Miłosierdzie rodzi miłosierdzie

W ostatnim czasie dużo myślałam o tym, że z doświadczenia miłosierdzia Bożego i dobroci innych, rodzi się w naturalny sposób potrzeba świadczenia miłosierdzia.

Niekiedy uczymy się od razu, czasami zabiera to długie lata, że oprócz bycia biorcą miłosierdzia (co będzie naszym udziałem do końca życia), powinniśmy stawać się też jego dawcami. Ale finalnie tak właśnie się dzieje. Wielu świętych, którzy życie poświęcili posługom miłosierdzia, doświadczyło wpierw w szczególny sposób tego, że są dłużnikami miłosierdzia Bożego. Pozwolę sobie przytoczyć fragment o św. bracie Albercie:

Adam rzuca wszystko i wstępuje do jezuitów w Starej Wsi. Ale wtedy naprawdę nie chodziło o Pana Boga. Religia broni go przed tym, co dzieje się z innymi kolegami malarzami, którzy się staczają. Jego ta religia chroni, bo mu tego wszystkiego zakazuje. Ale tu nie chodzi o Pana Boga, tylko o siebie samego. Adam ratuje się przed zgubą.
Więc uciekł. Znalazł się wreszcie w świecie, gdzie z tymi swoimi ideałami się zmieści. Teraz postawi sobie poprzeczkę i będzie do niej doskakiwał. Świat już go nie będzie niszczył. Już nie będzie oglądał tych artystów, których sztuka sponiewierała…

Ten jeden niedopałek
Aż do… jednego niedopałka, który znalazł w ogrodzie. Obiecał Panu Bogu, że się bezwzględnie wyrzeknie palenia tytoniu. To był jego problem. Ale on – nie da rady?! Więc złożył ślub. A jednak kiedyś go skusiło. Zobaczywszy niespodzianie niedopałek, podniósł go gorączkowo i niemal w jednej chwili w siebie wchłonął. Wówczas odezwał się silny wyrzut – coś ty zrobił? Tak dotrzymujesz obietnicy Panu Bogu? Załamał się, wpadł w depresję. Trzeba go było zawieźć do Lwowa na leczenie.
Miał bardzo wysoko postawiony ideał, kim może być jako człowiek, i zrobił dla tego ideału wiele. Ale to jest taki czas w jego życiu, o którym ks. Konstanty Michalski mówi, że w Adamie „góruje natura nad łaską”. Wszystko było jego własne: sam, sam, sam. Naraz ideały runęły. Zrobił dla nich wszystko – odszedł ze świata, w którym czuł się świetnie, do którego aspirował; chciał być wśród malarzy, tam miał przyjaciół, to była jego rzeczywistość. Zostawił to. Poszedł do klasztoru, myśląc: będę kimś. Zerwę kajdany, mnie sztuka nie skorumpuje, nie będę bałwochwalcą. I rozbił się… o papierosa.

Noc miłosierdzia
Nastały bolesne miesiące. Sam o nich mówi: „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów (nie chodzi o chorobę psychiczną – G.R.), ale przechodziłem okropne męki i skrupuły i katusze najstraszniejsze”. Po tych miesiącach przyjechał do jego brata, gdzie Adam wówczas mieszkał, ks. Leopold Pogorzelski, proboszcz z sąsiedztwa. Gdy Adam siedział na ganku, ksiądz z bratem w pokoju obok rozmawiali o Bożym miłosierdziu. Na tyle głośno, że Adam w nocy siadł na konia i pojechał do księdza na plebanię. Po kilku godzinach wrócił jako zupełnie inny człowiek.
To jest nawrócenie Adamowe. Nawrócenie nie z tego, że był niegodziwy, bo był więcej niż godziwy. Robił w życiu więcej, niż niejeden uważa, że warto. Dawał z siebie więcej niż wszyscy jego koledzy artyści razem wzięci. Ale robił to wszystko sam. Tej jednej nocy odkrył, co to znaczy miłosierdzie Boga. Gdyby tego nie przeszedł, to jak by się wyzbył osądów wobec świata? Człowiek, który nie mógł ścierpieć kolegów malarzy, miałby później służyć pijakom, bezdomnym, bez osądu i potępiania? Bez podejrzliwości? Ze zrozumieniem dla słabości? Jak taki moralizator i krytykant miałby wejść w charyzmat „albertyński”, gdyby nie odkrył, czym jest łaska? (źródło: https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2015/Przewodnik-Katolicki-47-2015/Wiara-i-Kosciol/Umarl-Adam-narodzil-sie-Brat-Albert?fbclid=IwAR0zLhyggcijYGffLa0y1mYZP8LQBPKi5MMCVCfiikgy076MdUXYpBjIeME)

