturze greckiej czy rzymskiej czynili apostołowie. Ale nie są Drogą. Drogą jest Chrystus.

Dzisiaj nie świętujemy rodziny. Nie świętujemy bliskości. Światła, ciepła, pokoju, braterstwa i serdeczności. Świętujemy narodzenie się w konkretnym miejscu i czasie, konkretnego Człowieka, który jednocześnie jest Bogiem – Jezusa. Chrześcijaństwo jest wyborem pójścia drogą, którą On wskazuje. Ze względu na Niego. Ten wybór nie niszczy niczego, co dobre i szlachetne w naszej naturze, w naszych naturalnych ludzkich kulturowych wartościach. Ba, w końcu to On przez swojego Ducha to wszystko posiał. Ale choćbyśmy wyznawali wszystkie wartości chrześcijańskie i nimi żyli, nie oznacza to jeszcze, że jesteśmy chrześcijanami. I nawet jeżeli z racji na życie zgodne z sumieniem i niezawinione niepoznanie Jezusa lub (także niezawinione) nie uznanie w Nim Zbawiciela, mamy w takiej sytuacji szansę na zbawienie, to zbawieni będziemy przez Niego i na mocy Jego Krwi. To On jest sensem i istotą chrześcijaństwa.

 

Wróćmy do tego, o co prosi nas papież Franciszek i papież Benedykt XVI, a jeszcze wcześniej papież Jan Paweł II i wszyscy ich poprzednicy od apostołów – głośmy Jezusa.

 

„U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą”. Wszystko inne wynika z tego spotkania. To jest właściwa kolejność. Najpierw kładźmy fundament. Potem budujmy resztę. Fundament wręcz krzyczy o resztę. Reszta jest naturalną konsekwencją położenia fundamentu.

Świątecznie

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, życzę Wam wszystkim, czytającym mojego bloga, dużo radości z przyjścia na świat Mesjasza. Niech Światło płynące ze Żłóbka, dotrze do wszystkich obszarów Waszego życia, które są spowite mrokiem i ciemnością „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło” (Mt 4, 16). Zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

 

Od dłuższego czasu zbieram się do napisania dosyć istotnego dla mnie posta, dotyczącego bardzo właśnie tego wydarzenia – Bożego Narodzenia. Niestety jednak ciągle coś mi to zadanie utrudnia – a to obowiązki w pracy i zmęczenie, które dało mi się we znaki w ostatnim czasie, a to świąteczne sprawunki. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wreszcie napisać podczas tych Świąt. Może jednak też tak właśnie miało być.

 

Pozdrawiam Was serdecznie i jeszcze raz życzę Wam, aby Jezus narodził się w Waszych sercach na nowo. Niech to będzie czas, gdy klękając przy żłóbku, powiecie Mu – jesteś moim Mesjaszem i moim Panem, chcę przyjąć zbawienie, które mi przyniosłeś. Jesteś Zbawicielem Świata, Mesjaszem Izraela, Odkupicielem ludzkości, ale dla mnie ważniejsze jest to, że jesteś MOIM Zbawicielem,  MOIM Mesjaszem i MOIM Odkupicielem. Powiedzcie Mu to, proszę. 🙂

Sprawiedliwość Boża, ogórki, melony, pory, cebula i czosnek oraz tu i teraz

Dzisiaj kilka słów do czytań z tej niedzieli.

 

W pierwszym czytaniu z księgi proroka Barucha, uderzyło mnie zdanie: „Przyoblecz się w płaszcz sprawiedliwości pochodzącej od Boga„. (Ba 5, 2). Mamy sprawiedliwość od Boga, nam samym brak zasług, które mogłyby orędować za nami (dzisiejsza mszalna kolekta). Jesteśmy zbawieni z łaski, którą nie tylko przyoblekliśmy się, lecz która zmienia nas samych tak, że stajemy się nowym stworzeniem. Dla chrześcijan, którzy poznali nauczanie Jezusa, być może nie brzmi to jakoś szokująco. Ale to są słowa wypowiedziane przez Jezusem. Słowa starotestamentalnego proroka, który już widzi, że zbawi nas Boża sprawiedliwość. Że to będzie Jego dzieło, że sami nie damy rady wysłużyć sobie takiej sprawiedliwości, która po grzechu pierworodnym, otwarłaby nam niebo… Pragnąć łaski, przyjąć łaskę, trwać w łasce, bo tylko ona sprawia, że ocieniać nas będą lasy i drzewa pachnące (por. Ba 5, 8).

 

Kolejny fragment Słowa, na który chcę zwrócić uwagę to pierwsze wersety dzisiejszej Ewangelii. Pozornie mogłoby się wydawać, że są one tylko wstępem do następującego po nich streszczenia działalności Jana Chrzciciela. Niemniej to właśnie ten wstęp przykuł moją uwagę. „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i Trachonitydy, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni” (Łk 3, 1-2). Dla mnie jest to jeden z tych fragmentów Biblii, który objawia Imię Boga – JA JESTEM. Tu i teraz, w konkretnym czasie i miejscu, Bóg kieruje swoje słowo do Jana. On Jest. Działa w rzeczywistości. To nie demiurg, który stworzył ziemię i już więcej Go ona nie obchodzi. Bóg chrześcijan to Bóg, który wkracza w historię. Działa. Mówi. Tak jak mówił tam i wtedy, tak mówi tu i teraz. Codziennie kieruje swoje Słowo do Ciebie i do mnie. Nie będziemy drugimi Janami Chrzcicielami. Mamy inną misję i inne powołanie.  Ale Bóg mówi do nas. Uczestniczy w naszym życiu. Nie zawsze spektakularnie. Bardzo często zwyczajnie, tak zwyczajnie, że możemy nie zauważyć Jego działania. Ale ono jest. Wszystko zależy od nas, czy otworzymy nasze oczy i nasze uszy na Emmanuela – Boga z nami, czy będziemy mieć oczy, które nie widzą i uszy, które nie słyszą (por. Mt 13, 15). Warto sięgnąć do tego fragmentu Ewangelii Mateusza. To nie Bóg zamyka oczy i uszy, jak mogłoby się wydawać przy pobieżnej jego lekturze. Niedostrzeganie Bożego działania to skutek twardego serca. To skutek ludzkiego wyboru, zamknięcia.

