Uboga wdowa i małe rzeczy…

Kilka krótkich słów.

Ewangelia dzisiejszej niedzieli kojarzy mi się z dwoma kwestiami, które łączą się ze sobą: Nie warto się porównywać z innymi i małe rzeczy ofiarowane Bogu także mają wartość.

Sprawa pierwsza: często patrzymy na kogoś i myślimy- kurczę, on to ma talent, dary, jedzie na misje, robi to czy tamto, a ja nie. I myślimy, że Pan Bóg od razu sytuuje go wyżej od nas, „szaraczków”. To błąd. Bóg każdego ocenia sprawiedliwie. Nie wymaga od kogoś, kto jest analfabetą i nie może tego zmienić, by pisał traktaty teologiczne. Bóg doskonale, lepiej od nas wie, na co nas stać i oceniać będzie według tego, ile nam dał. Jeśli ktoś otrzymał dwa talenty, chce byśmy zyskali drugie dwa, a nie pięć, czy dziesięć. Możliwe, że podziwiasz gościa, który oddaje Bogu z mieszka swojego życia miliony, a nie wiesz, że powinien oddać miliardy… I oddaje z tego, co mu zbywa… Każdy z nas ma SWOJĄ, niepowtarzalną drogę do świętości. Bóg naprawdę nie potrzebuje klonów. Wystarczy mu jeden św. Franciszek z Asyżu… Nie musisz być drugim. Masz być św. Janem Kowalskim. Nie porównuj się z innymi i nie trać na to swojego życia. Bo to Twoje życie masz uczynić niepowtarzalną symfonią.

 

Sprawa druga: małe rzeczy. Dużo o tym mówiła św. Teresa od Dzieciątka Jezus oraz św. Josemaria Escriva. Właśnie te małe codzienne sprawy – swoją radość, swój trud dobrze wykonanej pracy, ból zęba, zachwyt zachodem słońca, ustąpienie miejsca w autobusie, czy danie bezdomnemu kromki chleba, możesz ofiarować Bogu. Swoją walkę duchową. Swoją nędzę, pustkę, bezsilność. On może to przyjąć i wypełnić. Nie bój się, że nie masz czego dać. Daj to, co masz. Daj wdowi grosz. Może Twój uśmiech do klienta, dziesiąty raz zadającego to samo pytanie, choć jesteś wkurzony, będzie znaczył o wiele więcej niż życie na misji w dalekim Burkina Faso. Nigdy nie wiesz… Ofiaruj to, co masz. Ale naprawdę to, co masz. Każdy swój dzień.

 

 

Jak łania pragnie wody ze strumieni…

Dzisiaj będzie parę słów o czekaniu, tęsknocie, przygotowywaniu się…

To prawda, że jeszcze nie ma Adwentu, a to właśnie on jest czasem szczególnie poświęconym czekaniu. Niemniej do Adwentu trzeba się jakoś przygotować. Warto już wcześniej pomyśleć, jak chcemy go przeżyć. Może zebrać jakieś wskazówki i pomysły. Listopad ze swoim nostalgicznym nastrojem, również całkiem nieźle wpisuje się w temat oczekiwania i tęsknoty. Zwłaszcza, gdy myślimy o nim, jako o miesiącu poświęconym pamięci zmarłych, a przez to także czekaniu na spotkanie z naszymi bliskimi po śmierci.
Oprócz tego całkiem niedługo, bo pod koniec tego miesiąca, liturgia będzie wprowadzać nas w tematykę końca świata i Paruzji.

Ja chcę się zatrzymać na dwóch aspektach oczekiwania. Na codziennym lub coniedzielnym oczekiwaniu na spotkanie z Panem oraz na oczekiwaniu na powrót do Pana po tym, jak mieliśmy nieszczęście oddalić się od Niego przez grzech ciężki.

No właśnie… W Biblii wielokrotnie czytamy o tym, jak autorzy ksiąg natchnionych, czekali na spotkanie z Bogiem, tęsknili za Nim, pragnęli Go, marzyli o tym, by dotrzeć do świątyni. Popatrzcie na przykłady:

„Jak łania pragnie wody ze strumieni,tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże? Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: «Gdzie jest twój Bóg>>?Gdy wspominam o tym, rozrzewnia się dusza moja we mnie, ponieważ wstępowałem do przedziwnego namiotu, do domu Bożego, wśród głosów radości i dziękczynienia w świątecznym orszaku”. (Ps 42, 2-5)

„Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów! Dusza moja pragnie i tęskni do przedsionków Pańskich. (…) Zaiste jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące; wolę stać w progu domu mojego Boga, niż mieszkać w namiotach grzeszników”. (Ps 84, 2-3.11)

„Wstępujcie w Jego bramy wśród dziękczynienia, wśród hymnów w Jego przedsionki; chwalcie Go i błogosławcie Jego imię!” (Ps 100, 4)

„Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty”. (Hi 19, 25-27)

Czaicie to w ogóle? A my? Jak często Msza niedzielna jest dla nas „obowiązkiem” w dodatku przykrym? Idziesz na Mszę z radością? Tęsknisz? Nie możesz się doczekać? Pragniesz się z Nim spotkać? A na modlitwie?