 

Bóg chociaż nie chciał tego upadku i psychicznego załamania Alberta, dopuścił go, wiedząc, że wyprowadzi z niego jeszcze większe dobro. Czasami nasza pycha jest tak duża, że jedynym sposobem, by nas z niej wyleczyć, jest pozwolić nam doświadczyć własnej słabości, czy grzeszności. Bóg bowiem zła nie chce nigdy, ale jeżeli je dopuszcza, to tylko dlatego, że jest możliwe, że obróci się ono ku naszemu zbawieniu. Oczywiście, czy tak się stanie, zależy od nas, od naszej woli – czy to zło i grzech Bogu oddamy.

Św. Paweł napisał: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga”.

2 Kor 1, 3-4

To dzięki Niemu mamy siłę pocieszać braci prawdziwym nie przelotnym pocieszeniem. Nie dzięki nam samym. To nie z nas. Jesteśmy tylko i aż Jego narzędziami (wolę mówić sługami, bo narzędzie brzmi nieosobowo). To nasz obowiązek a nie zasługa. Jezus opowiadając przypowieść o nielitościwym dłużniku, przestrzega nas przed korzystaniem z miłosierdzia Bożego i nie okazywaniem współczucia bliźnim (por. Mt 18, 23-35).

Myślę, że mamy codziennie dziesiątki możliwości świadczenia miłosierdzia innym. Uśmiech, życzliwe słowo, usłużenie w kuchni, otwarcie drzwi, ustąpienie pierwszeństwa, przebaczenie zniewagi (co nie oznacza jej przemilczenia – powiedzenie: jest mi przykro, boli mnie to, tak naprawdę może otworzyć drogę do głębokiego pojednania i nawrócenia bliźniego), rozmowa z tym, kto jej potrzebuje; zainteresowanie się samotnymi, chorymi i ubogimi wokół nas, wolontariat. Kto zacznie to czynić, szybko przekonuje się, że nawet zmęczenie wskutek służby innym, jest pełne radości i satysfakcji, bo „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Wielokrotnie tracimy czas, ale także radość, nie angażując się w pomoc innym. Czynienie miłosierdzia jest jednak o wiele łatwiejsze właśnie wtedy, gdy mamy poczucie, że my także otrzymujemy miłosierdzie od Boga i od innych. Dopóki tego nie doświadczymy, dotąd będziemy myśleli, że się spalamy dla innych, a nie że robimy coś naturalnego, co Bóg i inni czynią także wobec nas. Może właśnie dlatego święci po doświadczeniu Bożego miłosierdzia nie tylko czynią miłosierdzie, ale robią to bez wypominania, z radością. Trudno bowiem dawać i nie wypominać, jeśli wpierw nie umie się brać.

Służba innym może wiele radości, szczęścia, satysfakcji, poczucia spełnienia, rozwijania siebie i własnych zdolności, talentów. Czasami uśmiech i łzy wzruszenia w oczach drugiego człowieka, są o wiele większą nagrodą, niż pieniądze, gdybyśmy wykonywali daną posługę jako źródło zarobków.

 

 

Augustyn, Escriva i składanie

Dzisiejsze Słowo jest zbyt obfite, by je komentować na szybko i jeszcze do tego wrócę. Ale czasami wrzucać będę też pewne skojarzenia ze Słowem, które dla mnie są tym bardziej cenne, im bardziej okazuje się, że pewne wątki występują u różnych autorów duchowych.

 

Dziś słuchając filmiku o. Szustaka, który cytuje św. Augustyna (obejrzycie sobie po prostu): https://www.youtube.com/watch?v=ik5vCXu8TqA&t=

przypomniało mi się, że ten motyw – rozbicia i poskładania przez Boga, był też u św. Josemarii, w którego nauczanie kiedyś się mocno wczytywałam i wiele z niego pamiętam. No i znalazłam, posłuchajcie: https://opusdei.org/pl-pl/video/film-jestem-rozbity-ale-suze-dalej/

Kurczę, pięknie mi to koresponduje z wczorajszym wpisem… Chwała Bogu, chwała Duchowi Świętemu!