 

Ostatni fragment, który mnie dziś dotyknął to psalm 126. Radosna pieśń wyzwolonych z niewoli babilońskiej. Dlaczego jest jednak tak, że naród wybrany, który już śpiewał podobną pieśń, przechodząc przez Morze Czerwone (por. Wj 15, 1-21), znowu popadł w niewolę? Dlaczego niewola egipska nie była ostatnią? O ile ta pierwsza można powiedzieć, że nie była zawiniona, o tyle ta druga była według nauczania proroków skutkiem grzechów Izraela. Myślę, że aby to zrozumieć, warto sięgnąć do psalmu 73. Jest to pieśń skargi na to, że ludziom grzesznym, żyjącym z dala od Boga się dobrze powodzi, mają wszystko. Jest to wyraz jakiejś tęsknoty za dobrami doczesnymi, zmysłowymi, z których psalmista rezygnuje w imię wierności Bogu. Psalmista mówi o tym wprost: „A moje stopy nieomal się nie potknęły, omal się nie zachwiały moje kroki. Zazdrościłem bowiem niegodziwym, widząc pomyślność grzeszników. Bo dla nich nie ma żadnych cierpień, ich ciało jest zdrowe, tłuste. Nie doznają ludzkich utrapień, ani z [innymi] ludźmi nie cierpią„. (Ps 73, 2-5). Coś takiego może się wydarzyć w sercu wierzącego. To właśnie stało się z Żydami, wychodzącymi z Egiptu i właśnie dlatego szli przez pustynię 40 lat, aby wymarło całe pokolenie znające niewolę. Człowiek potrafi bowiem stracić z oczu perspektywę, skupić się na tym, czego mu pozornie brakuje i poświęcić to, co najważniejsze w imię dóbr, o których za chwilę sam powie, że są wiele mniej ważne. Niestety. Taki był krzyk Izraelitów do Mojżesza: „Któż nam da mięsa, abyśmy jedli?Wspominamy ryby, któreśmy darmo jedli w Egipcie, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek. Tymczasem tu giniemy, pozbawieni tego wszystkiego. Oczy nasze nie widzą nic poza manną”. (Wj 11, 4-6) Dopiero co widzieli cuda Boże, wyszli z niewoli, idą do obiecanego kraju, który ma opływać mlekiem i miodem. Są w drodze. Wiedzą, że chociaż jest ona trudna, na końcu wędrówki czeka rzeczywistość przekraczająca nie tylko to, co było w Egipcie, ale także ich wyobrażenia. Ale w tej chwili cebula i czosnek znaczy więcej niż wolność. Ptak zamknięty w klatce nieraz woli w niej pozostać, niż cieszyć się wolnością i szczęściem, do których został stworzony. Wybiera karykaturę, namiastkę, rezygnując z pełni. Podobnie bywa z człowiekiem. Co zrobić, aby tak się nie stało? Z pomocą przychodzi nam psalm 137, bliźniaczy względem 126. Psalmista woła tam: „Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, niech uschnie moja prawica!” (Ps 137, 5). Jest zatem taka rzeczywistość, o której zapomnieć nie można, aby nie zachowywać się jak Izraelici na pustyni. Pamiętać o tym, jak wygląda wolne i szczęśliwe życie z Bogiem. W chwili takich pokus, o jakich mówi psalm 73, wracać myślą do szczęścia, którego kosztowaliśmy, będąc z Bogiem. Izraelitom pogrążonym w niewoli babilońskiej było łatwiej niż wychodzącym z Egiptu. Oni znali już smak świetności Jeruzalem. Wiedzieli, co znaczy być szczęśliwymi w pokoju z Bogiem.

Taką funkcję w naszym życiu pełnią wszelkie pocieszenia, które nam daje Bóg. Autorzy duchowi wiele pisali o tym, że zwłaszcza po pierwszym nawróceniu, ale i kolejnych, Bóg obdarza wieloma łaskami, radością, duchowym pokojem, którego nie da się porównać z niczym innym. Rzeczywiście odczuwając to, co nie jest żadnym niezwykłym doświadczeniem, żadnymi ekstazami, ale pocieszeniami typowymi na drodze początkujących, chce się powiedzieć słowa tego samego psalmu 73:  „Kiedy jestem z Tobą, nie cieszy mnie ziemia” (Ps 73, 25). Bóg daje czasami takie doświadczenia, dość często na początku rzeczywistego pójścia za Nim. One niekiedy pchają nas do wielkich działań, do ewangelizacji itp. Rzeczywiście, doświadczając „słodyczy Pana” (por. Ps 27, 4), zachwytu Bogiem niewysłowionym (ineffabilis Deus), przyjemości zmysłowe, stają się naprawdę błahostkami. Św. Paweł powie, że wszystko uznaje za śmieci, jeśli ma to porównać z poznaniem Chrystusa (por. Flp 3, 8). Ale nawet po takim doświadczeniu, a wręcz kiedyś na pewno, będą pokusy (zwłaszcza gdy mamy czas z mniejszą ilością duchowych pocieszeń, życiowe trudności, kłopoty), aby wyżej postawić egipskie mięso, ogórki, melony, cebulę i czosnek nad „ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win” (por. Iz 25, 6), którą Bóg nam przygotowuje i daje kosztować. Niech nas wtedy ratuje wspomnienie tej radości, która jest w Bogu. W przeciwnym razie, stracimy tę radość, tę sprawiedliwość Bożą, łaskę, o której mówił Baruch, za cenę nieporównywalnie mniejszej radości, po której będziemy siedzieć i płakać, wspominając Syjon i żałując własnej głupoty (por. Ps 137, 1).