„O jedno proszę Pana, tego poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią”. (Ps 27, 4) W niektórych tłumaczeniach te słowa brzmią „abym zakosztował słodyczy Pana”. I myślę, że to jest klucz do tego, by zrodziła się w nas tęsknota za Bogiem, za liturgią, za spotkaniem z Panem, wreszcie… za Komunią świętą (myślę, że zdecydowanie łatwiej tęsknić za Mszą, gdy się na niej może przystąpić do Komunii). Doświadczyć słodyczyć Pana. Doświadczyć tego, co Bóg czyni w moim życiu. O tym jeszcze na pewno będę pisała, ale teraz chciałabym poprosić tych z Was, którzy zakosztowali w swoim życiu spotkania z Bogiem i jego słodyczy – przypomnijmy to sobie. Może to jest niedawne doświadczenie w naszym życiu, a może bardzo dawne, gdzieś z początków nawrócenia, pierwszej fascynacji Bogiem. Wróćmy do tego. Zatęsknijmy, zapragnijmy. Przypatrzmy się, jak przygotowujemy się do Eucharystii i czy naprawdę słowa Autora Natchnionego mogą stać się naszymi słowami.

Dużo można się uczyć od świętych. Jest taki święty, z którego nauczania kiedyś czerpałam więcej niż obecnie, ale który pozstawił ślad w moim życiu, sporo czytałam o nim, jak św. Josemaria Escriva. Trudny święty. Ale tak to już jest ze świętymi, że niekoniecznie musimy odnajdywać się w całości nauczania i w dodatku każdego z nich. Ale prawdodobnie u każdego z nich możemy znaleźć coś, co zainspiruje nas w naszym życiu duchowym i pogłębianiu więzi z Bogiem. Św. Josemaria pozostanie dla mnie zawsze świętym tęsknoty za Bogiem. Miał on taki zwyczaj, że przyjmując codziennie Komunię świętą, dzielił swój dzień na dwie części  – przed Komunią: oczekiwanie i przygotowywanie się na spotkanie z Panem oraz po Komunii – dziękczynienie. Pewnie trudno jest tak żyć naprawdę codziennie, ale myślę, że warto się tym zainspirować. Myślę, że łatwiej byłoby nam walczyć z pokusami (zakładając oczywiście, że kochamy Boga i chcemy być z Nim w jedności), gdybyśmy albo myśleli o tym, że właśnie jest On w naszym sercu, a więc mamy siłę do walki („Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku! 😉 ) albo za kilka godzin Go przyjmiemy i chcemy być na ten moment gotowi.