Pamiętajcie- nie ma takiego rozbicia, którego Bóg nie mógłby z powrotem złożyć, choćbyście się kiedyś w pył roztłukli. Zresztą… przecież On nas wskrzesi z prochu ziemi, kompletnie rozłożonych na pył… Dajcie się Mu poskładać i posklejać! Tylko tyle trzeba – naszej zgody, naszej woli.

Do wkrótce. 😉

 

 

 

 

Krew Jezusa i bramy Jeruzalem

Ostatnie kilka dni nie bardzo miałam czas i nastrój, by pisać. Ale cieszę się z tego, bo mój ostatni wpis dłużej „powisiał”. Koleżanka po przeczytniu mojego wpisu, powiedziała mi, że nigdy nie słyszała dotąd, że zbawienie jest dziełem miłosierdzia a nie sprawiedliwości. To razem z poniżej przytoczonym ostatnio częstym motywem w Słowie w liturgii, odczytuję w jednym kluczu – Pan Bóg chce, aby głosić Jego zbawienie, aby głosić kerygmat.

W ostatnim wpisie wybrzmiał kerygmat. A Słowo aż dwukrotnie w międzyczasie (jeśli ktoś był na Mszy z formularza o Matce Bożej Miłosierdzia) przypomniało: „Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela naszego, Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego”. (Tt 3,5-7). Wczorajsze Słowo z Listu do Hebrajczyków wprawdzie kończy się na wersecie 18, ale warto przytoczyć werset 19: „Mamy więc pewność, bracia, że wejdziemy do miejsca świętego dzięki Krwi Jezusa”. (Hbr 10, 19).

 

 

Jeśli mamy szaty obmyte w Jego Krwi (we chrzcie i w sakramencie pokuty), wejdziemy. Choćby nas oskarżyciel dniem i nocą oskarżał. Wejdziemy do miejsca świętego, dzięki Krwi Jezusa.

„Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała 
i aby bramami wchodzili do Miasta”. (Ap 22, 14)

A dzisiaj w liturgii zaczynamy czytać Księgę Apokalipsy.

Może pobądźmy jeszcze z tym Słowem nadziei. To prawda, że w dzisiejszym świecie wielu jest ludzi, którzy Bogiem się nie przejmuje, a nawet o Nim nie myśli, a miłosierdzie Boże traktuje jak coś, co się im po prostu należy. Ale jest też bardzo wielu złamanych na duchu, skreślających samych siebie, zrozpaczonych, nie widzących światła w tunelu. Przybitych nie tylko zewnętrznymi okolicznościami, ale także własną słabością i grzechem. Przeklinających siebie, czujących do siebie obrzydzenie. Załamanych własną bezsilnością i bezradnością. Może niektórzy ateiści i sceptycy powiedzą: oto owoc wiary, moralności. Nie jest to prawdą. Ileż po tym świecie chodzi ludzi wewnętrznie przetrąconych, zranionych, załamanych, którzy nie są chrześcijanami albo dawno temu odeszli od praktykowania wiary. Jeśli ktoś myśli, że wyrzuty sumienia, że ból i smutek, który człowiek czuje z racji swoich życiowych błędów, jest doświadczeniem tylko wierzących, niewiele wie o człowieku. Zabójstwo boli każdego, zdrada, oszczerstwo, łajdactwo sprawiają, że nawet niereligijny człowiek zmaga się z poczuciem winy. Tylko, że świat doczesny i jego sposoby nie dają ostatecznej odpowiedzi na to poczucie winy. Nie są w stanie zdjąć z ludzkich barków ciężaru przeszłości. Do tych wszystkich, tych daleko i tych blisko (chrześcijan i tych, którzy z chrześcijaństwem niewiele mają wspólnego) przychodzi Jezus i mówi: bramy mojego miłosierdzia są otwarte, im bardziej jesteś chory, tym szybciej do mnie przyjdź! Nie przyszedłem do sprawiedliwych, ale do grzeszników (por. Mk 2, 17). Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale chorzy! Przyjdź do Jezusa wtedy, gdy jesteś chory, gdy jesteś grzeszny. Wielu z nas mówi: ok, teraz jestem chory, to się najpierw tak choć trochę poprawię i potem przyjdę do Jezusa i powiem Mu: no tak, tydzień temu byłem bardzo chory, ale teraz ten tydzień to już nie miałem nawet katarku. Czekamy ze spowiedzią, „aż się poprawimy”. Podczas gdy Jezus, chce nam dać leki, opatrunki i siłę do poprawy w sakramencie pokuty.