Jezus się gniewał, dzień i noc oraz never give up

W tym tygodniu miałam szczerze dosyć siedzenia przed komputerem (witamy w grudniu w księgowości!), a i czasu niewiele, by coś napisać. Siadam więc teraz, żeby podzielić się z Wami kilkoma myślami, pewnie znów nieuczesanymi. Ale tak to już jest. Te posty rodzą się w miarę na bieżąco. Część jest owocem długich przemyśleń, część inspiracji Słowem Bożym z dnia na dzień.

1.  Na początek sprawa, z którą chodzę już co najmniej 2-3 lata. W sumie temat na długi artykuł, ale postaram się tylko go dotknąć i zainspirować Was do sięgnięcia po Słowo Boże i przemyślenie. Jakiś czas temu w szczególny sposób odkryłam uczuciowy świat Jezusa. Jest tego dosłownie pełno w Ewangelii. Odkrycie tej rzeczywistości, rzuciło nowe światło na moje przeżywanie wiary, na własną duchowość i wiele różnych spraw. Część z nas ma takie przekonania, że po pierwsze psychologii z wiarą się nie da pogodzić (bzdura aż boli; pogodzić się nie da powierzchownej psychologii rodem z dawnych lat z powierzchownym, wypaczonym rozumieniem chrześcijaństwa), a po drugie, że uczucia to zasadniczo jest coś podejrzanego i przynajmniej po części grzesznego. No bo taki gniew, czy zazdrość, to przecież grzechy główne! Spokojnie… Przeczytajcie sobie punkty Katechizmu Kościoła Katolickiego, które mówią o uczuciach (od 1762 do 1770). Grzechem nie jest uczucie gniewu, ani uczucie zazdrości. Grzech pojawia się wtedy, gdy za stanem emocjonalnym (moralnie obojętnym) podąża nasza wola i dokonujemy wyboru. Z gniewu komuś ubliżamy albo z zazdrości jesteśmy złośliwi lub niszczymy komuś jego dobro itp. Jezus się gniewał, a Boga Biblia określa mianem zazdrosnego (por. Iz 9, 6). Nie wierzycie? Popatrzcie: „Wszedł znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Stań tu na środku!». A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?» Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić„. (Mk 3, 1-6). Ileż uczuć Jezusa jest w tym tekście! Zarówno tych wyrażonych (gniew i smutek), jak i niewyrażonych, które musiały Nim kierować, gdy zobaczył człowieka o uschłej ręce (troska, żal, litość, współczucie, zmartwienie…). Ten fragment to w ogóle piękny przykład tego, jak uczucie samo w sobie może prowadzić ku dwóm drogom. Od nas zależy, którą wybierzemy. Jezus pod wpływem gniewu i smutku, czyni dobro. Faryzeusze pod wpływem gniewu na Jezusa i zazdrości, planują zemstę aż do zabójstwa. Jezusowi nieobca była tęksnota: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami, zanim będę cierpiał„. (Łk 22, 15). Doświadcza On w Ogrodzie Oliwnym lęku tak silnego, że aż objawiającego się fizycznie. Czuje się opuszczony i samotny, gdy uczniowie śpią, nie potrafiąc z Nim czuwać. Odczuwa odrzucenie, o którym wprost mówi (por. Mk 8, 31). Jezus smuci się i płacze nad Jerozolimą (Łk 19,41-44). Na pamiątkę tych łez wzniesiono kościół Dominus Flevit (Pan zapłakał). Nie jedyny to moment, gdy Jezus zapłakał. Tak też się stało przed grobem Łazarza (por. J 11, 35). Jezus raduje się w Duchu Świętym(Łk 10, 21), ale też uczestnicząc w takich wydarzeniach jak wesele w Kanie, czy nawrócenia ludzi (skoro sam powiedział, że kobieta, która znajdzie zgubioną drahmę cieszy się tak, jak i aniołowie w niebie, gdy grzesznik się nawraca). Myślę, że wręcz niemożliwe jest głębokie życie duchowe, bez włączenia do niego naszych uczuć. One oczywiście nie mogą być, podobnie jak i w życiu, sterem. Sterem musi być nasza wola i rozum. Uczucia są jednak kontrolkami, które wskazują, co się dzieje, co jest dla nas ważne, a co trudne. Cieszy mnie, że mówi się o tym coraz więcej. Warto rozważać człowieczeństwo Jezusa. Będzie ku temu wiele okazji w okresie Bożego Narodzenia. Polecam posłuchać wiele tłumaczące rozważanie ks. Grzywocza w temacie uczuć i wiary: https://www.youtube.com/watch?v=_5mNeRmMSMg