A teraz jeszcze kilka słów o tym drugim aspekcie – tęksnocie za Bogiem, gdy utracimy łaskę uświęcającą, czyli wspólnotę miłości z Nim. Po pierwsze świadomość różnicy między byciem w stanie łaski uświęcającej a nie byciem w nim, powinna nas skłaniać do tego, żeby robić wszystko, co jest w naszej mocy, by stan łaski nie był czymś w rodzaju odświętnego ubrania, które przywdziewamy z okazji wielkich świąt, ale stanem normalnym, zwyczajnym, w którym chodzimy (chodzić w Bożej obecności, to też znany Biblijny termin). Oczywiście, jesteśmy grzeszni. Upadamy. I co robimy potem? Myślę, że doskonałą praktyką, o której kiedyś usłyszałam, jest zasada maksymalnie 24 godzin, to znaczy zrobić wszystko, by pojednać się z Bogiem w tym samym dniu, jeśli to tylko możliwe, w którym mieliśmy nieszczęście popełnić grzech ciężki lub najwyżej rankiem następnego dnia (a w międzyczasie dokonywać aktów żalu doskonałego i pragnąć spowiedzi, pragnąć łaski uświęcającej). Smuci mnie postawa czekania dniami, tygodniami czy miesiącami na przyjęcie rozgrzeszenia. Myślę, że smuci również Boga, którego hojność przekracza nasze wyobrażenia i który gotów jest nam przebaczyć, ilekroć naprawdę szczerze Go o to prosimy. Dlaczego nie powracamy do Niego od razu? Zapewne jest wiele przyczyn, z których większość to zwyczajne pokusy, bo naszemu oskarżycielowi (tak szatana nawzywa Biblia), zależy na tym, by mieć nas, o co oskarżać, czyli by skłonić nas do jak najdłuższego przebywania bez przyjaźni z Bogiem. W którymś z przyszłych postów trochę o tym napiszę. Walka o trwanie w łasce uświęcającej ma wiele aspektów także formacji naszego wnętrza. Zakłada realną pracę nad sobą (praca w stanie grzechu jest ułudą, ale o tym innym razem), a niekiedy pomaga poskromić własną pychę, czy przestać zwracać uwagę na opinię innych (szczególnie ważne, gdy mamy w życiu trudny czas i często upadamy – musimy zmierzyć się ze wstydem – otóż, wstydem jest grzeszyć, ale nie jest wstydem z grzechu powstawać, klękając u kratek konfesjonału. Na czym nam zależy? Na ludzkiej opinii czy na opinii Boga? A jeśli ktoś ocenia Cię negatywnie, że się spowiadasz, to nie ma się co taką opinią przejmować- primo: skąd wie, czy spowiadasz się z grzechu lekkiego czy ciężkiego? Częsta spowiedź była praktyką pobożnościową wielu świętych – św. Jan Paweł II spowiadał się co tydzień, a bł. Pier Giorgio Frassatti codziennie. Jeśli chodzi Ci o księdza i wstyd wobec niego – zapewne Cię pochwali, że powstajesz i walczysz. A jeśli zrobi inaczej (pewnie bardzo rzadko może się zdarzyć, jak wszystko pod słońcem), to nie przejmuj się tą opinią. Posłuchaj nauki Kościoła, poczytaj Katechizm itp. Ksiądz mógłby słusznie powiedzieć Ci parę ostrych słów, jeżeli nie widziałby w Tobie postanowienia poprawy, chęci walki, lecz trwałą zuchwałą postawę i niechcęć do zmiany. Taka spowiedź byłaby nieważna. Ale spowiedź z upadków ze słabości, z którymi walczysz i nie chcesz ich, jest radością w domu Ojca. Po drugie- pomódl się za taką osobę, by Pan skruszył jej pychę. I nie myśl o tym. Myśl o Bogu. I oczywiście, naprawdę walcz, dzielnie walcz z pomocą Pana, nie chodzi o to, by grzeszyć zuchwale, niech nas od tego Bóg broni i zachowa. Po trzecie- czasami pomoże to zauważyć problem i jego skalę, a tym samym na przykład poprosić o kierownictwo duchowe, bo wiadomo – celem jest jak najdłuższe trwanie w jedności z Bogiem i unikanie wszelkich ciężkich grzechów.)

 

Dobra, na dziś tyle. Zatęsknij za Nim. Pragnij Go. Wklejam o. Adama i jego słowa o przygotwaniu do Mszy, które również gorąco polecam:

 

 

 

 

 

Słowo z liturgii 7.11.2018

Flp 2, 12-18

Ps 27 (26), 1bcde. 4. 13-14 (R.: 1b)

Łk 14, 25-33

 

Na początku – nie mogę obiecać, że będę pisać komentarze do Słowa codziennie. Pracuję, mam swoje obowiązki. Wszystko, co będę robić na tym blogu, przynajmniej na razie (a nie sądzę, by kiedyś się to zmieniło, ale niech się pełni wola Boga, jakakolwiek by ona nie była- kiedyś coś się pisało za wierszówkę ;), ale właśnie dlatego blog, by głosić, niezależnie od wszystkiego), robię w swoim wolnym czasie i dla chwały Pana. Zresztą bardzo bliska mi jest ta idea Pawła, apostoła, który jednocześnie wyrabiał namioty i nie korzystał z praw, które daje Ewangelia – głosić Słowo, bo „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii, bo świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku” (por. 1 Kor 9, 14-22).   Chcę pisać o tym Słowie, które mnie jakoś osobiście dotknie lub będzie we mnie kiełkować w przemyślenia. Miałam w życiu kilka sytuacji, w których po prostu łzy wzruszenia napływały same do oczu, gdy Słowo dnia korespondowało z wydarzeniami w moim życiu, czasami właśnie z konkretnego dnia. Bywa, że rzeczywiście można sobie to „interpretować na siłę”. Ale nie o to mi chodzi- czasami było to uderzające.  Innym razem jest Słowo, który jakby odpowiada na moje rozważania czy myśli z wielu dni, tygodni, czy miesięcy. Jest to takie słowo „Eureka”. Tak jest akurat z dzisiejszym Słowem.