Ten post jest do tych wszystkich, którzy się źle mają i którzy nie widzą już sensu. Przyjdźcie i opłuczcie swoje szaty we Krwi Baranka, a wejdziecie do Niebieskiego Jeruzalem. Kto odda Jezusowi swój grzech, może być pewny, że grzech ten jest już skreślony, zmazany („skreślił zapis dłużny” por. Kol 2, 14). Możesz być pewny, że będziesz zbawiony, dzięki Krwi Chrystusa. Tylko z Niej skorzystaj! Nie ma takiego dołu, takiej nędzy, takiego grzechu i takiego zła, do którego nie mogłaby dotrzeć moc krzyża i zmartwychwstania Jezusa! Nie pozwól sobie wmówić czegoś innego. Jeśli jesteś wśród tych, których szatan kusi rozpaczą, przyjdź do Jezusa i oddaj Mu to, co Cię od Niego oddala i gnębi. Niechaj się nie lęka do Mnie zbliżyć dusza słaba, grzeszna, a choćby miała więcej grzechów niż piasku na ziemi, utonie wszystko w otchłani miłosierdzia Mojego” (Dz 1059)

 

Kelner, miłość, jajko i skorpion…

Dzisiejsze Słowo (Łk 17, 7-10):

Jezus powiedział:

«Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”».
Wczoraj koleżanka podesłała mi wywiad z Agnieszką Chylińską, w którym mówi ona w poruszający sposób o swoim życiu, o swoim żalu, tęsknocie, bólu, cierpieniu, nawróceniu i byciu w zupełnej szczerości przed Bogiem. O dojrzeniu do tej szczerości, zrzuceniu maski, spotkaniu z Nim taka, jaka jest. O RELACJI z Bogiem.

Kiedyś usłyszałam przepiękne zdanie: Zbawienie jest dziełem miłosierdzia, a nie sprawiedliwości. Rzadko kiedy o tym myślimy. Za rzadko. Diabeł ma 2 strategie jak nam zbawienie utrudnić. Albo przedstawia nam obraz zbawienia jako coś, co się nam należy, jak psu buda i chulaj dusza, piekła nie ma. Albo mówi nam, że musimy na zbawienie zasłużyć. I że nad nami stoi Pan Bóg z bejsbolowym kijem i tylko czeka aż nam się noga podwinie, żeby nam wtedy pokazać, kto tu jest silniejszy. A że się noga w końcu podwinie, to w sumie po co się starać – i tak się nie uda, niebo nie dla Ciebie… A Bóg ani taki, ani taki. Ani On ciepłe kluchy ani żandarm. Ale o tym to sobie jeszcze kiedyś pogadamy. 😉

To Słowo jest dziś dla mnie Słowem właśnie o tym – zbawienie jest dziełem miłosierdzia a nie sprawiedliwości. Jeśli wypełniasz dobre uczynki, żyjesz zgodnie z Jego Prawem, to wypełniasz swój OBOWIĄZEK. Jesteś kelnerem i robisz swoją robotę profesjonalnie. Nie tłuczesz talerzy i nie mylisz stolików. Naprawdę nie należą Ci się famfary. Ani zbawienie. Zbawienie możesz dostać dlatego, że Jemu się tak podobało – przyjść na ziemię, objawić nam Ojca, umrzeć za nas na krzyżu, zmartwychwstać i posłać nam Ducha. Wcale nie musiał. Chciał. Z miłosierdzia. Nie stawaj do modlitwy z wyliczanką o swoich postach i jałmużnach. Nie rób tej komedii. Proś Go o miłosierdzie. On Cię może zbawić. Z miłosierdzia. Człowieka i Boga po grzechu pierworodnym dzieli PRZEPAŚĆ. On przerzucił most nad tą przepaścią. Bo chciał. Tym mostem jest krzyż. Wejdź na ten most. Idź. Proś Go, żebyś przeszedł do końca. Wiesz, że sprawiedliwy Hiob, Abraham, Noe, prorocy Starego Testamentu i sama Maryja, oglądają Boga twarzą w twarz, TYLKO DLATEGO, ŻE ON ICH ODKUPIŁ, tylko ze względu na Jego mękę i zmartwychwstanie? Jezus umarł nawet za Maryję. Ona została zachowana od grzechu pierworodnego, dzięki krzyżowi Jezusa. „Mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego” Tak brzmi ten dogmat. Wiesz o tym, że żaden z najsprawiedliwszych ludzi na ziemi po grzechu pierworodnym, nie mógłby oglądać Boga tylko ze względu na to, że żył dobrze? Tyle o tej drugiej pokusie zasługiwania.