2. Teraz podzielę się z Wami swoim doświadczeniem z poprzedniego tygodnia. Czasami mamy takie chwile, że jesteśmy załamani sobą w naszej relacji do Boga, myślimy, że Bóg powinien już z nas zrezygnować. Takie uczucie zniechęcenia, lęku, smutku, rezygnacji, pod którym jednak tli się wiara, że to niemożliwe, by Pan się nami zniechęcił, mimo tego że odstawiamy lipę, że aż boli o tym myśleć. Serce i dusza krzyczy „Panie, z jednej strony mam wrażenie, że w końcu naprawdę już dasz sobie spokój z Twoją miłością wobec mnie… ale błagam Cię, nie rób tak, pomóż mi… ja chcę, chcę być przy Tobie, chcę wypełniać Twoją wolę”… Unikam szukania odpowiedzi w Piśmie Świętym, otwierając je na chybił trafił. Zasadniczo tak nie robię, bo uważam, że Boga nie można wystawiać na próbę. Znacznie częściej odpowie On swoim Słowem w liturgii lub w cytacie, który pozornie „znikąd” sam się przypomina. Uwierzyłam Bożej miłości, a On poczekał z odpowiedzią do wieczora. Przypomniał mi się cytat z niedawno czytanego Słowa z Apokalipsy św. Jana: „«Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida” (Ap 5, 5). Odrośl Dawida okazała się kluczowa. Wróciłam do domu i zrobiłam coś, czego zwykle nie robię, czyli otwarłam Biblię tak po prostu, ale też bez przekonania, że znajdę tam jakąkolwiek sugestię do moich przeżyć. Trafiłam na Jr 33. Przeczytałam cały ten rozdział. Dotyczy On odnowienia Jerozolimy, przywrócenia jej chwały i świetności, co już było słowami otuchy i pocieszenia od Pana. Ale co ciekawe w tekście pada słowo „W tym czasie sprawię, że wyrośnie Dawidowi odrośl sprawiedliwa” (por. Jr 33, 15). Czytam dalej i natrafiam na Słowa o przymierzu Pana trwałym jak następstwo nocy i dni: „To mówi Pan: Jeżeli możecie złamać moje przymierze z dniem i moje przymierze z nocą, tak że nie nastąpi ani dzień, ani noc w swoim właściwym czasie, to może być także zerwane moje przymierze z moim sługą Dawidem” (Jr 33, 20-21). Siadłam i popłakałam się. Są takie chwile, kiedy rozumie się więcej. Rozumiem Piotra, który powiedział: «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny» (Łk 5, 8). Ale jest w tych słowach Piotra jakiś paradoks. Kiedy mówi je, przypada Jezusowi do nóg, tuli się do Niego. Jest lęk, ten sam lęk, który sprawia, że Eliasz zakrywa twarz (por. 1 Krl 19, 13), ale jednocześnie jest zachwyt i miłość, która sprawia, że obejmujesz nogi Mistrza i mówisz: Nie opuszczaj mnie, choć jestem człowiek grzeszny.

Jestem absolutnie pewna, że Bóg tak może działać przez swoje Słowo wobec każdego chrześcijanina. Absolutnie każdego. Wystarczy tylko otworzyć na Niego swoje serce. Nie jest to absolutnie niczym niezwykłym, ale to jest codzienność każdego, kto stara się iść z Nim za rękę, nawet gdy czasami tą rękę puszcza i zalicza glebę. Ale chwyta ją z powrotem i idzie za Nim, idzie z Nim. Znam wiele osób, które w taki sposób, normalnie na codzień, doświadczają Bożego działania. Uważam to za coś całkowicie normalnego, nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Wystarczy tylko słuchać uważnie Słowa w liturgii, czytać Biblię, otwierać się na działanie Ducha Świętego w codzienności.  Jak poznać, czy takie zwyczajne sytuacje są od Boga? Myślę, że po owocach. Po prostu. Jeżeli one owocują nawróceniem, są od Pana. A Pan odpowiada na autentyczne wołanie naszej duszy, na pragnienie świętości, która często wydaje się tak odległa. I przychodzi z konkretnymi pomocami i łaskami. Odysłam do poprzedniego posta – Adwent to naprawdę czas, by wydać owoce nawrócenia, może małe ale konkretne działania, które zbliżą nas do wierności Bożemu Prawu.

3. Never give up! Myślę, że na koniec warto przypomnieć o tym, że nigdy nie wolno się nam poddawać. Musimy zawsze powstawać. Zawsze. A wiecie dlaczego? Bo właśnie wtedy kiedy przychodzi zniechęcenie i myśli: skoro już tyle raz się nie udało, to może nie warto, stoimy o krok od spełnienia się tej przepowiedni, a przecież jej nie chcemy! Bo jeśli nie wstaniemy, to rzeczywiście już się nie uda. A jeśli wstajemy, dajemy sobie szansę. Kto z nas wie, czy właśnie to powstanie nie będzie jakimś ostatnim, po którym w tym czym innym obszarze, już nie zaliczymy gleby? No właśnie. A nawet jeśli nie (tego nigdy nie wiemy), to czasami Bóg dopuszcza, abyśmy nauczyli się pokory. Abyśmy zobaczyli, że sami jesteśmy naprawdę nędzni i słabi, że tylko dzięki Niemu mamy siłę duchową i że wszystko, co dobre jest Jego darem. Jeśli żołnierz ranny w bitwie, pozostanie na ziemi, może już nigdy z niej nie powstać. A przecież kilka kilometrów dalej może już być ziemia odbita wrogowi! Taką Ziemią na zawsze odbitą wrogowi jest Niepokalanie Poczęta, Maryja! Niech Ona nam pomaga, abyśmy rzeczywiście mieli udział w Jej zwycięstwie i zmiażdżeniu głowy węża. Co z tego, że będziemy mieć zmiażdżoną piętę? Deus vicit!

Zacheusz, Adwent, niedorastanie,piryt i kilka innych myśli nieuczesanych

W ostatnich dniach miałam kilka wydarzeń, które skłoniły mnie do kilku refleksji (ale bełkot :D). No ale dokładnie tak jest. I tak w punktach będzie.

1. Długo zastanawiałam się nad opowiadaniem o Zacheuszu. Jak to się mówi, „Zacheusz za mną chodził” od dłuższego czasu. Chyba od ostatniej niedzieli października, niedzieli poświęcenia kościoła, kiedy się o nim czytało. Podziwiałam zawsze tego gościa, który miał w sobie tak dużą determinację i taką obojętność na opinię innych, że jako potentat w mieście, chcąc zobaczyć Jezusa, zaryzykował zrobienie z siebie durnia, wyłążąc na sykomorę. To musiało być śmieszne. Wyłażąc na tę sykomorę, nie dość że znalazł się w centrum uwagi tłumu (niezłe musiało być to wdrapywanie się), to jeszcze na światło dzienne wyjawił własną słabość (niski wzrost). Oczywiście wszyscy wiedzieli, że jest niski. Może i czasem usłyszał za swoimi uszami jakiś komentarz z tego tytułu. No ale teraz to już przesadził, cały tłum zobaczył, że jest TAK NISKI, że nie może zobaczyć Jezusa i musi wyjść na sykomorę. To musiało ująć Jezusa. Zacheusz mimo całej swojej grzeszności, złodziejstwa itd, miał jakiś ogromny dystans do siebie. Dystans tym bardziej poruszający, że tak rzadki u osób, które mają lub mogą mieć świadomość swoich wad, słabości lub… kompleksów. W sumie chyba to jest istotne – Zacheusz wiedział, że jest niski. Ale nie miał z tego tytułu kompleksów.