 

Dziś właśnie takim słowem „Eureka” jest Ewangelia.

To nie jest łatwa Ewangelia. Przeczytajmy ją jeszcze raz.

„Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.
Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».

Czy to chodzi o pieniądze? Niekoniecznie. Czy to chodzi o nienawiść? Nie. Nie w takim rozumieniu, jak dziś pojmujemy to określenie. Czy to chodzi o robienie krzywdy sobie? Nie. Słowa nie można wyrywać z kontekstu. Nie można zestawiać fragmentów Biblii przeciwko sobie. Jeżeli w jednym miejscu natchnione Słowo mówi, że „nikt nie odnosi się z nienawiścią do swojego ciała (Ef 5, 29), to na pewno inny fragment Słowa do tego nie zachęca. 🙂 To w ogóle ważna zasada, o której warto pamiętać. Boże Objawienie jest jedno i całościowe.

To o co chodzi?

Od pewnego czasu układałam sobie w głowie różne kwestie. I doszłam do wniosku, że bez wątpienia w dużej mierze życie w zgodzie z Bogiem, prawdziwe życie chrześcijańskie, jest życiem w zupełnej zgodzie z sobą, także ze swoją naturą i psychiką. Tak po prostu jest. Ale nie możemy zatrzymać się na tym stwierdzeniu. Na pewno bowiem spotka nas kiedyś taka sytuacja, że będziemy musieli wybrać coś pozornie wbrew naszej naturze (jak na przykład miłość nieprzyjaciół albo zrobienie czegoś wbrew naszym uczuciom i pragnieniom). Czy to oznacza, że wówczas będziemy naprawdę działać wbrew swojej naturze? Otóż nie. Kluczem do pogodzenia tych kwestii, jest:
1. Odróżnienie między naturą w znaczeniu biologicznym a naturą jako istotą osoby ludzkiej (która łączy w sobie psychikę, ciało i duszę).
2. Przyjęcie, że ludzka natura została zraniona grzechem pierworodnym i odtąd istnieje w nas pewne nieuporządkowanie i sprzeczności między dążeniami różnych komponentów naszej natury (w tym drugim znaczeniu wg pierwszego punktu). Co ciekawe, ta dysharmonia dotyczy przede wszystkim właśnie nas, ludzi. Zwierzęta, czy rośliny, nie posiadając takiej duszy, jaką mamy my – przeznaczoną do uczestnictwa w życiu Bożym – stosując się do praw swojego instynktu, zawsze wypełniają wolę Bożą. Z człowiekiem, który łączy w sobie jako korona stworzenia, element zwierzęcy i anielski, jest już inaczej od czasu grzechu pierworodnego. Przed grzechem wszystkie nasze władze działaly tylko dla chwały Boga, pomagając nam realizować naszą misję mostu między tym co cielesne, a tym, co duchowe. Nie było dysharmoni między funkcjami naszego ciała (takimi samymi jak po grzechu), a potrzebami psychiki, rozumem oraz służeniem Bogu.

3. Przyjęcie, że jesteśmy homo viator , że w wyniku dysharmonii, która w nas jest, znajdujemy się ciągle w drodze ku pełnej integracji naszej osoby, ku temu, co można nazwać Nowym Człowiekiem, człowiekiem takim, jakiego chciał i stworzył pierwotnie Bóg. Może się to w nas dokonywać pod wpływem łaski (pięknie pisze o tym św. Tomasz, a trochę o tym w książce o. Gałuszki „Odnowa w łasce”, którą polecam). Ostatecznie objawi się to po Paruzji. Wtedy będziemy do Niego podobni. Jesteśmy w drodze i ta droga była, jest i będzie naznaczona także naszym grzechem, naszymi wyborami, które z perspektywy wieczności są – najdelikatniej mówiąc – wyborami niedojrzałymi. Niemniej w tej drodze, o ile otworzymy się na działanie łaski Bożej, stopniowo będzie następował proces naszego uświęcenia, przemiany, wzrastania do pełni człowieczeństwa, poprzez powstawanie dzięki łasce z naszych grzechów i cierpliwą pracę nad sobą (ileż mądrości w Liturgii Godzin, która w Wielkim Poście powtarza: „Umocnieni łaską Bożą, pracujmy nad sobą w wielkiej cierpliwości”!). Podobnie jak małe dziecko nie panuje nad swoimi emocjami, a dorosły umie nimi rozsądnie zarządzać, jednocześnie nie wypierając tej sfery swojego życia i tym m.in. przejawia się dojrzałość.