Została jeszcze pierwsza – zbawienie mi się należy. Nie wdając się w szczegóły, powiem Ci tak. Wiesz, że będziemy sądzeni z miłości do Boga i do bliźniego, prawda? Tak mówi św. Jan od Krzyża. Nikt nie wejdzie do nieba, kto nie będzie trwał w chwili śmierci w stanie miłości do Boga (łasce), nawet gdyby nie wiem jak żył sprawiedliwie. Musi mieć łaskę, udzieloną przez Boga czy to sakramentalnie czy pozasakramentalnie, ale jednak. I nie jest to żadna niesprawiedliwość, bo zbawienie nie jest dziełem sprawiedliwości. Ale…

Pamiętasz tą historię, gdy Jezus mówi, że żaden ojciec nie da synowi skorpiona, gdy ten prosi go o jajko (Łk 11, 11-12)? Jeśli ktoś, kogo kocham, mówi mi: proszę Cię, nie rób tak w mojej obecności, bo tego nie lubię; nie dawaj mi tej kanapki z serem, jak wiesz, że nie lubię itd,, to będziemy mu to robić? Nie że się zapomnimy, ale tak celowo? No nie. I nie ma znaczenia, czy byłaby kara, czy nie. Bo kochacie. Jeśli kochasz Boga i On Ci podaje listę rzeczy, które Mu sprawiają przykrość i mówi: proszę, nie rób tego. Bo mnie boli, jak tak robisz. Może dzisiaj nie rozumiesz, dlaczego, zrozumiesz kiedyś, ale proszę, nie rób tak. Będziesz robić wbrew Jego prośbie? No nie. Może czasami się zapomnisz, albo Cię diabeł zaślepi i mu ulegniesz, omami Cię tym, jakie to super cacko zakazane, ale tak złośliwie Mu tego robić nie będziesz. Bo Go kochasz.

Niektórzy święci mówili, że przychodzi taki moment w życiu duchowym, że wierzysz w to, że jest piekło, przestrzegasz przed nim ludzi, ale mówisz, że w sumie jest ci to obojętne dla Twojego życia duchowego. W jakim sensie? Chcesz żyć moralnie, nie chcesz Mu sprawiać przykrości, bo Go to boli. A jak Mu tę przykrość sprawisz, to chcesz jak najszybciej Go przeprosić. Pewnie, by w pełni do takiej Miłości dojść, trzeba przejść bardzo długą drogę. Obym miała kiedyś, Panie, taką miłość do Ciebie…
Widzisz teraz różnicę między tym, kto grzeszy i nawraca się w chwili śmierci a tym, kto grzeszy zuchwale do śmierci? Ten pierwszy kocha, poznaje ogrom zła i bólu, który zadał ukochanej Osobie i żałuje. I Miłość mu otworzy bramę raju. Jakże inny jest stan tego, kto robił Bogu przykrości zuchwale (i tak mi przebaczy) i tak stwardniało jego serce, tak zziębło, że aż stało się kamieniem do dnia jego śmierci. Taki nie ma w sobie miłości i dlatego Miłość nie może mu otworzyć bramy raju, choć bardzo chce. I to jest właśnie grzech przeciw Duchowi Świętemu. Boże miłosierdzie jest wszechmocne wobec autentycznego żalu nawet w ostatniej sekundzie życia, ale tego, kto przynajmniej tęsknił za Miłością, kto spotykając się w chwili śmierci z Panem, chciał, żeby chociaż ostatnie drgnienie serca było dla Niego. Boże miłosierdzie jest bezradne wobec tego, kto nie ma w sobie miłości i nie chce jej mieć. Bo jaka to miłość, bić ukochanego po twarzy i mówić – i tak mi przebaczysz, uderzę cię jeszcze raz… To jest otchłań piekła…
Co ma do tego Chylińska? A no to właśnie. Ona żałuje. I miłuje. I ma z Bogiem relację. I tej relacji chce i pragnie. Wiele jej przebaczono, bo bardzo umiłowała. A ten, komu mało się wybacza, mało miłuje (por. Łk 7, 47). Bo miłość Bożego przebaczenia jest pierwsza. Bo umiłował nas, gdyśmy jeszcze byli grzesznikami(Rz 5, 8). Umiłował ją, jeszcze wtedy, gdy była taka, jak się określa.