Najbardziej jednak zawsze zastanawiała mnie kolejność wydarzeń z tego opowiadania. Zacheusz wyłazi na sykomorę, robi z siebie durnia, ale właśnie tym pokazuje Jezusowi, że mu bardzo na Nim zależy. Jezus nie pozostaje obojętny. Nie robi też zbędnych ceregieli. „Zacheuszu, zejdź PRĘDKO, albowiem DZIŚ muszę się zatrzymać w Twoim domu”. (Łk 19, 5). Zacheusz wysyła sygnał. Jezus odpowiada w sposób niewyobrażalny. Przypomina mi to przypowieść o Synu marnotrawnym. Ojciec wychodzi na jego spotkanie, gdy syn jest jeszcze daleko. A potem robi ucztę, daje gościowy pierścień na rękę, sandały na nogi. Kosmos. Jezus idzie ucztować z Zacheuszem, który zdążył naspraszać w międzyczasie całą bandę sobie podobnych z okolicy*. „Jezus będzie dziś wieczorem u mnie w domu” – pewnie tak biegał po kumplach rozradowany. Pamiętacie kobietę samarytańską, która biegnie do miasta „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” (por. J 4, 39). Jezus przychodzi do Zacheusza przy szemraniu otoczenia. I co się dzieje? Zacheusz mówi o konkretach, które podejmuje w swoim życiu. O przemianie serca, którą sprawiło to spotkanie. «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie» (Łk 19, 8). Zawsze mnie to zastanawiało – ej, a czy on nie powinien tego powiedzieć najpierw, zanim Jezus go odwiedził? No ale teraz obczaiłam, o co chodzić może. 😀

2. Do ważności spowiedzi potrzeba żalu z postanowieniem poprawy (czyli postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości). Chodzi o uznanie, że grzech to zło (z różnych powodów) oraz no właśnie – postanowienie, że nie chcę tego robić w przyszłości. Że bardzo bym chciała wybrać inaczej w przyszłości. Oczywiście nikt nie jest w stanie zagwarantować, że na pewno nie zgrzeszy w przyszłości. Nie chodzi o gwarancję, a o postanowienie niegrzeszenia w przyszłości. Tak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. No i tyle do ważności spowiedzi jest konieczne. Warto jeszcze dodać, że są sytuacje, kiedy ktoś w sposób stały żyje w bliskiej okazji do grzechu i wówczas do ważności spowiedzi konieczne jest też zmienienie tej sytuacji. Jakie to są przypadki poza zamieszkiwaniem z kimś bez ślubu albo byciem w związku z osobą, która w związku być nie może, to już musicie zapytać teologa moralnego, bo wszystkich przypadków tak szczegółowo nie znam. Warto w razie wątpliwość pytać na spowiedzi. Ale… czasami jest tak, że takie postanowienie mamy, że walczymy ze swoimi słabościami i grzechami. Jednak brakuje nam analizy i zastanowienia się – ok, ale w jakich okolicznościach najczęściej popełniam grzechy i co mogę konkretnie zrobić, żeby ograniczyć ich ryzyko w przyszłości. Tak rozumiem Zacheuszowe „oddaję połowę mojego majątku”. Oczywiście ma to też wymiar zadośćuczynienia za swoje winy. Jest w tym jednak w moim odczuciu także taka postawa – pieniądze przewróciły mi w głowie. Dobrze mi zrobi, jeżeli się od nich oderwę. Jeśli będę miał mniej. Jeśli poćwiczę sobie pozostawanie na tym, co naprawdę potrzebne.

 

I wiecie co? Tak sobie myślę, że Adwent to jest dobra okazja, żeby się zastanowić nad tym co konkretnie mogę zrobić, żeby w moim życiu realnie znikł lub zmniejszył się grzech. Nie chcę go popełniać, ale co zrobić, żeby oprócz WOLI, zapewnić sobie pomoc dla woli. Kilka przykładów może od czapy, ale przynajmniej obrazowo: jeśli w 99,99% odwiedziny lub spotkanie z jakąś osobą kończy się karczemną awanturą, może naprawdę warto przynajmniej na jakiś czas ograniczyć kontakt do minimum (zwłaszcza jeśli nie mam moralnego obowiązku kontaktu z tym człowiekiem) i zastanowić się z czego to wynika. Może to moja wada, może po prostu nie trawię tego człowieka, jest dla mnie za trudny z racji na moją wadę i słabości (i wtedy nie mam zrywać kontaktu, tylko zacząć pracę nad tymi swoimi wadami, czy słabościami). A może to jest jakiś wyjątek w moim życiu, nie mam problemów z ludźmi i to raczej wina po drugiej stronie i tej osobie muszę postawić realne konkretne granice. Jeśli wiem, że jak pójdę do konkretnego kolegi, czy koleżanki, w jakieś miejsce, to mogę z prawie 100% pewnością stwierdzić, że to się skończy libacją i kacem, to może nie ma sensu mówić sobie – tym razem dam rady, tylko po prostu ograniczyć te odwiedziny albo zupełnie z nich rezygnować? Jeśli mam problem z pornografią, to może zamiast mówić sobie, że tym razem mnie nie skusi albo tym razem nie ulegnę, po prostu zainstalować sobie jakieś (nawet płatne, bo nasza dusza jest bezcenna) filtry na komputer czy smartfona i to tak, żeby nie były one łatwe do złamania i ominięcia. Jeśli mam problem z uczciwością w pracy, to może warto pomyśleć nad jej zmianą. Bo niekażda praca w taki sam sposób sprzyja oszustwom czy kradzieży. Jeśli często opuszczam Mszę świętą w niedzielę, to może zamiast mówić sobie w sobotę wieczorem, że jakoś się ta niedziela ułoży i znajdę chwilę, by iść na Mszę- zaplanować sobie konkretną godzinę Mszy i iść na nią choćby nie wiem co, albo iść na Mszę przedpołudniem czy w sobotę wieczorem. Jeśli mam problem z obgadywaniem innych, to może zamiast umawiać się na kolejną herbatkę z myślą, że tym razem będę uważać na to, co mówię, po prostu ograniczyć okazję. I na przykład herbatce wyznaczyć limit czasowy. Godzinka, czy półtorej, a nie 3 peplania o wszystkich wokół. Pomyślcie o tym w Adwencie. I niech Zacheusz nam pomoże w tych konkretach. Pamiętajcie, że one się pojawią na modlitwie, po spotkaniu z Chrystusem.