Podsumowując, błędem jest fałszywy naturalizm, który zakłada, że słuchając jedynie biologicznych i psychologicznych dążności naszej natury, zdołamy osiągnąć prawdziwe szczęście i harmonię. Błędem jest także antynaturalizm, który dziś może mniej nam zagraża, ale także zdarza się czasami zwłaszcza wśród środowisk głęboko wierzących, jak również ateistów czy antyteistów, którzy nam chrześcijanom to zarzucają (wbrew prawdzie) – odrzucenie ciała i powrót do gnozy, wbrew temu, co mówi św. Paweł – nie toczymy walki przeciw ciału i krwi (Ef 6, 12).

O co więc chodzi w tej Ewangelii? O hierarchię wartości. O odarcie nas ze złudzeń. W stanie po grzechu pierworodnym, będziemy musieli wybierać. I przyjdą w naszym życiu chwile, w którym będziemy musieli postąpić wbrew sobie (w krótkookresowej perspektywie), by  działać w zgodzie z Bogiem, ale to znaczy ostatecznie z samym sobą (ze swoją prawdziwym celem życia i pełnią człowieczeństwa). Nie da się przeżyć życia bez dokonywania wyborów. Nie da się, nie doświadczyć w swoim życiu walki. Ważne byśmy tylko pamiętali jednocześnie o wszystkich 3 wyżej wymienionych punktach.

Nie da się przeżyć życia bez swojego krzyża.

Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku! A jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam!

O co chodzi i dlaczego pod terebintem w Ofra?

Sdz 6, 11-24

Pod terebintem w Ofra anioł przyszedł do Gedeona i oznajmił mu jego misję.

Pod terebintem w Ofra spotyka się Bóg z człowiekiem.

Pod terebintem w Ofra spotyka się moc Boża i słabość ludzka.

Pod terebintem w Ofra spotyka się wiara i zwątpienie.

Pod terbintem w Ofra, Bóg daje Gedeonowi dowód, że jest z Nim i że nie kłamie.

Pod terebintem w Ofra Bóg nazywa siebie Bogiem Pokoju (Jahwe – Szalom).

Pod terebintem w Ofra Bóg mówi, że mając Jego, mamy wszystką potrzebną siłę, by pokonać wroga.

Bóg lubi drzewa. Bóg lubi spotykać się z ludźmi pod drzewami (ot, chociażby Natanael czy Zacheusz, który na drzewo wyszedł). Bóg na drzewie zwycięża. Drzewo – świadek rajskiego upadku, jest też największym świadectwem zwycięstwa w krzyżu Jezusa.

Terebint w Ofra to NIC w porównaniu z krzyżem z Golgoty. Ale to mimo wszystko COŚ w ekonomii zbawienia.

Codziennie Pan Bóg spotyka się z nami, wiele jest w naszym życiu takich miejsc, takich sytuacji. Finalnie mają nas one zaprowadzić do Drzewa Życia w Królestwie Niebieskim. I o tym będzie na tym blogu. O Bogu, który przychodzi. Tu i teraz. Idzie z nami. Dotyka nas. Prowadzi. Bogu, który jest. Towarzyszy nam i rzeczywiście mówi w swoim Słowie. Nie jest kimś, kto nakręcił zegarek świata i zniknął. Jest Bogiem, który żyje i działa. Bogiem, który posyła swojego anioła, by usiadł pod terebintem w Ofra i patrzył jak Gedeon młóci zboże… JESTEM. Nie „byłem” i poszedłem, zniknąłem, nie „będę”, ale jeszcze nie teraz. JESTEM. JESTEM  z Tobą – dzielny wojowniku! JESTEM z Tobą, mimo Twojej słabości. JESTEM silny, ale mam jedną słabość – słabość do ludzi słabych. Pójdę z nimi. I zwyciężą. By objawiła się moja chwała, inaczej bowiem „Izrael mógłby przywłaszczyć sobie chwałę z pominięciem Mnie i mówić: „Moja ręka wybawiła mnie” (Sdz 7, 2).

Ten blog będzie o Nim. O Bogu, który jest, żyje i działa pośród nas. W codzienności. O Bogu, którego spotykam, który przechodzi, który podaje mi rękę, który podnosi, na którego patrzą moje oczy, którego dotykam. O Bogu, który mówi- JESTEM i kocham. Do szaleństwa krzyża i Eucharystii.