Uboga wdowa i małe rzeczy…

Kilka krótkich słów.

Ewangelia dzisiejszej niedzieli kojarzy mi się z dwoma kwestiami, które łączą się ze sobą: Nie warto się porównywać z innymi i małe rzeczy ofiarowane Bogu także mają wartość.

Sprawa pierwsza: często patrzymy na kogoś i myślimy- kurczę, on to ma talent, dary, jedzie na misje, robi to czy tamto, a ja nie. I myślimy, że Pan Bóg od razu sytuuje go wyżej od nas, „szaraczków”. To błąd. Bóg każdego ocenia sprawiedliwie. Nie wymaga od kogoś, kto jest analfabetą i nie może tego zmienić, by pisał traktaty teologiczne. Bóg doskonale, lepiej od nas wie, na co nas stać i oceniać będzie według tego, ile nam dał. Jeśli ktoś otrzymał dwa talenty, chce byśmy zyskali drugie dwa, a nie pięć, czy dziesięć. Możliwe, że podziwiasz gościa, który oddaje Bogu z mieszka swojego życia miliony, a nie wiesz, że powinien oddać miliardy… I oddaje z tego, co mu zbywa… Każdy z nas ma SWOJĄ, niepowtarzalną drogę do świętości. Bóg naprawdę nie potrzebuje klonów. Wystarczy mu jeden św. Franciszek z Asyżu… Nie musisz być drugim. Masz być św. Janem Kowalskim. Nie porównuj się z innymi i nie trać na to swojego życia. Bo to Twoje życie masz uczynić niepowtarzalną symfonią.

 

Sprawa druga: małe rzeczy. Dużo o tym mówiła św. Teresa od Dzieciątka Jezus oraz św. Josemaria Escriva. Właśnie te małe codzienne sprawy – swoją radość, swój trud dobrze wykonanej pracy, ból zęba, zachwyt zachodem słońca, ustąpienie miejsca w autobusie, czy danie bezdomnemu kromki chleba, możesz ofiarować Bogu. Swoją walkę duchową. Swoją nędzę, pustkę, bezsilność. On może to przyjąć i wypełnić. Nie bój się, że nie masz czego dać. Daj to, co masz. Daj wdowi grosz. Może Twój uśmiech do klienta, dziesiąty raz zadającego to samo pytanie, choć jesteś wkurzony, będzie znaczył o wiele więcej niż życie na misji w dalekim Burkina Faso. Nigdy nie wiesz… Ofiaruj to, co masz. Ale naprawdę to, co masz. Każdy swój dzień.

 

 

Jak łania pragnie wody ze strumieni…

Dzisiaj będzie parę słów o czekaniu, tęsknocie, przygotowywaniu się…

To prawda, że jeszcze nie ma Adwentu, a to właśnie on jest czasem szczególnie poświęconym czekaniu. Niemniej do Adwentu trzeba się jakoś przygotować. Warto już wcześniej pomyśleć, jak chcemy go przeżyć. Może zebrać jakieś wskazówki i pomysły. Listopad ze swoim nostalgicznym nastrojem, również całkiem nieźle wpisuje się w temat oczekiwania i tęsknoty. Zwłaszcza, gdy myślimy o nim, jako o miesiącu poświęconym pamięci zmarłych, a przez to także czekaniu na spotkanie z naszymi bliskimi po śmierci.
Oprócz tego całkiem niedługo, bo pod koniec tego miesiąca, liturgia będzie wprowadzać nas w tematykę końca świata i Paruzji.