3. Jeśli poprzedni punkt zabrzmiał trochę jak ucieczka (że namawiam do uciekania, a nie do dzielnego walczenia 😉 ), to powiem Wam, że męstwo czasami znaczy stanąć oko w oko z zagrożeniem, a czasami uciekać. Kiedy tzw. lapsis, czyli osoby, które w czasie prześladowań zaparły się wiary, były wysłuchiwane, zadano im pytanie: a czemuście nie uciekali? Przecież mogliście uciekać, dopóki była taka możliwość. No właśnie. https://www.youtube.com/watch?v=rQhRw8o_smA tutaj o tym jest trochę. Wiecie, to wynika ze znajomości samego siebie. Jeżeli wiem, że nie mam dość siły, by oddać życie za wiarę, to uciekam przed prześladowaniami, nie narażam się w głupi sposób na zaparcie się Pana. Jeśli wiem, że nie mam dość siły, by w jakiejś sytuacji pozostać wierną Panu Bogu, to unikam tej sytuacji.

4. Niedorastanie. Tak sobie też pomyślałam, że w naszym życiu pojawia się czasami pokusa, by porzucić głoszenie Ewangelii, kiedy konfrontujemy się z własnym grzechem. Doświadczamy tego, że nie dorastamy do Ewangelii. Ale każdy z nas nie dorasta. Każdy papież, biskup, kapłan, każdy ewangelizator, każdy święty nie dorasta do Ewangelii, bo każdy z nas jest grzesznikiem. Myślę, że jest to po prostu pokusa. I że możemy się z nią rozprawić na 2 sposoby: 1. To, że nie dorastam jest dla mnie motywacją, by mniej nie dorastać. Czyli by wzrastać. By stawać się lepszym. By świadczyć i słowem, i czynem. 2. To, że nie dorastam powinno mi uświadamiać, że Ewangelia, którą głoszę nie jest moja. Że ja tylko przekazuję to, co otrzymałam (por. 1 Kor 15, 3). Ewangelia nie jest moja. To jest depozyt i moim obowiązkiem jest przekazywać ją dalej. Konfrontuje się z nią, czasami boleśnie, także w moim życiu. Ale to nie znaczy, że mam się wymigać od obowiązku. Bo zdam sprawę zarówno z tego, jak moje życie wyglądało wobec jej nakazów, jak i czy przekazałam ją innym, do czego zobowiązuje mnie mój chrzest i bierzmowanie.

5. Piryt. Jakiś czas temu miałam napisać o tombaku, albo o wyrobach czekoladopodobnych. Ale jednak piryt jest jeszcze lepszy. Generalnie, że grzech to jest taki piryt. Piryt to odmiana żelaza. Tyle, że się błyszczy. Często w dawnych czasach nabierali się na niego poszukiwacze złota. Ale wiecie, jak sprawdzało się czy dana bryłka to piryt czy złoto? Nagryzało się zębami. Tylko jest jeden problem – jak nagryziesz złoto, to wgnieciesz je, ale jak nagryziesz piryt, to złamiesz sobie zęba. Piryt dlatego bywa nazywany „złotem głupców”. Myślę, że grzech można porównać właśnie do pirytu. Świeci się to, ulegam jego ułudzie. Myślię, że złoto. Biorę, żeby sprawdzić. A tu łamię zęba Nie warto. A tym bardziej nie warto, kiedy mam wybór między złotem a pirytem, wybierać pirytu. Zdecydowanie nie jest to opłacalne. A tak robimy. Mamy złoto łaski uświęcającej, oraz złoto możliwości realizacji zgodnie z Bożym prawem tej wartości, za którą tęsknimy tak naprawdę, wybierając grzech ale błyszczy nam ten piryt i myślimy będzie złoto, ale fajnie. A tu lipa.

 

No to w sumie by było na tyle na dziś.

* Oczywiście to Mateusz a nie Zacheusz pospraszał kumpli na kolację po swoim powołaniu. Pomylili mi się. Ale nie sądzę, by wizyta Jezusa u Zacheusza nie była również impreza ze sporą liczbą gości. Wiadomo, że znajomych Zacheusza. Ale sama Biblia o tym nie wspomina.

Wszystko się rypło, usprawiedliwienie i stare herezje

Krótka instrukcja: ten wpis trzeba albo przeczytać cały, albo początek, a potem wnioski końcowe, a następnie wrócić do środkowej części. 😉 Mam nadzieję, że tym samym przeciwdziałam niechęci do przeczytania go z racji na kulturę Internetu, czyli słowa krótkiego. 😉

Dzisiejszy wpis będzie wyjaśnieniem kilku spraw. Inspiracją do niego jest dla mnie przede wszystkim punkt 407 Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Nauka o grzechu pierworodnym – związana z nauką o Odkupieniu przez Chrystusa – daje jasne spojrzenie na sytuację człowieka i jego działanie w świecie. Przez grzech pierwszych rodziców diabeł uzyskał pewnego rodzaju panowanie nad człowiekiem, chociaż człowiek pozostaje wolny. Grzech pierworodny pociąga za sobą „niewolę pod panowaniem tego, który ma władzę śmierci, to jest diabła” (Sobór Trydencki: DS 1511; por. Hbr 2, 14). Nieuwzględnianie tego, że człowiek ma naturę zranioną, skłonną do zła, jest powodem wielkich błędów w dziedzinie wychowania, polityki, działalności społecznej (Por. Jan Paweł II, enc. Centesimus annus, 25. i obyczajów”.  No dobra, ale co trzeba uwzględniać? Znajdujemy to w kolejnych punktach i w innych dokumentach Kościoła, np. w punkcie 400:

„Ustalona dzięki pierwotnej sprawiedliwości harmonia, w której żyli, została zniszczona; zostało zerwane panowanie duchowych władz duszy nad ciałem (Rdz 3, 7.; jedność mężczyzny i kobiety została poddana napięciom (Rdz 3, 11-13.; ich relacje będą naznaczone pożądaniem i chęcią panowania (Rdz 3, 16). Została zerwana harmonia ze stworzeniem; stworzenie widzialne stało się wrogie i obce człowiekowi (Rdz 3, 17. 19). Z powodu człowieka stworzenie „zostało poddane marności” (Rz 8, 20). Na koniec zrealizuje się wyraźnie zapowiedziana konsekwencja nieposłuszeństwa (Rdz 2, 17.: człowiek „wróci do ziemi, z której został wzięty” (Rdz 3, 19). Śmierć weszła w historię ludzkości (Rz 5, 12)”.

Mówi też o tym Sobór Watykański II: „W ciągu bowiem całej historii ludzkiej toczy się ciężka walka przeciw mocom ciemności; walka ta zaczęta ongiś u początku świata trwać będzie do ostatniego dnia, według słowa Pana. Wplątany w nią człowiek wciąż musi się trudzić, aby trwać w dobrym, i nie będzie mu dane bez wielkiej pracy oraz pomocy łaski Bożej osiągnąć jedności w samym sobie (Sobór Watykański II, konst. Gaudium et spes, 37)”

I jeszcze raz Katechizm w punkcie 418: Na skutek grzechu pierworodnego natura ludzka została osłabiona w swoich władzach, poddana niewiedzy, cierpieniu i panowaniu śmierci; jest ona skłonna do grzechu (tę skłonność nazywa się „pożądliwością”).

Oczywiście sytuacja nie jest przegrana, bo mamy Zbawiciela, mamy łaskę, a i nasza natura nie została zniszczona, lecz jedynie zraniona. Ale musimy pamiętać o tym, że mówiąc potocznie „wszystko się rypło” i nasza natura choć jest tą samą, nie jest już taką samą jak przed grzechem pierworodnym i dotyczy to właśnie człowieka, a nie innych stworzeń (które tylko pośrednio są dotknięte nieporządkiem, jaki człowiek, który miał nad nimi panować, wprowadził w świat, a co więcej one z racji braku takich władz jak pełny rozum i wolna wola, nie ponoszą odpowiedzialności moralnej za swoje czyny i cokolwiek czynią zgodnie ze swoimi naturalnymi skłonnościami, czynią zgodnie z wolą Bożą). Pisałam już o tym we wcześniejszych postach.

Zanim przejdę do puenty, by swoistą klamrą zamknąć ten tekst, wracając do kwestii wychowania, zacytuję jeszcze kilka fragmentów Dekretu o usprawiedliwieniu Soboru Trydenckiego:

Kan. 1: Jeśli by ktoś twierdził, że człowiek może być usprawiedliwiony przed Bogiem przez swoje czyny dokonywane albo siłami ludzkiej natury, albo dzięki nauce Prawa, lecz bez łaski Bożej poprzez Jezusa Chrystusa, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Myślę, że tu nie trzeba komentarza. Nie ma czegoś takiego jako samozbawienie lub zbawienie tylko na podstawie prawego życia, bez skorzystania z owoców męki Chrystusa, bo był grzech pierworodny.

Kan. 2. Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będziewyłączony ze społeczności wiernych.

Błędny jest pogląd, że ktoś może tylko swoją wolną wolą bez łaski Bożej (nawet zakładając wielki wysiłek) żyć sprawiedliwie i jednocześnie zasłużyć na życie wieczne sam.

Kan. 16: Jeśliby ktoś twierdził z bezwzględną i nieomylną pewnością a bez specjalnego
objawienia, że na pewno uzyska ten wielki dar wytrwania aż do końca – niech będzie
wyłączony ze społeczności wiernych. 

Czyli tak jak w Biblii: Kto stoi, niech baczy, aby nie upadł (por. 1 Kor 10, 12). Nikt nie może być pewny, że się mu noga nie podwinie.

Kan. 18: Jeśliby ktoś twierdził, że przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych. 

Czyli błędne jest przekonanie, że przykazania Boże z pomocą łaski Bożej są niemożliwe do zachowania.

Kan. 22. Jeśliby ktoś twierdził, że usprawiedliwiony albo może wytrwać w otrzymanej
sprawiedliwości bez specjalnej pomocy Bożej, albo że z nią nie może wytrwać – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Odrzucenie błędu z punktu 18 ale i błędu odwrotnego czyli przekonania, że bez pomocy łaski Bożej można wytrwać w świętości, wiernie zachowywać Boże przykazania, tak po prostu samemu z siebie.

Kan. 23. Jeśliby ktoś twierdził, że człowiek raz usprawiedliwiony nie może już więcej
grzeszyć ani też utracić łaski i że dlatego ten, kto upada i grzeszy, nigdy nie był prawdziwieusprawiedliwiony, albo przeciwnie – że sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich, jeżeli nie łączy się to ze specjalnym przywilejem Bożym, jak to Kościół utrzymuje o świętej Dziewicy – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Czyli nie ma na tym świecie nikogo poza Maryją i oczywiście Jezusem, który by od chrztu świętego aż do swojej śmierci nie popełniał przynajmniej lekkich grzechów. Po prostu. Tak jest.