Ja chcę się zatrzymać na dwóch aspektach oczekiwania. Na codziennym lub coniedzielnym oczekiwaniu na spotkanie z Panem oraz na oczekiwaniu na powrót do Pana po tym, jak mieliśmy nieszczęście oddalić się od Niego przez grzech ciężki.

No właśnie… W Biblii wielokrotnie czytamy o tym, jak autorzy ksiąg natchnionych, czekali na spotkanie z Bogiem, tęsknili za Nim, pragnęli Go, marzyli o tym, by dotrzeć do świątyni. Popatrzcie na przykłady:

„Jak łania pragnie wody ze strumieni,tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże? Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: «Gdzie jest twój Bóg>>?Gdy wspominam o tym, rozrzewnia się dusza moja we mnie, ponieważ wstępowałem do przedziwnego namiotu, do domu Bożego, wśród głosów radości i dziękczynienia w świątecznym orszaku”. (Ps 42, 2-5)

„Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsionków Pańskich. (…) Zaiste jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące; wolę stać w progu domu mojego Boga, niż mieszkać w namiotach grzeszników”. (Ps 84, 2-3.11)

„Wstępujcie w Jego bramy wśród dziękczynienia, wśród hymnów w Jego przedsionki; chwalcie Go i błogosławcie Jego imię!” (Ps 100, 4)

„Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty”. (Hi 19, 25-27)

Czaicie to w ogóle? A my? Jak często Msza niedzielna jest dla nas „obowiązkiem” w dodatku przykrym? Idziesz na Mszę z radością? Tęsknisz? Nie możesz się doczekać? Pragniesz się z Nim spotkać? A na modlitwie?

„O jedno proszę Pana, tego poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią”. (Ps 27, 4) W niektórych tłumaczeniach te słowa brzmią „abym zakosztował słodyczy Pana”. I myślę, że to jest klucz do tego, by zrodziła się w nas tęsknota za Bogiem, za liturgią, za spotkaniem z Panem, wreszcie… za Komunią świętą (myślę, że zdecydowanie łatwiej tęsknić za Mszą, gdy się na niej może przystąpić do Komunii). Doświadczyć słodyczyć Pana. Doświadczyć tego, co Bóg czyni w moim życiu. O tym jeszcze na pewno będę pisała, ale teraz chciałabym poprosić tych z Was, którzy zakosztowali w swoim życiu spotkania z Bogiem i jego słodyczy – przypomnijmy to sobie. Może to jest niedawne doświadczenie w naszym życiu, a może bardzo dawne, gdzieś z początków nawrócenia, pierwszej fascynacji Bogiem. Wróćmy do tego. Zatęsknijmy, zapragnijmy. Przypatrzmy się, jak przygotowujemy się do Eucharystii i czy naprawdę słowa Autora Natchnionego mogą stać się naszymi słowami.

Dużo można się uczyć od świętych. Jest taki święty, z którego nauczania kiedyś czerpałam więcej niż obecnie, ale który pozstawił ślad w moim życiu, sporo czytałam o nim, jak św. Josemaria Escriva. Trudny święty. Ale tak to już jest ze świętymi, że niekoniecznie musimy odnajdywać się w całości nauczania i w dodatku każdego z nich. Ale prawdodobnie u każdego z nich możemy znaleźć coś, co zainspiruje nas w naszym życiu duchowym i pogłębianiu więzi z Bogiem. Św. Josemaria pozostanie dla mnie zawsze świętym tęsknoty za Bogiem. Miał on taki zwyczaj, że przyjmując codziennie Komunię świętą, dzielił swój dzień na dwie części  – przed Komunią: oczekiwanie i przygotowywanie się na spotkanie z Panem oraz po Komunii – dziękczynienie. Pewnie trudno jest tak żyć naprawdę codziennie, ale myślę, że warto się tym zainspirować. Myślę, że łatwiej byłoby nam walczyć z pokusami (zakładając oczywiście, że kochamy Boga i chcemy być z Nim w jedności), gdybyśmy albo myśleli o tym, że właśnie jest On w naszym sercu, a więc mamy siłę do walki („Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku! 😉 ) albo za kilka godzin Go przyjmiemy i chcemy być na ten moment gotowi.