Kan. 27. Jeśliby ktoś twierdził, że nie istnieje żaden grzech śmiertelny poza grzechem
niewiary i że przez żaden, choćby najcięższy grzech, z wyjątkiem grzechu niewiary, nie
można utracić raz otrzymanej łaski – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

A podobno opcja fundamentalna, to nowinka teologiczna. Jak widać raczej jedna z gałęzi złego drzewa, o którym mowa w tym punkcie 4 wieki wcześniej. 😉

Kan. 29. Jeśliby ktoś twierdził, że ten, kto upadł w grzech po chrzcie, nie może przy łasce
Bożej powstać, albo że może odzyskać utraconą sprawiedliwość przez samą wiarę bez sakramentu pokuty (wbrew temu), jak dotąd wyznawał, zachowywał i uczył święty, rzymski i powszechny Kościół, pouczony przez Chrystusa Pana i Jego Apostołów – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych.

Odrzucenie Judaszowej rozpaczy. Odnośnie wzmianki o sakramencie pokuty i mogącego się pojawić pytania o żal doskonały. W sensie ścisłym mowa tu o wierze, a nie o żalu, to po pierwsze. Po drugie, żal doskonały gładzi grzechy ciężkie, ale kiedy połączony jest z pragnieniem spowiedzi, gdy tylko będzie ona fizycznie możliwa.

No dobra, to teraz WNIOSKI KOŃCOWE.

Tym, co niezmiennie fascynuje mnie w katolickiej wersji chrześcijaństwa jest to, że jest to wersja „i i”, a nie „albo albo”. Stąd też, gdy mamy wątpliwości, co jest poglądem katolickim, a co nie, w wielu przypadkach nie są nimi postawy skrajne. Przykład: Jezus nie jest ani tylko człowiekiem, ani tylko Bogiem, ale i Bogiem, i człowiekiem. Dobrze to też pokazują przytoczone przez mnie kanony Soboru Trydenckiego (byłoby to jeszcze wyraźniejsze, gdybym też przytoczyła te o uczynkach, ale wówczas ten post byłby jeszcze dłuższy, a ja muszę iść spać :D). Zresztą tematem „jak się do tego mają uczynki?” na pewno się jeszcze zajmę. Zasada „i i” ma też swoje zastosowanie w ocenie wielu poglądów filozoficznych względem doktryny katolickiej (czy są koszer, czy nie 😉 ).

Zarówno pogląd, że natura ludzka jest kompletnie zepsuta i że człowiek nie jest w stanie zachowywać przykazań Bożych, nawet z łaską Bożą, jest niekatolicki, jak i drugi, że człowiek ze swojej natury sam w sobie, bez Bożej pomocy może osiągnąć harmonię w samym sobie, zdobyć wszystkie cnoty itp. Oba błędy są dziś powszechne w podejściu do siebie, do drugiego człowieka i w wychowaniu. Oba opierają się o…naturalizm, czyli odrzucenie wszelkiego innego porządku w świecie i założenie, że natura ludzka jest swoistym bogiem (w przypadku pierwszym takim złym bogiem, a w przypadku drugim dobrym). Pierwszy pogląd będzie prowadził do przekonania, że praca nad sobą w ogóle nie ma sensu i w sumie… róbta co chceta, bo i tak lepiej z nami nie będzie. No i Pan Bóg i tak wszystko nam przebaczy i to z automatu, bo przecież nie da się w ogóle żyć moralnie. Przyjęcie takiego poglądu ma oczywiście opłakane skutki. Co ciekawe takie przekonanie żywiło część gnostyków. Druga część była bliska drugiemu przekonaniu, dziś o wiele częściej będzie można spotkać wśród osób wierzących. Herezja bywa często dwugłową hydrą i tak jest w tym przypadku. To pogląd skrajnych ascetów, chcących nie tyle być wiernymi Bożemu prawu, ile nie mieć w ogóle pokus przeciw temu Prawu (nie mam na myśli katolickiego ascetyzmu, a sekciarski potępiany wielokroć przez Kościół) ale i tych „mistrzów” wychowania, którzy oczekują od dziecka, wychowanka, podopiecznego, owieczki itp., natychmiastowej zmiany z punktu A (grzeszność) do punkt Z (doskonała świętość) z pominięciem łaski Bożej (taki skrajny pogląd niektórych nurtów psychologicznych i duchowościowych – sam jesteś w stanie mocą tylko swojej natury dojść do harmonii i doskonałości, ba, jest ona już w tobie, tylko musisz ją odkryć). Musisz się bardziej starać, jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. A jak ci nie wyszło, to jesteś trąba. I jesteś w ogóle beznadziejny, bo masz być perfekcyjny. Najlepiej natychmiast. Bo nasza natura jest bardziej skłonna do dobra niż do zła (jest na odwrót, ale to nie znaczy, że dobro nas nie pociąga i że wielu kwestii moralnych nie możemy odkryć w sobie jako dążność najgłębszej części nas samych). Obie postawy to ewangelia rozpaczy. Jedna jest skokiem w przepaść. Druga próbą zdobycia Mount Everestu bez przygotowania i maski tlenowej. A katolicyzm ma odpowiedź tak bardzo chroniącą od rozpaczy, zdrową dla naszej psychiki i rozwijającą nas w ciągłej wędrówce i wzroście w cnotach.

Dzięki Ci, Boże, za Jezusa Chrystusa, Jego zbawienie, krzyż i zmartwychwstanie, dzięki którym możemy iść stopniowo, trzymając Cię za rękę na Mount Everest, z linami, hakami, w rakach i z tlenem. Dzięki Ci za Twoją łaskę, za sakramenty i wszystkie inne pomoce. Jesteś dobry, nie wymagasz niemożliwego, dajesz łaskę dla zachowania Twoich przykazań, ale i wiesz, jaka jest nasza natura i dlatego dałeś nam sakrament pokuty.