A teraz jeszcze kilka słów o tym drugim aspekcie – tęksnocie za Bogiem, gdy utracimy łaskę uświęcającą, czyli wspólnotę miłości z Nim. Po pierwsze świadomość różnicy między byciem w stanie łaski uświęcającej a nie byciem w nim, powinna nas skłaniać do tego, żeby robić wszystko, co jest w naszej mocy, by stan łaski nie był czymś w rodzaju odświętnego ubrania, które przywdziewamy z okazji wielkich świąt, ale stanem normalnym, zwyczajnym, w którym chodzimy (chodzić w Bożej obecności, to też znany Biblijny termin). Oczywiście, jesteśmy grzeszni. Upadamy. I co robimy potem? Myślę, że doskonałą praktyką, o której kiedyś usłyszałam, jest zasada maksymalnie 24 godzin, to znaczy zrobić wszystko, by pojednać się z Bogiem w tym samym dniu, jeśli to tylko możliwe, w którym mieliśmy nieszczęście popełnić grzech ciężki lub najwyżej rankiem następnego dnia (a w międzyczasie dokonywać aktów żalu doskonałego i pragnąć spowiedzi, pragnąć łaski uświęcającej). Smuci mnie postawa czekania dniami, tygodniami czy miesiącami na przyjęcie rozgrzeszenia. Myślę, że smuci również Boga, którego hojność przekracza nasze wyobrażenia i który gotów jest nam przebaczyć, ilekroć naprawdę szczerze Go o to prosimy. Dlaczego nie powracamy do Niego od razu? Zapewne jest wiele przyczyn, z których większość to zwyczajne pokusy, bo naszemu oskarżycielowi (tak szatana nawzywa Biblia), zależy na tym, by mieć nas, o co oskarżać, czyli by skłonić nas do jak najdłuższego przebywania bez przyjaźni z Bogiem. W którymś z przyszłych postów trochę o tym napiszę. Walka o trwanie w łasce uświęcającej ma wiele aspektów także formacji naszego wnętrza. Zakłada realną pracę nad sobą (praca w stanie grzechu jest ułudą, ale o tym innym razem), a niekiedy pomaga poskromić własną pychę, czy przestać zwracać uwagę na opinię innych (szczególnie ważne, gdy mamy w życiu trudny czas i często upadamy – musimy zmierzyć się ze wstydem – otóż, wstydem jest grzeszyć, ale nie jest wstydem z grzechu powstawać, klękając u kratek konfesjonału. Na czym nam zależy? Na ludzkiej opinii czy na opinii Boga? A jeśli ktoś ocenia Cię negatywnie, że się spowiadasz, to nie ma się co taką opinią przejmować- primo: skąd wie, czy spowiadasz się z grzechu lekkiego czy ciężkiego? Częsta spowiedź była praktyką pobożnościową wielu świętych – św. Jan Paweł II spowiadał się co tydzień, a bł. Pier Giorgio Frassatti codziennie. Jeśli chodzi Ci o księdza i wstyd wobec niego – zapewne Cię pochwali, że powstajesz i walczysz. A jeśli zrobi inaczej (pewnie bardzo rzadko może się zdarzyć, jak wszystko pod słońcem), to nie przejmuj się tą opinią. Posłuchaj nauki Kościoła, poczytaj Katechizm itp. Ksiądz mógłby słusznie powiedzieć Ci parę ostrych słów, jeżeli nie widziałby w Tobie postanowienia poprawy, chęci walki, lecz trwałą zuchwałą postawę i niechcęć do zmiany. Taka spowiedź byłaby nieważna. Ale spowiedź z upadków ze słabości, z którymi walczysz i nie chcesz ich, jest radością w domu Ojca. Po drugie- pomódl się za taką osobę, by Pan skruszył jej pychę. I nie myśl o tym. Myśl o Bogu. I oczywiście, naprawdę walcz, dzielnie walcz z pomocą Pana, nie chodzi o to, by grzeszyć zuchwale, niech nas od tego Bóg broni i zachowa. Po trzecie- czasami pomoże to zauważyć problem i jego skalę, a tym samym na przykład poprosić o kierownictwo duchowe, bo wiadomo – celem jest jak najdłuższe trwanie w jedności z Bogiem i unikanie wszelkich ciężkich grzechów.)

 

Dobra, na dziś tyle. Zatęsknij za Nim. Pragnij Go. Wklejam o. Adama i jego słowa o przygotwaniu do Mszy, które również gorąco polecam: